« Hej kolęda, kolęda! Kolędowa afera »

Tona dobroci

28.12.2017

Wystarczy pomysł, kilku zapaleńców i... małe karteczki, aby uczynić świat odrobinę lepszym.

W sobotnie popołudnie salki przy parafii św. Antoniego w Rybniku świecą pustkami. Tylko w jednej z nich kręcą się dwie dziewczyny, przyklejając do stołów kartki z napisami: „mąka”, „olej”, „mleko”. I „słodycze” - na nie przygotowane jest najwięcej stołów. Zbliża się 17:30, za pół godziny rozpocznie się wieczorna Eucharystia. Ostatni rzut oka na pomieszczenie i można ruszyć do działania. Rozpoczyna się kolejny finał akcji „Podziel się na Boże Narodzenie”.

 

Idea jest bardzo prosta. Przed tygodniem wychodzący z kościoła wierni mogli zabrać małą karteczkę, na której znalazły się nazwy jednego – dwóch produktów, których wartość nie przekracza 10 złotych. „Kup proszę mąkę i olej”, „mleko i ciastka”, „cukier i pastę do zębów” - ot, najzwyklejsze rzeczy. Ostatnia niedziela przed świętami to finał akcji – przed każdą mszą świętą przy drzwiach kościoła czekają samochody, do których można złożyć zakupione dary. Wieczorem przychodzi czas na wielkie liczenie i pakowanie, a następnie rozwożenie do potrzebujących. I koniec – aż do Niedzieli Palmowej, która jest sercem wielkanocnej edycji.

 

Dobro wraca

Drzwi dostawczego busa otwarte są szeroko. W środku 8 – letni Filip układa worki i woreczki pełne rozmaitości. Przed samochodem przytupuje na zimnie jego siostra Maja i pan Tomek – ich tata. Dzięki ich zaangażowaniu nie trzeba się bać, że po wpakowaniu wszystkich darów do osobówki zabraknie miejsca dla kierowcy, jak to bywało na początku... Co sprawia, że zamiast cieszyć się niedzielnym relaksem spędzają dzień marznąc pod kościołem? - Jestem parafianinem, mieszkam obok. No i tak się życie ułożyło, że mam się czym podzielić. Dwa lata temu usłyszałem w ogłoszeniach duszpasterskich, że przydałby się ktoś z samochodem. Ja mam dostawcze auta, więc pomyślałem, że pomogę. Przyszedłem raz i tak już zostałem. Wierzę, że dobro wraca. Kto wie, może kiedyś my będziemy potrzebować pomocy? Niech każdy da od siebie małą cząstkę, a świat będzie lepszy – mówi z przekonaniem. Udział w zbiórce pomaga mu przygotować się duchowo do Bożego Narodzenia. - Jestem przedsiębiorcą, na co dzień jestem bardzo zagoniony i czasami te przygotowania mi umykają. W taki dzień jak dziś człowiek może wreszcie pomyśleć o zbliżających się świętach. Gdybym nie był tutaj, to pewnie robiłbym coś związanego z pracą – dodaje. Dłużej nie może rozmawiać, bo do samochodu podchodzi starszy pan, niosący w reklamówce torebkę cukru i pastę do zębów. Moment później przy busiku zatrzymuje się samochód. Pan Janek również wyciąga cukier i pastę do zębów, tyle, że cukru są dwie zgrzewki, a past... cały karton. - Każdy daje tyle, ile potrafi – uśmiecha się szeroko, pomagając Filipowi z ciężkim pakunkiem.

 

To nasi!

Akcję zainicjowały wiosną 2014 roku cztery dziewczyny, szukające sposobu na ożywienie parafii. Spodziewały się miernego zainteresowania, liczyły, że uda się zrobić kilka – kilkanaście niewielkich paczek, toteż do działania przystąpiły same. Rozmiar tej pierwszej zbiórki przerósł ich najśmielsze oczekiwania – przed każdą mszą samochody wypełnione były darami po sam dach. Kapłani posługujący w parafii, widząc cztery spocone dziewczyny taszczące ciężkie torby, zakasali rękawy sutann i pomiędzy dyżurami w konfesjonale ruszyli z pomocą. I całe szczęście, bo wieczorem, po podliczeniu produktów okazało się, że ich łączna waga przekroczyła... tonę. Od tego czasu akcja weszła na stałe do kalendarza parafii, ale w jej organizacji wiele się zmieniło – przede wszystkim zebrała się grupa wolontariuszy, którzy pomagają przy pracy. Produktów z każdym rokiem przybywa, przybywa także adresów osób potrzebujących - zgłaszają ich sami parafianie, doskonale wiedzący, którym sąsiadom przyda się pomoc, nieocenionym źródłem informacji są też odwiedziny duszpasterskie. Dary trafiają do konkretnych rodzin, ale i do Domu Dziecka czy Domu Samotnej Matki, znajdujących się na terenie parafii.

 

- Dlaczego przynosimy dary? - Iza jest wyraźnie zaskoczona pytaniem. - To oczywiste, przecież to są nasi ludzie, nasi parafianie! Chcemy im pomóc. A ta akcja jest świetna – dzięki karteczce dokładnie wiem, co mam przynieść no i jest mobilizacja – skoro już wzięliśmy kartkę, wiemy, że trzeba się wywiązać!

 

Czy ludzie nie boją się, że przynoszone przez nich dary nie zostaną źle wykorzystane? - Absolutnie nie – mówi zdecydowanie Monika, podając reklamówkę wypełnioną zakupami. - Ta akcja jest pewna, bo komu ufać jak nie ludziom, których się zna z parafii? Organizatorzy to „nasi ludzie”, widzę ich w kościele więc nie mam wątpliwości, że wszystko trafi konkretnie do potrzebujących.

 

Oczywiście jak wszędzie, i tu zdarzają się ludzie, którzy powątpiewają w dobre intencje organizatorów. - Jeden z parafian podając paczkę stwierdził, że na pewno połowa się zmarnuje, a resztę sami zjemy... To przykre i trochę podcina skrzydła – mówi Magda, jedna z inicjatorek, a obecnie główny koordynator dzieła. - Ale za każdym razem podkreślamy, że szukamy nowych wolontariuszy – można przyjść, pomóc, a przy okazji na własne oczy się przekonać, że naprawdę wszystkie produkty trafiają do potrzebujących.

 

Na szczęście takie osoby to wyjątki, zdecydowana większość parafian jest pozytywnie nastawiona do całej akcji. Zagrzewają zmarzniętych wolontariuszy uśmiechem, a nawet kiedyś do paczki z darami ktoś dołączył tabliczkę czekolady z karteczką: dla organizatorów.

 

Wespół w zespół!

Burza ognistorudych loków na głowie Julki przypomina błyskawicę, przecinającą raz po raz salkę. Ich właścicielka w biegu chwyta kolejną torbę i rozkłada jej zawartość – tu olej, tam makaron, proszek do prania koło pianina a puszki z konserwami już tradycyjnie lądują pod portretem św. Jana Pawła II. - Zrobiliśmy z niego „konserwatystę” - śmieją się wolontariusze. Teraz widać, jak potrzebne było wyznaczenie stanowisk na poszczególne produkty – bez bieżącego sortowania wszyscy utonęliby w morzu toreb i reklamówek. Julka od samego początku bierze udział w zbiórce, do pomocy wciągnęła także swoją mamę. - Moim mottem życiowym jest: bądź kimś, kto sprawia, że ktoś czuje się kimś – mówi z uśmiechem. - Widzę tę radość, wzruszenie na twarzach obdarowanych ludzi. To sprawia, że choć w poniedziałkowy wieczór padam z nóg, to mam poczucie, że zrobiliśmy razem kawał dobrej roboty i... zaczynam myśleć o kolejnej akcji.

 

Magda wreszcie może na chwilkę usiąść. Na nogach jest od 6:30 – odbiera produkty, segreguje, a pomiędzy tym koordynuje pracę wolontariuszy, dopisuje do listy kolejne adresy potrzebujących... Widać, że ta akcja to jej żywioł, ale ogarnięcie całości wymaga wielkiego wysiłku. Czy warto?

- Warto! - odpowiada bez chwili wahania. - Dla mnie ta akcja to takie małe, przedświąteczne rekolekcje. Jasne, jest zmęczenie, ale to drobiazg – siła wraca, kiedy patrzę na osoby przynoszące dary z uśmiechem, radością, że mogą coś od siebie dać innym. No i potem wieczorne pakowanie, niepowtarzalne doświadczenie jedności – wtedy mam wrażenie, że jesteśmy taką jedną, wielką rodziną. Ktoś przyniesie blachę ciasta, ktoś zrobi herbatę. Nieznajome osoby pracują ze sobą, jakby się znały od zawsze.

 

Ksiądz proboszcz Grzegorz Olszowski od samego początku wspiera inicjatywę. Widzi w niej korzyść nie tylko dla obdarowanych, ale i całej parafii. - Słowo Boże mówi, że więcej szczęścia jest w dawaniu niż w braniu, więc każde dzielenie się tym, co mamy, sprawia, że stajemy się szczęśliwi, że dobro zwycięża. Ta zbiórka to także okazja do wspólnego jednoczenia się, współpracy, dzielenia swoimi darami i talentami. Jedni rozwożą, inni pakują czy układają - to konkretna służba swoimi zdolnościami, a przy okazji szansa na zbudowanie relacji pomiędzy parafianami.

 

Musi być słodko!

Kurant na wieży Bazyliki wygrywa melodię pieśni „Antoni, patronie ty nasz” - znak, że wybiła godzina 19:00. Ale choć salka znajduje się tuż obok kościoła, panujący w niej harmider całkowicie zagłusza dźwięk dzwonów. Wolontariusze uwijają się jak mrówki. Produkty zostały już podliczone, cyferki trafiły do arkusza kalkulacyjnego, który bezbłędnie wskazał, jak podzielić te kilogramy dobra, żeby wystarczyło dla wszystkich potrzebujących. Teraz każdy pakujący ściska w dłoni kartkę z numerem paczki i ilością poszczególnych produktów, które powinny się w niej znaleźć. Potem pozostaje tylko oznaczyć paczkę numerem rodziny i można chwytać kolejną listę. Wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku!

 

- Pamiętajcie, nie przeładowujemy kartonów, bo nam się w transporcie rozsypią! - głos Magdy przebija się ponad głowami pakującej ekipy. Dwie młode dziewczyny z pewną siebie miną próbują podnieść zapełniany właśnie przez siebie karton i... ze zdumieniem odkrywają, że nie jest to takie proste! No tak – 10 kilo cukru, 6 - mąki, do tego kilka butelek oleju, kartony mleka, słoiki z dżemem... Trzeba szybko pobiec po kolejny karton i przełożyć część rzeczy. Uff... gotowe. Wszystkie pozycje na liście odhaczone. Pozostały tylko słodycze, ale przy nich widnieje zero... Jak to, święta bez słodkości? - To nie tak – uśmiecha się Magda. - Po prostu słodyczy jest tak dużo, że nie sposób tego policzyć. Pakujemy więc paczki, a wszystkie wolne miejsca dopychamy słodkościami. A czasami mała rzecz potrafi ucieszyć najbardziej... - zamyśla się na chwilę. - Pamiętam wizytę u starszego, schorowanego pana. Mieszkał w jakiejś przybudówce, w pokoiku miał piec i stertę węgla, ale zimno i tak było przeraźliwie. Bieda aż piszczała. A ten pan najbardziej ucieszył się ze znalezionych w paczce orzechów, bo bardzo je lubił...

 

(Prawie) wszystko jak dawniej

W poniedziałkowe popołudnie na przykościelnym parkingu huczy jak w ulu. Kierowcy taszczą kartony do samochodów, odbierają kartki z adresami i rozwożą paczki wypełnione życzliwością. Potem przysyłają smsy - „jest radość”, „wszystko poszło dobrze”, „zadanie wykonane”. Wieczorem salki pustoszeją. Magda odkleja ze stołów ostatnie, mocno zniszczone kartki z oznaczeniami. Jan Paweł II z lekkim uśmiechem spogląda z obrazu na zamiatającą podłogę Julię. Przypadkowy przechodzień nawet nie pomyślałby, że jeszcze dwie godziny temu działo się tu coś wielkiego. Teraz wszystko jest znowu tak, jak było przed weekendem. No... prawie wszystko. Bo w wielu domach gospodyniom właśnie spadł kamień z serca – będzie z czego przygotować święta. A i w sercach wolontariuszy chyba jakoś cieplej, niż wskazywałby na to termometr, uparcie pokazujący mróz...

Wpis w kategorii: Przez dziurkę od klucza

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; Przez dziurkę od klucza. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Twarzą do słońca | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd