« Coś nie wyszło... Bóg jest miłośnikiem procesu »

o wypełnianiu braków

22.02.2018

Martwiliście się kiedyś, że podejmując jakieś decyzje tracicie, jakąś ważną dla siebie możliwość?

To chyba dość normalne. Nawet jeżeli się nie martwisz to siłą rzeczy jeśli jedną rzeczy wybierasz pozostałe musisz odrzucić bo "wszystkich srok za ogon nie da się złapać" ;) Niby oczywiste, jeżeli wybiera się spośród przeciwstawnych opcji. Ale w życiu często alternatywy wcale nie są spolaryzowane, na co dzień musimy wybierać między dobrem i... dobrem. Nawet niekoniecznie jakimś większym dobrem, po prostu innym dobrem. Są też rzeczy dobre, które tracimy tak "przy okazji", po prostu tak wychodzi w życiu. Ja na przykład dawno temu zajmowałam się szkoleniem psów ratowniczych - była to niesamowita przygoda, ale też już lata temu ją zakończyłam. Temat wydawał się na dobre zamknięty, jeszcze zanim pognało mnie do zakonu, a potem to już w ogóle ;)

No ale... ale okazało się, że praca ze zwierzętami i z ich okiełznaniem w pewnym momencie stała się dla mnie brakiem. Monotonia życia i odseparowanie od zwierząt w końcu wyraźnie mi pokazało, że akurat w tym miejscu mam brak. Jak już się zorientowałam co mnie uwiera wzięłam kilka głębokich oddechów, odhaczyłam kolejny punkt na mapie poznania siebie i znów wydawało mi się, że sprawa zamknięta. No ale wtedy właśnie Pan Bóg postanowił, że przecież może wypełnić ten brak. Więc go wypełnił. Oczywiście nie jakimś uduchowieniem tylko bardzo konkretnie - przyszedł biskup i powiedział, że nie radzi sobie z psem, którego dostał w prezencie. Całkiem niespodziewanie wróciłam do zajęcia, które sprawiało mi ogromną frajdę.

Wychodząc z zakonu po latach martwiłam się, albo bardzo smuciłam, że z tą decyzją muszę skończyć pracę z ludźmi. Tutaj chcąc nie chcąc wydawało mi się, że albo mogę zostać i dalej pracować z ludźmi, ale by móc im pomagać duchowo muszę mieć glejt w postaci habitu zakonnego, a jak go nie mam to przecież nikt mi nie zaufa, bo z jakiej okazji? To był mój realny brak, wiedziałam, że przez lata to była bardzo ważna część mojego życia. Nie musiałam go odkrywać, świetnie zdawałam sobie z niego sprawę, ale też wiedziałam, że nie mam na to żadnego wpływu. Mogłam jedynie marudzić Bogu, że mi żal. Tak po ludzku, żal.

Minęły trzy lata a ja zbieram siły na pomoc w drugim roku rekolekcji ignacjańskich w życiu codziennym. Fajnie jak Pan Bóg wypełnia te prawdziwe braki.

 

[znów nie mogę dodać żadnego zdjęcia :(]

Wpis w kategorii: Zielono mi na co dzień

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; W green świecie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Z bliska widać niewidoczne | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd