1 styczeń 2010

Notka noworoczna

wschod_slonca.JPG

 

Przez niemalże dwadzieścia lat pracowałem z ruchami i grupami, dawałem sobie radę w tak zwanych środowiskach trudnych (nie pomijając narkomanów i młodocianych przestępców). I jakoś to wszystko szło do przodu. A w ostatnich latach połamałem sobie zęby na katolicyzmie tradycyjnym. Potwierdziły się moje obserwacje sprzed roku. Czyli mamy do czynienia ze zjawiskiem trwałym. Nie ma już tych, którzy przychodzili do kościoła dwa razy w roku. Spowiedź świąteczna, pasterka i Msze św. w pierwszym i drugim dniu – ci sami, co w każdą niedzielę. Też zresztą są wielką niewiadomą przy całej niereformowalności. To wszystko coraz bardziej przypomina Titanica. Okręt tonie, ale wszyscy nieźle się bawią. Pytanie jak długo będzie trwało nabieranie wody.

 

Czasem jest tak. Idzie się z kimś. Ma się wrażenie, że jesteśmy jednego ducha. A potem wszystko pryska jak bańka mydlana. Wspólnota drogi okazuje się być złudzeniem. Chyba na tym ma polegać czujność i uważność duchowa. Nie chodzi o brak zaufania, bo ten oznacza klęskę. Ale o trzeźwe rozeznanie sytuacji, dostrzegające pozorność relacji i działań. To jest potrzebne, by nie tracić czasu i energii.

 

Ktoś powie, że ten wpis jaskrawo odbiega od tekstów, zamieszczanych gdzie indziej i świadczy o swoistej dwubiegunowości autora. Wydaje się, że tak powinno być. Ta dwubiegunowość to właśnie tischnerowska filozofia dramatu. Pomiędzy już a jeszcze nie. Pomiędzy wygraną a przegraną. Światłem i ciemnością. Nie jest dobrze, gdy patrzenie na świat jest zdominowane przez niepoprawny optymizm, nie dostrzegający meandrów, zagrożeń, trudności, punktów słabych. Zamiast nadziei mamy wtedy jej karykaturę.  

24 grudzień 2009

Życzenia

Dla wszystkich tu zaglądających. I dla wszystkich kiedykolwiek spotkanych. Dla całej braci zasadniańskiej i społeczności wiarowej. O wszystkich Was będę pamiętał w czasie Pasterki. Nie będę kusił się na żadne słowa. Niech Wam wystarczy Słowo, które Ciałem się stało.

8 grudzień 2009

Ratlerek

Wieczorną porą wracał myśliwy z zakupów do domu. Za którymś zakrętem dojrzał w światłach reflektorów małego pieska. Skulony, wygłodniały, zagubiony między lasem a polem, siedział na poboczu ratlerek. Więc ulitował się nad nim, wsadził do samochodu i zawiózł do domu. Tu umieścił go w psiarni, dokarmiał, a nawet czasem zabierał pod dach, sprawiając uciechę dzieciakom. Z czasem ładował go z innymi psami do jeepa i zabierał na polowanie. Gdy tamte uganiały się za zającami, naganiały sarny i dziki, on siedział przy nodze pana i… smutniał. Też by chciał wykazać się siłą, sprytem, wojowniczym charakterem i – jak tamte – zasłużyć na pańską nagrodę. Ale był tylko małym ratlerkiem-znajdą.

 

Kiedyś nadarzyła się okazja. Państwo z dziećmi wyjeżdżali na spacer do lasu. Tato, weź z nami ratlerka. Będziemy mieli z kim się bawić, prosiły maluchy. Szczęśliwa psina wskoczyła do auta i przytuliła się z wdzięcznością do nóg dzieciaków. Ileż było harców, zabaw i uciechy. Aż wyczuł ratlerek zwierza w pobliżu. Zjeżył się, sierść nastroszył, zaszczekał i ruszył. Jedyna okazja. Teraz albo nigdy nie wykażę się przed swoim panem, rozumował swoim psim rozumem, pędząc po tropie. Wreszcie dopadł. Borsuk to był.

 

Zdziwił się niepomiernie. Zatrzymał. Popatrzył. Co za dziwo ujada i do nogi skacze? Złapał się borsuk za brzuch i w śmiech, w nos trącił, łapą odsunął. Lecz kiedy ratlerek za palec chwycił i ciągnąć zaczął wkurzyło się borsuczysko. Pazurami po karku przejechał, zębami poprawił, przydepnął. Plama została.

 

Kuria mać, mruknął borsuk pod nosem i nie oglądając się na to, co kiedyś było ratlerkiem, poszedł pod sosnę, kończyć jamę na zimowe leże.

20 listopad 2009

Najczęściej słyszane…

Chcą, żeby proboszcz był ojcem parafii. To dlaczego dla ojca nigdy nie mają czasu?

Najczęściej nie słyszę o biedach i problemach, rozterkach i poszukiwaniach. Najczęściej słyszę: przepraszam, spieszę się…

11 czerwiec 2009

Nie mogłem uwierzyć

Gdy przed dwudziestu pięciu laty, w wypełnionym po brzegi kościele, stanąłem przy ołtarzu, by po raz pierwszy sprawować Eucharystię, nie mogłem uwierzyć, że już jestem księdzem.

Gdy w dniu srebrnego jubileuszu, w pustym kościele, stanąłem  przy ołtarzu, by sprawować Eucharystię, nie mogłem uwierzyć, że jeszcze jestem księdzem.

9 marzec 2009

Filozofia filozofią…

…a tu ważna dla braci górskiej informacja w niepamięci utknęła. Na Gorcu jest nowa bacówka! Co prawda jeszcze nie omszona. Ale na podmurówce, z prawdziwym piecem. Izby ma dwie. Jedna z kuchnią, druga na poddaszu. Obie z oknami. Piękne podcienie, gdzie przysiąść można na długie rozmowy. Do wody blisko, trzydzieści metrów najwyżej. Najwyraźniej jej właściciel na gości się sposobi i amatorów dawnego w górach bytowania oczekuje.

Już czuję wasze zniecierpliwienie. Powiedzże, celniku, gdzie ona stoi! Zatem z kopczyka na Gorcu Kamienickim zejść ku pozostałościom starej Kuźlówki, w lewo skręcić starą drogą na Ustępne (tą, którą Gorc okrążyć można w drodze na Bieniowe) i pod lasem, nad ścieżką, nad starą Ziębówką, cudo owe zobaczycie. Panorama na Kudłoń, Mostownicę i czoło Turbacza przepyszna. Miejsce od wiejących z reguły od Tatr wiatrów osłonięte. O obfitości borówek, malin i grzybów pisać nie muszę, bo to samo przez się wiadome. Jeśli ktoś nie miałby ochoty pchać się w sierpniu z namiotem w góry, miejsce do zamieszkania podczas Gorcstoku wymarzone, bo do bazy jakieś dwadzieścia minut drogi będzie.

Ej, ckni mi się parę dni w niej w dobrym towarzystwie :)

P.s. Starość nie radość,widać masła za dużo… Dopiero teraz zauważyłem, że w pierwszej notce gorczańskiej o niej wspomniałem. Tym się pocieszam, że namiarów na nią nie było.

1 marzec 2009

Powroty

Oczywiście do domu. Bo z powrotem do Zasadnego nie ma problemu. Wiele razy widziałem te łzy w oczach, słuchałem o wewnętrznych rozterkach i trochę się dziwiłem. Przecież przyjechała wspólnota. Wracała wspólnota jeszcze bardziej zżyta z Bogiem i z sobą. Pewnie, narzekali na jej niedoskonałość. Ale w praktyce te więzy były aż nadto widoczne. Wspólnotowe eucharystie, spotkania modlitewne, małe grupy, schole, spacery, koncerty, wypady rowerowe, koncerty, wystawy, dzieci niepełnosprawne i te z ulicy… Czegóż to nie było? W ileż akcji angażowali się zasadniańscy domownicy? Dlatego powrót do domu owszem, rodził pewien lęk. Przed konfrontacją. Przed pytaniem co się z tobą stało. Ale zasadniczo był dalszy ciąg. Wielu do dziś pisze w listach i na blogach, że te wspólnoty są bardzo ważnym punktem odniesienia, że zawsze jest na kogo liczyć. A ile jest już małżeństw?

 

Jednak od pewnego czasu powrót do domu jest i dla mnie problemem. Konkretnie zaczęło się to w chwili, gdy zabrakło wspólnoty. Chyba nikt nie lubi wracać do pustki. Parafie tradycyjne niestety mają tę wadę, że są wyjątkowo oporne na wszelkie formy życia wspólnotowego i na to wszystko, co nazywamy pogłębionym życiem duchowym. Ot, chociażby dla przykładu. Tam, gdzie były wspólnoty można było usłyszeć: jedźmy do Zasadnego. W parafii, gdzie nie ma wspólnot co najwyżej: niech nam ksiądz zorganizuje wycieczkę w góry. Bo w parafii tradycyjnej ksiądz jest instytucją świadczącą usługi. W parafii, gdzie są wspólnoty w sytuacji braku księdza w konfesjonale pewnie ktoś by szemrał, dzwonił, pytał. W parafii tradycyjnej, jeśli nie ma pogrzebu, można w konfesjonale siedzieć miesiąc i nie doczekać się penitenta, a wszelkie propozycje życia wspólnotowego albo zbywane są żartem, albo ucinane rzekomym brakiem czasu. Gdybym nie żył tak intensywnie, może bym i w to uwierzył. Pewna część badających religijność socjologów twierdzi, że brak zapotrzebowania na wspólnoty w parafiach tradycyjnych jest konsekwencją silnych więzi rodzinnych, stąd nikt nie szuka form zastępczych. Obserwując środowisko mam po pierwsze wątpliwości co do silnych więzi rodzinnych. Po drugie rodzi się pytanie: od kiedy Kościół, rozumiany jako wspólnota, jest formą zastępczą?

 

Więc siedzę w domu przy komputerze i marzę o powrocie. Do Zasadnego. Z nadzieją, że kiedyś spotkamy się w większym gronie. Boć przecież zbliża się powoli dwudziestopięciolecie naszego drugiego domu. Nie szkodzi, że urośliście, że macie już dzieci. Tym większa będzie radość. Już słyszę, jak śpiewacie Psalm 146 na dziękczynienie po Komunii św. i Magnificat o wschodzie słońca na Gorcu. Myślę, że nikt nie odmówi sobie trudu pójścia tradycyjną trasa na Turbacz. Przeczuwam te długie wspólne spacery i nocne posiady przy stole, otoczonym ludźmi ciekawymi Boga i siebie. Pewnie nie uda mi się wszystkich poznać i zapamiętać imion waszych dzieci.

 

To nic, że potem trudno będzie wracać tu, skąd piszę…

23 luty 2009

Dopowiedzenie drugie czyli odrobina “domowej filozofii”

Obiecałem to w poprzednim wpisie.

Nasza “domowa filozofia” jest wypadkową doświadczeń, obserwacji i tego, co pisał Ks. Franciszek Blachnicki w zaleceniach dla diakonii oaz rekolekcyjnych. Istotą jest właśnie słowo dom. Czyli miejsce, za które jest się odpowiedzialnym, tworzone - nie konsumowane - przez wszystkich w nim przebywających.

Potrzebę istnienia takiego miejsca odkrywałem w miarę, gdy coraz mocniej uświadamiałem sobie, jak bardzo zniszczone są więzi w naszych rodzinach. Był moment, gdy z ust osiemnastolatka usłyszałem wyznanie (miał łzy w oczach), że jego rodzina nigdy nie siada do wspólnego posiłku. Wtedy z całą mocą usłyszałem słowa Psalmu:

“Bóg dom gotuje dla opuszczonych” (Ps 68,7).

Tworzenie domu to ludzie i zaplecze. Był czas, gdy myślałem o zakupie samotni na Polance. Wyobraźnia podpowiadała, jak będzie wyglądał. Nad wejściem miał wisieć cytowany wyżej fragment. Marzenia pozostały, obraz dalej noszę w sercu. Kto wie… Za każdym razem, gdy idę na Gorc, spoglądam w tamta stronę…

Ale najważniejsi są ludzie. Żeby stworzyli dom, trzeba zastosować radę, jaką młodemu władcy dawał stary król w Twierdzy Saint Exupery’ego:

“Jeśli chcesz ludzi zjednoczyć, każ im zbudować wieżę. Jeśli chcesz ich podzielić, rzuć im worek owsa.”

Więc od początku staraliśmy się budować wieżę. Przygotowanie na przyjazd uczestników, remonty, prace w polu. Do tego wspólna modlitwa i krótkie wypady w góry. Żelazna zasada, że posiłki jemy wspólnie i bez pośpiechu. Nie pytamy “dlaczego akurat ja” i nie wyręczamy się innymi. Tak wyłoniła się spora grupa domowników. Bywało, że ktoś rezygnował z części wakacji, by przez 17 dni służyć z cichością i pokorą innym. Efekt był taki, że ktoś przyjeżdżający po raz pierwszy po kilku godzinach nie miał wątpliwości, że jest u siebie w domu.

Oczywiście stworzenie takiego klimatu nie byłoby możliwe, gdyby nie sami gospodarze. Witający wszystkich z radością i żegnający zawsze z łezką w oku. Chyba nie trzeba lepszego świadectwa. Pisząc o nich trzeba koniecznie nawiązać do słynnego już skądinąd stołu zasadniańskiego. W kuchni pod oknem. Miejsce biesiad, rozmów, dyskusji, żartów. Tam przesiaduje się do późnych godzin nocnych nad kubkiem herbaty (a czasem herbatki). Oj, pewnie by nie było domu, gdyby nie ta kuchnia i nie ten stół. Bo dom, wspólnotę, tworzą dwa stoły: ten eucharystyczny i ten domowy. Jeden związany jest z drugim.

Kto wie, może na tym polegał od początku urok i siła Zasadnego, że przez wiele lat na tym samym stole, na którym spożywaliśmy posiłek, odprawiana była Msza święta? Jak ktoś głęboko przeżył w Eucharystii tajemnicę Chrystusa Sługi, nie miał wewnętrznych oporów słysząc: tu nie jest się obsługiwanym, tu się służy. Bo “człowiek nie może odnaleźć siebie inaczej, jak tylko przez bezinteresowny dar z siebie”.

Więc dom zasadniański tworzyli ludzie, którzy odkryli radość z bycia darem. Konsumenci przyjechali raz, powybrzydzali i więcej się nie pojawili.

15 luty 2009

Do gorczańskich impresji dopowiedzenie pierwsze

Zasadne właściwie było dziełem przypadku. A konkretne owocem kuszenia Pana Boga. Latem 1986 roku mieliśmy jechać z ministrantami do Dzianisza. Dwa tygodnie przez wyjazdem gospodyni przysłała list, odmawiający gościny. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że zagrożono jej odmową paszportu do USA, gdzie od kilku lat był jej mąż. „Nie gniewajcie się, księża, ale ja chcę z dzieciakiem do chłopa”. Gniewu nie było, rozumieliśmy. Trzeba jednak było szukać, a czas naglił. Kolega właściwie już zrezygnował. Było to w okolicy Tylmanowej. Wtedy zaproponowałem handel z Panem Bogiem. Podjedźmy do Zabrzeża po paliwo. Jeśli sprzedadzą nam czerwoną, znaczy mamy szansę jechać dalej i szukać miejsca.

Młodemu pokoleniu należy się w tym momencie wyjaśnienie. W epoce socjalistycznego dobrobytu obywatelowi należało się około 30 litrów benzyny na miesiąc. Oczywiście paliwo było na kartki, 46 zł litr. Ale można było kupić „na lewo”, po 100 zł. Ponieważ banknot o takim nominale był koloru czerwonego, tak nazwano bezkartkowe paliwo. Na szczęście dla nas czerwona benzyna była. W ten sposób mogliśmy kontynuować poszukiwania.

Zasadne było ostatnim miejscem do odwiedzenia. Rozmowa z panem Janem była krótka. „Jest nowy dom, ale w nim nic nie ma. Jeśli wam to odpowiada, przyjeżdżajcie.”

Pewnie, że pojechaliśmy. Samochód upakowano materacami, garnkami, jedzeniem. Cielaka zamówiliśmy na miejscu. I tak wystartowaliśmy. Z hukiem, bo na początek wyleciała szyba w dużym pokoju. Spanie było na podłodze, mycie w potoku, kuchnia ze stołówką w jednym, wychodek romantyczny. Trzy drewniane kabiny za kuchnią, od potoku. Ale co tam. Humory dopisywały, apetyty też. W górach dwa razy zdarzyło nam się trochę pobłądzić. Raz taka pomyłka kosztowała nas wynajmem taksówek z Rabki, bo tam o zmierzchu wylądowaliśmy. Dziesięć dni przeleciało jak z przysłowiowego bata strzelił. Przed wyjazdem zapytaliśmy  o możliwość ponownego przyjazdu. Jaka była odpowiedź pisać nie trzeba.

Dziś pewnie należy dziękować Bogu, że to był realny socjalizm i trzeba było robić partyzantkę. W dobie wolnego państwa, wszechobecnego ze swoimi regulacjami, ten numer już by nie przeszedł. Tzw. troska o dobro dziecka nie przewiduje spania na podłodze, mycia w potoku i samodzielnego przygotowywania posiłków. Do akcji wkracza sanepid, kuratorium, straż pożarna, stąd nikt rozsądny, zwłaszcza posiadający państwowe uprawnienia, nie odważy się na organizowanie pobytu z dziećmi i młodzieżą w takim miejscu. (Zresztą w Zasadnem od dawna nikt nie myje się w potoku, a dla pięćdziesięcioosobowej grupy dwanaście łazienek powinno wystarczyć.) Dzięki tej szczególnej trosce o dobre warunki mamy coraz mniej mocarzy ducha, za to rośnie nam armia anemików konsumpcji. Ale o tym, jak i o filozofii Zasadnego, w następnej notce.

13 luty 2009

Gorczańskie impresje cz. 3 (Poszukując słońca)

Niebo w dalszym ciągu bure i ponure. Pada śnieg. Przeczekać? Nie, szkoda dnia. Ostatecznie urlop jest taki krótki. Może się uda. Rzeczywiście. Miałem farta. Stojąc przez chwilę na parkingu w dolnej Szczawnicy zauważyłem słońce nad Jaworkami. Zatem Homole. Po drodze mijam przystanek autobusowy Sewerynówka. Tu wysiadałem w sierpniu 1973 roku. Mój pierwszy pobyt w górach. Najpierw staliśmy godzinę, nie wiedząc gdzie iść. Potem kilkadziesiąt minut marszu z wypchanymi plecakami. Zmęczenie wzięło górę nad ciekawością. Bo do tej pory nasze rozmowy krążyły wokół jednego pytania. Co będzie na tej oazie? Dlaczego Babcia tak mocno zachęcała do tego wyjazdu.

Dom państwa Wierciochów był jednym z tych miejsc, przez które przewinęły się setki młodzieży z naszej diecezji. Potem, jak grzyby po deszczu, pojawiały się następne. Tylmanowa, Zubrzyk, Zbludza, Zalesie i Mordarka. Potem Zasadne, Klenina i Dolna Kamienica. Na początku lat dziewięćdziesiątych w rekolekcjach wakacyjnych każdego roku brało udział ok. trzech - czterech tysięcy dzieci, młodzieży i dorosłych. Cały czas piszę o jednej tylko diecezji. Potem wszystko zaczęło topnieć.

Pytanie o przyczyny nie daje mi spokoju od dłuższego już czasu. Są złożone. To oczywiste. Dotknąłem trochę problemu w poprzednich refleksjach. Ale trzeba też powiedzieć uczciwie, że Kościół nie potrafił (i dalej nie potrafi) docenić charyzmatu Ruchu Światło-Życie. Mimo tylu jednoznacznych deklaracji Jana Pawła II i Benedykta XVI, podkreślających, że jako jeden z nielicznych jest głęboko przepojony eklezjologią Soboru i bardzo mocno ukierunkowany na parafię. Powiedziałem kiedyś na prelekcji klerykom, że źródłem napięć jest konflikt superwizji z totalnym brakiem wizji. Oaza od samego początku burzyła tradycyjne podejście do duszpasterstwa, rozumianego w kategoriach trzy razy “k”: kancelaria, konfesjonał, katecheza. Wymagała więcej. W dodatku mało komu chciało się przebrnąć przez materiały formacyjne (od samego początku miały imprimatur), stąd nie zauważono, że to jest właśnie katecheza w pełnym tego słowa znaczeniu. Tak, jak ją rozumią Obrzędy Chrześcijańskiego Wtajemniczenia Dorosłych, adhortacja “Catechesi tradendae” czy “Dyrektorium Ogólne o Katechizacji“. Z tego niezrozumienia wynikała praktyka. Najlepszym sposobem na pozbycie się problemu była zmiana księdza. Na palcach można było policzyć parafie, gdzie proboszczom zależało na kontynuacji. Reszta jak zbawienia wyczekiwała dnia, gdy biskup zabierze księdza oazowicza. A potem przyszła moda na Odnowę. Nowy pasterz diecezji był znanym charyzmatykiem. Więc pytano: księże, a nie da się z tego zrobić Odnowy? Nasze notowania pójdą w górę. Były parafie, gdzie ludzi po pełnej formacji podstawowej wysyłano ponownie na rekolekcje ewangelizacyjne, bo poprzednie były “nieważne”. I tak powoli topniało. Potem znalazło się nawet uzasadnienie. Oaza miała być dobra, ale na inne czasy. Tylko czemu taki mocny nacisk położył na kontynuację tej drogi Benedykt XVI w przemówieniu do pierwszej grupy polskich biskupów, będących w Rzymie ad limina?

Dobrze, że dojechałem do Jaworek i z za chmur wyjrzało słońce. Gdybym miał jechać dłużej, kto wie do jakich bym doszedł jeszcze wniosków ;)

Póki co jest północ. Zasadne śpi i czeka na swój czas. Wierzę, że to miejsce odżyje. Jak powiedziałem kiedyś panu Janowi - Kościół nie będzie mógł normalnie funkcjonować bez takich miejsc, jak to. Przecież gdzieś trzeba doświadczyć, że Kościół jest domem, nie?

Następny »