« Trudne decyzje Coś nie wyszło... »

siedząc na parapecie

04.02.2018

piłam kawę i patrzyłam jak śnieżny front przesuwa się z północy na południe zatoki.

[zdjęcia chwilowo nie będzie bo serwer odpowiada 500 :/ ]

Byłam wręcz zahipnotyzowana tym jak wzburzone morze, będąc cały czas w ruchu w niedostrzegalny sposób, bardzo płynnie przechodzi w rozmytość i miękkość opadu śniegu.

Ale usiadałam na tym parapecie bo potrzebowałam pomyśleć. Strawić słowa i obrazy, których byłam częścią podczas minionego weekendu. Wśród wielu treści, tak naprawdę poruszyła mnie 15min narracja sceny Kaina i Abla, bo poczułam jakby ktoś opowiadał kilka lat mojego życia. Bo to, że brat zabił brata to wszyscy wiemy. I nawet to, że zabił go dlatego, że właśnie w nim upatrywał przyczynę swojego niepowodzenia może i też wielu z nas umie przewidzieć. Ale my chcieliśmy popatrzeć na tą scenę całościowo i osobiście - tak jakby oni dwaj w nas byli. Bo przecież nie raz jest tak, że próbujemy coś w sobie zmienić, a nawet czasami jest tak, że w niektóre obszary swojej duszy nawet nie chcemy się zapuszczać. A dążenie do wyrugowania z siebie jakiś postaw, bywa i obsesyjne i idziemy na zapadłe. Walczymy przeciw sobie mimo, że... to niechciana część nas jest... nami. W dodatku tak na niej się skupiając, bez problemu patrzymy na nią jak na złą. Dlaczego złą? Ano bo nieakceptowaną - i to nawet nie przez nas. Najpierw przez otoczenie - rodzinę w której się wychowujemy, środowisko gdzie wzrastamy. To w konfrontacji ze światem zewnętrznym, gdy dostajemy nagany powoli przekonujemy się, że to "coś" musi być "złe" bo... jest nieakceptowalne. Więc i jak nie będę tego akceptować, a to wszystko w imię bycia przyjętym w tym środowisku/grupie. Zaczyna się morderczy bój by zabić to co jest "nie takie", "niepoprawne", albo zwyczajnie "inne". Jak jesteśmy wytrwali to nawet osiągamy to co chcemy. Stajemy nad tym zmaltretowanym ciałem Abla i mamy poczucie triumfu... tylko, że mordując go, my sami stajemy się niekompletni - dla siebie przestajemy być bratem bo... tego brata już nie ma.

W zeszłym roku w okolicach majowego weekendu pojechałam na kolejny tydzień rekolekcji ignacjańskich, gdzieś na jakąś zapadłą wieś w Borach Tucholskich. Świadomie wybierałam Ojca, który miał mi być przewodnikiem w ćwiczeniach. Jednym z wyraźnych owoców tych rekolekcji było poczucie integracji, zrozumienie, że każdy mój kawałek jest chciany przez Pana Boga, zawsze był chciany i to tylko ja muszę go pokochać, bo dopiero w całości mojego kolorytu mogę być tak jaką On mnie chce, jaką mnie stworzył. Wtedy zrozumiałam, że oddałam się w formację niewłaściwym osobom ale pogodziłam się i z tym kawałkiem swojej historii. Dziś siedząc na tym parapecie zrozumiałam dokładnie co było niewłaściwego w mojej formacji.

Wpis w kategorii: Dziennik pokładowy

1 Komentarz

  • Piję kawę, z ubitym mlekiem i odrobiną cynamonu. Czytam to co napisałaś.Nasuwa mi się jedna refleksja - odkrycia są ważne i cenne, często otwierają przed nami nowe perspektywy.I to jest bardzo piękne i istotne - wejść w tę nową perspektywę z nadzieją, nie pozostać na odkryciach dotyczących przeszłości, nie celebrować własnych smutków i ran, nie koncentrować się na tym. Wziąć swoje "dzisiaj" w swoje ręce.

  • Inwyn - pełna zgoda :) Nie ma jak duch jednej duchowości ;)

Zostaw komentarz

Musisz być , aby zamieścić komentarz.

© Copyright 2010; W green świecie. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Z bliska widać niewidoczne | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd