Codzienność, Inspiracje

Pierwszy (od tygodni) spacer

dodane 01:42

Jak dawno nieużywana maszyna organizm sapał i zgrzytał. Ale serce niosło...

Wszystko jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki się zmieniło. Wychodzenie z domu bez potrzeby nagle przestało być zagrożeniem dla zdrowia powszechnego i (ciężkim?) grzechem na dokładkę. Wprawdzie kartki przy wejściu do parku, na który codziennie patrze przez okno wiszą nadal, ale już nikt się nimi nie przejmuje. Cmentarz? Jasne, trzeba będzie pójść uporządkować groby po zimie. Dziś zbyt późno wróciłem z pracy by jeszcze coś zdążyć tam zrobić. Zresztą... I tak musiałem jeszcze zasiąść do wieczornego dyżuru na Wierze. Ale tej okazji nie mogłem przepuścić. Tak dawno nie byłem na spacerze, że musiałem pójść. Niewiele, niecałe 5 kilometrów, ale to już coś...

Nie powiem, jakoś ciężko się szło. Niby normalnie, pogoda świetna, świeciło chłodne wieczorne słońce, ale droga jakoś się dłużyła. Czy to tylko kwestia spacerowania z bolącymi od gumek uszami i z mokrą szmatą na gębie? Może trochę tak. Niezbyt to przyjemne. Bolą uszy to i głowa (następnym razem wezmę coś bez gumek). Oddychać w czymś takim też trudniej. No i te okulary. Jak się podejdzie kawałek łatwo założyć maseczkę tak, żeby nie parowały. Gdy jednak oddech szybszy.... Więc lepiej je zdjąć, choć noszę je całe życie. Podejrzewam - pamiętając, iż zakaz wychodzenia do lasu był podyktowany tym, że "niektórzy tam się gromadzili" - że i ten obowiązek ma zniechęcić do dłuższych spacerów. "No przecież nikomu nie zabraniamy!" - można zawsze powiedzieć. Ale co tam, nie dam się...

Trochę też jednak mój organizm od chodzenia odwykł. Mozolnie i kosztem wyrzeczeń budowana od paru miesięcy jako taka kondycja poszła sobie, nie bacząc na zakazy, w las. Przecież to nie były tylko dwa tygodnie całkowitego zakazu włóczenia się bez potrzeby. Wcześniej też już unikałem dłuższych spacerów, bo #zostańwdomu. Jakoś więc dziwnie przebierało mi się teraz nogami. Nie chodziło o oddech. Taką ogólną nieruchawość raczej. I ból kostki....

Miałem do kostek zawsze pecha. Prawą porządnie skręciłem jeszcze na studiach. Po latach okazało się, że niezupełnie siedzi w stawie tak jak ma. Lewą... Po złamaniu i skręceniu wskutek upadku z nie tak znowu wielkiej wysokości mocno nie domaga. Nie podważałem kompetencji lekarzy którzy mnie trzymali w pierwszym szpitalu. Wiadomo, zawsze mają rację, a tylko pacjenci są krnąbrni i mówią im co mają zrobić. Źle jednak na tym wyszedłem. Kiedy znajomy chirurg dwa tygodnie później zobaczył nogę jęknął. A wezwani przezeń ortopedzi orzekli "to jest kalectwo". Miałem 28 lat. Operacja tylko trochę sprawę uratowała. Po latach zresztą nie wiem - bo niby skąd mam wiedzieć - czy sprawy nie pogorszyła. W każdym razie wtedy dostałem gwarancję na 11-12 lat. Potem miałem przyjść, by mi nogę w kostce usztywnić. Rehabilitacja.... Miałem dużo chodzić. No to chodziłem. Biegać czy kopać piłkę już jednak nie potrafiłem....

Kiedy po latach szesnastu znów coś w tę kostkę mi się stało było podobnie. Chirurg po zerknięciu na prześwietlenie tym razem nie jęknął, tylko zaraz poszedł po ortopedę. Ortopeda stwierdził, że nie wie co mi jest, bo tak to anatomicznie staw skokowy nie wygląda. Wspólnym wysiłkiem ustaliliśmy, że to pewnie efekt dawnego urazu i operacji. Zdziwił się tylko bardzo, jak w takim razie nowa kontuzja przytrafiła mi się podczas gry w siatkówkę. A kiedy powiedziałem, że mimo tego co widzi na rentgenie dotąd chodziłem po górach stwierdził, że znacząco poszerzyłem jego wiedzę wyniesioną z mądrych podręczników. Bo - wedle jego dotychczasowej wiedzy - z taką kostką nie da się grać w siatkówkę, o chodzeniu po górach już wcale nie mówiąc. Skończyło się gipsem.

I tak minęło kolejnych 12 lat. Tak, w sumie to już 28. 28 lat małego cudu. W siatkówkę już nie gram. Nie zawsze też mam czas na spacery. A i przełamywać się do nich coraz trudniej. Zwłaszcza gdy pogoda nieszczególna albo ciemno na dworze. Nie kończę przecież pracy o 15. Ale wiem, że jedynym sposobem na to, żeby ból kostki nie uniemożliwił mi w ogóle chodzenia dalej niż na ławkę przed domem jest chodzić, chodzić i jeszcze raz chodzić. Przy okazji poprawiając kondycję i zrzucając część poczynionych w czasach chodzeniowego lenistwa zapasów. Dziś (jest po północy, więc właściwie wczoraj) rozbolała mnie po 3 kilometrach. Wiem jednak, że po paru takich spacerach będę mógł przejść bez bólu coraz więcej. Może wyćwiczona pozwoli w jakiś weekend czy wakacje wejść wyżej i bez większego bólu zejść? Bo że całkiem boleć nie będzie, nie wierzę.
 

Miałem zostać  w domu, to zostawałem. Jak zresztą było nie zostać, skoro za łamanie zakazu groziły wysokie kary. Dziwnie tak jednak, gdy uświadamiam sobie, że choć chorych przybyło, teraz wystarczy mieć na gębie maseczkę i można trochę pospacerować. Kolejny powód, żeby nie ufać "specjalistom od zdrowia". Także wtedy gdy mówią, że #zostańwdomu jest dla mojego i naszego dobra. Zresztą... Mam wrażenie, że jednym z głównych powodów dla którego specjaliści się mylą jest jakaś blokada uniemożliwiająca całkiem sporej rzeszy ludzi - także specjalistom - spojrzenie na niektóre zagadnienia bardziej całościowo. Nie rozumieją - mówiąc obrazowo - że żeby jechać samochodem nie wystarczy tylko kręcić kierownicą, ale trzeba jednocześnie obsługiwać pedał gazu i skrzynię biegów ze sprzęgłem. Ale to już temat na inną opowieść...



 

nd pn wt śr cz pt sb

26

27

28

29

30

1

3

4

5

6

7

9

10

12

13

14

15

16

17

19

20

21

22

23

24

25

26

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

Dzisiaj: 29.05.2020