Nie umiera ten kto trwa w pamięci żywych

Czasem chciałabym mieć ich wszystkich obok. Tych, którzy już umarli... Tylko co ja bym im wtedy powiedziała ? Czuje, że słowa zniszczyły by całe spotkanie. Może lepiej byłby gdybyśmy po prostu poszli na spacer. Tak jak dawniej - z tatą pograć w piłkę lub bambinktona. Z babcią iść na lody do pobliskiej budki a potem stać w cieniu dopóki ich nie zjem bo inaczej za szybko się roztopią. Z dziadkiem usiąść i pograć w karty lub obejrzeć jakieś wiadomości ze świata a potem usłyszeć jego tekst tak bardzo zapamiętany "wszystko i tak do piachu" i jeszcze druga babcia - ta która była z nami najdłużej, która potrafiła się przed modlitwą żegnać kilkakrotnie i ciągle mówić że niedokładnie, że niedbale, że Bogu należy się szacunek. Krótko przed śmiercią jak jej wnuk (ksiądz) coś mówił odpowiadała, że lepiej zapytać jeszcze jakiegoś księdza dla pewności :) Takie moja obcowanie z tymi, którzy mnie wyprzedzili w drodze do nieba. Zawsze jak idę na cmentarz mówię im dzień dobry, pytam co u nich. Nie potrafię myśleć o nich jak o zmarłych. Czuje, że oni są obok mnie, że mnie wspierają. Tylko czasem przytulić się trudno. 

Myślę też o moim bracie. Mówią, że niemowlęta idą prosto do Nieba, że są Aniołami. Więc czuje, że mam dwóch Aniołów obok siebie i czasem mam wrażenie, że właśnie wzięli mnie na ręce i latamy nad ziemią. Dobrze, że oni mają mocne skrzydła... :) 

 

"Wierzę w ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny. Amen" 

05.11.2017

nawet nie wiem czy to czytasz

Kiedyś powiedziałaś, że boisz się dnia kiedy przejdziemy obok siebie na ulicy i nawet nie powiemy sobie cześć... Myślę, że taki dzień nadchodzi, jeśli już nie nadszedł. Może się mylę. Zdecydowałam się nie rozpamiętywać tego co było, to nie ma najmniejszego sensu. Jednak wspomnienia - te dobre chwile, jak i zdjęcia powodują delikatne ukłucie serca. Nie opisze naszej znajomości jako przyjaźń. Ponieważ nie chce tutaj niczego narzucać. Jednak w obecnej sytuacji, kiedy wszystko już zaplanowane, wszystko zapisane. Przyszedł czas na podziękowania, choć i to już było. Więc jeszcze raz na nowo. Dziękuje za obecność w moim życiu. Dziękuje za wsparcie w mojej chorobie. Dziękuje za moment kiedy nie było problemem rozmawiać ze mną w moją bezsenną noc. Dziękuje za każdy wspólny spacer i każdą wspólną rozmowę i tą nocną i o każdej innej godzinie dnia. Dziękuje Ci również za modlitwę i za cichą obecność. Przepraszam Cię za wszystko co uczyniło, że gdzieś tam za bardzo bolało, że nie było czasu, że coś przeoczyłam. Przepraszam. 

Czasem myślę o Tobie. Chciałabym zrozumieć Twoją decyzję. Choć z drugiej strony powtarzam sobie że nawet dziś, kiedy wszyscy mówią o tolerancji, akceptacji itp ludzie nie pałają sympatią do chorych psychicznie

30.10.2017

Przyjaciel III

Nie wiem, czy powinnam numerować przyjaciół. Tłumaczę to sobie tym, że tak właśnie pojawiali się w moim życiu. Ale każdy był tak samo ważny. Z każdą z tych osób łączyła mnie również relacja z Bogiem. Nierzadko zdarzało się również, że to oni ciągnęli mnie wyżej ku Bogu.

Z Karolą poznałam się właśnie podczas codziennych wieczornych Mszy świętych. Każdego wieczoru na nabożeństwach październikowych. Na początku były to krótki wymiany zdań. Małe spacery po parku. Zawsze miałam poczucie, że to Weronika jest moim przyjacielem i czułam, że spotykając się z Karoliną w jakiś sposób ranię Weronikę… dziś myślę, że to może już były pierwsze oznaki mojej choroby.

Długo trwało zanim z Karoliną wymieniłyśmy się numerami telefonu. Długo też trwało zanim umówiłyśmy się na niedzielny popołudniowy spacer (później miałam tak wielkie wyrzuty sumienia, że przez tydzień nie odzywałam się do niej tylko ciągle rozmawiałam z Weroniką).

Jest jeden ważny moment z początku tej relacji. Może nawet dwa. 1. Lednica – pojechaliśmy tam wspólnie z grupą z parafii, rozważaliśmy temat przyjaźni. Otrzymaliśmy dwie rybki – jedną miałyśmy zachować dla siebie drugą podarować przyjacielowi… 2.Kiedy Karolina dowiedziała się o moim marzeniu wyjazdu w góry i o tym jak potraktowała mnie Weronika zaprosiła mnie do swojego domku w górach. W drodze powrotnej wynikło kilka nieprzyjemnych sytuacji. Wracałyśmy pociągiem i milczałyśmy. Kiedy już byłyśmy w mieście rodzinnym i ja już odchodziłam Karolina zawołała mnie wzięła moją rękę włożyła jedną z rybek i powiedziała „właśnie tym kimś jesteś dla mnie ty”. Odeszła, do końca wakacji miałyśmy utrudniony kontakt. Karolina pracowała, później pielgrzymka do Częstochowy. Spotykając się we wrześniu ustaliłyśmy że nie będziemy naszej relacji nazywać przyjaźnią po prostu mówiłyśmy do siebie „człowieczku” J i nadal tak mówimy… Nadszedł czas kiedy Karolina wyjechała na studia, nie udawało nam się rozmawiać codziennie. Rzadziej się spotykałyśmy a prawie wszystkie spotkania powodowały napięcia i niepotrzebnie się wzajemnie raniłyśmy. Pewnego razu napisała do mnie, że chciałaby się spotkać. Bałam się zapytałam czy to coś poważnego – powiedziała, że nie. Jednak na spotkaniu usłyszałam od niej że nie potrafi żyć z przyjacielem który ma zaburzenia psychiczne, że to dla niej za dużo… Wyszłam, długo chodziłam po ciemnym parku i nie wiedziałam co mam zrobić z tymi słowami… Pojawiło się samookaleczenie, pojawiły się myśli samobójcze. Czułam, że jest to kolejna osoba, że to oznacza, że nie jestem stworzona dla tego świata…

Po kilku miesiącach Karolina napisała list z przeprosinami. Pisała w nim, że zrozumiała, że nie potrafi jednak powiedzieć mi prosto w oczy słowa przepraszam. Później zaczęłyśmy gdzieś powoli i na krótko się spotykać. Nie na siłę po prostu. Napisała do mnie pewnej wiosny, że chce się spotkać, że przyjedzie do mnie. Czułam, że chodzi o powołanie (ciągnęło się to za nią od gimnazjum) tak to było to. Bała się tylko ostatecznej decyzji.

Dziś jest w nowicjacie. Ostatni raz spotkałyśmy się w maju i było to bardzo miłe spotkanie. Powiedziała mi wtedy, że myśli, że przerobiłyśmy już wszystko to co nas spotkało. Trudno mi to potwierdzić. Nie wiem, ciągle się zastanawiam.

Modlę się za nią. Znajoma siostra przesłała mi kilka zdjęć z przyjęcia do nowicjatu. Czułam w głębi serca, że ona w końcu jest szczęśliwa…

11.10.2017

Przyjaciel II

Kiedy pierwsza znajomość przez wyjazd do Londynu zaczęła się zamazywać. Pojawiła się kolejna osoba. Właściwie dwie osoby - były przyjaciółkami od dziecka. Tylko trochę się między nimi pokomplikowało i jak to ze mną wtedy bywało chciałam pomóc. Na początku umawiałam się na rozmowę to z jedną to z drugą stroną konfliktu. Później już tylko z jedną. Nawet było mi to na rękę bo nie czułam popołudniowej pustki, którą wcześniej zapełniała mi Basia. Nie miałam wtedy jeszcze telefonu komórkowego więc nie wchodziły w grę rozmowy ani sms. Umawiałyśmy się zawsze na mieście a chodziłyśmy na długi spacery poza miasto. Niosło nas wszędzie na pola i nad pobliskie jezioro. Było pięknie. Godzinami potrafiłyśmy gadać i gadać i gadać.... Wracałam do domu późno. Tata nie miał nic przeciwko a mama pracowała więc nawet o tym nie wiedziała. Nie przeszkadzał nam deszcz, śnieg... nawet gołoledź. Trudniej zaczęło się kiedy tata zaczął chorować i nie chodzi tutaj o to że większość czasu musiałam spędzać w domu. Tylko o to że u mnie zaczęły się doły. A Weronika w tym czasie poznała pewnego człowieka starszego od niej. Kapłana. Zaczęła się z nim spotykać, rozmawiać wieczorami przez telefon, a nasze spotkania polegały na tym że co chwile przychodził sms na który ona musiała odpisać. Kiedy dostał dekret o zmianie parafii Weronika mocno przeżyła jego odejście. A ja myślałam że za chwile jej minie. Więc byłam przy niej. Nasze spotkania się bardzo zmieniły, wiedziałam że robi źle. Wiedziałam, że to nie powinno tak wyglądać a mimo wszystko byłam przy niej - to było chore...

Wkrótce zmarł mój tata. Weronika była przy mnie, pojawiła się również druga osoba - Karolina... były obie. Przez jakiś czas. Weronika znała mojego tata - bardzo często udawało jej się załapać na kolację przygotowaną przez Niego. Karolina Go nie znała, nigdy nie poznała. Jedynie z moich opowiadań. Śmierć taty była taką radykalną zmianą we mnie. Poczułam, że to życie takie towarzyskie nie jest dla mnie. Poczułam, że nie mam sił na spotkania z ludźmi. Wracałam do domu, zapalałam świeczkę i siadałam pod kocem. Tak wyglądało kilka miesięcy. Weronika zaprosiła mnie jeszcze na swoją 18. Pojawiły się łzy. Później znalazła grupę z którą zaplanowała wyjazd w góry - ja o tym nie wiedziałam. Zabolało. Zabolało mocniej kiedy powiedziała, że ja bym nie dała rady... i tak się skończyło, jakoś naturalnie. Kiedy teraz się widujemy na mieście wymieniamy podstawowe informację o sobie. WIem, że przyjaźń którą wtedy próbowałam ratować uratowała się samoistnie. 

Czy w tej relacji był Bóg ? Poniekąd tak. Chociaż w miarę jak Weronika zaczynała rozwijać swoją znajomość z kapłanem miała opinie że nie potrzebuje Kościoła aby wierzyć. Teraz nie wiem jak z tym u niej jest. Modlę się za nią. Wsparła mnie w momencie kiedy mój tata chorował a ja czułam że bez niego moje życie nie będzie miało sensu 

10.09.2017

moje życie z CHAD

Do tej pory cały czas leczono mnie w kierunku depresji. Pierwszy moment kiedy gdzieś obiło mi się o uszy, że mogę mieć CHAD było podczas wizyty na terapii. Potrzebowałam mieć wypisane dokumenty na grupę o niepełnosprawność. I zdziwienie mojej terapeutki "psychiatra wpisała depresje a u mnie masz dwubiegunówkę... ale to nic nie zmienia. Ja nie jestem lekarzem tylko psychologiem" i sprawa ucichła. W grudniu zeszłego roku miałam dużo energii. Chodziłam jak nakręcona. Czułam, że mogę góry przenosić. Czułam, że mogę zacząć odstawiać leki bo jest rewelacyjnie... I niestety to rewelacyjnie trwało do połowy stycznia. Później zaczęło się dołowanie... mega upadki, miałam wiele myśli dlaczego tak jest. Koleżanka z pracy podsunęła mi też myśl, że może to dlatego że zaczęłam odmawiać nowennę pompejańską; mówiła "zobaczysz skończysz odmawiać i wszystko będzie ok" ja skończyłam ale nie było ok (nie chce pisać tutaj o owocach nowenny pompejańskiej choć te również były). Wręcz przeciwnie było źle. Myślałam o śmierci, chciałam popełnić samobójstwo. Nie chciałam żyć. Nie zgodziłam się. Zapisała leki kazała przyjść po 3 tygodniach. Kiedy przyszłam i powiedziałam jej, że jest znacznie lepiej. Powiedziała mi, że to nie wygląda jak zwykła depresja a raczej jak spektrum CHAD - choroba afektywna dwubiegunowa... Przeraziłam się, pytałam bliskich mi osób co to zmienia w naszych relacjach... Mówili, że nic. Teraz nie ma obok mnie nikogo... 

w jednym z moich wierszy napisałam kiedyś "Samotność bez Jezusa" usłyszałam, że dla osoby wierzącej takiej samotności nie ma... Więc zaczynam w moim życiu rozważać tajemnicę bolesną różańca świętego "modlitwa Jezusa w ogrójcu" - moja modlitwa w ogrójcu

01.09.2017

© Copyright 2010; Mały człowieczek. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Nie patrz wstecz | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd