« Wszyscy wiedzą... 36 lat. Gorzko. »

Granice prowokacji?

10.12.2017

W internecie "nie wyróżniaj się" znaczy "giń". W zalewie słitaśnych kotków i dywagacji nad składem nowego rządu trzeba mocno się postarać, żeby przedrzeć się do czytelnika z ważnymi treściami. Tylko czy naprawdę wszystkie chwyty są dozwolone?

Przeglądając wczoraj czeluści Facebooka, zwróciłam uwagę na artykuł na fanpage Deon.pl (LINK TU). Już sam tytuł intrygował: "W Adwencie Bóg może cię ukarać. Wiesz za co?" Dalej robiło się jeszcze ciekawiej. W kilku akapitach autor - Michał Lewandowski - dowodził, że jedyne, czego Bóg oczekuje ode mnie w adwencie to doskonałość, że w życiu nie ma miejsca na najdrobniejszą porażkę, jedne opuszczone roraty sprawią, że moje przygotowanie do Bożego Narodzenia będzie bezwartościowe a jeśli nie wezmę się porządnie do roboty, czeka mnie wielka kara. Do tego jeszcze kilka innych kwiatków, ot choćby:

Musisz się starać, bo jak nie, to Bóg nie da ci tych łask, których najbardziej potrzebujesz. Mówisz, że to brutalne, ale taki jest świat. Na wszystko trzeba sobie zapracować, nie ma niczego, czego nie osiąga się bez porządnego "wypocenia". Bóg docenia tylko tych, którzy naprawdę się starają i robią wszystko, by był zadowolony. Jeśli uważasz, że to jakakolwiek bezinteresowna miłość, to lepiej szybko zmień myślenie, bo On taki nie jest. Wszystko zależy od ciebie.

Czytając, uśmiechałam się coraz szerzej - ton artykułu i stosowane wyolbrzymienie w moim odbiorze nie pozostawiały wątpliwości, jaka jest intencja autora. Z niecierpliwością czekałam na koniec, bo zakładałam, ze tam znajdę klucz do tego tekstu. I voilà:

A teraz na poważnie. Powyższy tekst to prowokacja, która ma na celu pokazanie, że w czasie Adwentu okropnie się spinamy, żeby wszystko było idealnie, a nasze przygotowania były jak najbardziej skuteczne. Wiadomo, że to ważny czas, że szczególnie szukamy w nim nawrócenia, ale nie popadajmy w samouwielbienie i nie wiążmy naszego nawrócenia z liczbą przesłuchanych rekolekcji, przeczytanych "nabożnych książek" i porannych rorat. Początkiem nawrócenia zawsze jest Bóg, to On wyciąga rękę do człowieka, On pierwszy zaczyna z nami rozmawiać. (...) Postaw na minimalizm, bo w wielogłosie, który otacza nas w Adwencie, możesz faktycznie zgubić to, co najważniejsze - Jego głos, który woła cię po imieniu i zaprasza do stołu.

No tak. Sama często łapię się na tym, że traktuję Adwent czy Wielki Post jako rodzaj siłowni, na której od mojego wysiłku i ilości wylanego potu zależy sukces przygotowania się do świąt. Sama też często stawiam sobie nierealistyczne cele a potem bezlitośnie krytykuję siebie, że nie dorastam do tego wyśrubowanego ideału. Artykuł trafił w mój czuły punkt, jak mawia mój przyjaciel - "siadło".

Mina zrzedła mi, gdy w poszukiwaniu opinii innych czytelników zerknęłam na facebookowe komentarze. "Nie podoba mi sie ten komentarz i strasznie karą..Mój Bóg jest Wszechmocny, Najwyższy a przede wszystkim Milosierny dlatego stale i nieustannie pokladam w Nim swoja nadzieję mimo swych ułomności oraz calej nędzy.. ", " Bóg ma nas ukarać za brak perfekcji? Co to za bóg? Z pewnością nie ten, o którym mowa w Piśmie świętym.", " Kolejna głupota na tej stronie. Bóg nic tylko czeka na adwent i marzy o ukaraniu człowieka. Co wy tu wypisujecie?!!!!!! " (pisownia oryginalna). Ewidentnie część czytelników nie zadała sobie trudu przeczytania całości tekstu, zadowalając się nagłówkiem lub pierwszymi akapitami...

Cała ta sytuacja zrodziła we mnie pytanie, gdzie leżą granice prowokacji dziennikarskiej. Jak daleko można się posunąć, aby z rozpędu nie wylać dziecka z kąpielą, zniechęcając czytelników i rozbudzając w nich negatywne emocje? Zdaję sobie sprawę, że felieton – a chyba do tego gatunku można zakwalifikować wspomniany wpis – rządzi się swoimi prawami, zakładającymi lekką formę i zgodę na dużą dozę złośliwości. Pytanie tylko, czy od tekstu na portalu katolickim, opatrzonym nagłówkiem „rekolekcje”, nie trzeba wymagać czegoś więcej.

Negatywne komentarze internautów wywołały moje ogromne zdziwienie. Prowokacja Michała Lewandowskiego była dla mnie czytelna do bólu. Deon czytam od lat i choć nie jest moim ulubionym portalem i nie zawsze zgadzam się z wszystkimi publikowanymi tam treściami, to widzę dużo dobra, które wpuszcza w sieć. Ale jeśli można mu coś zarzucić, to raczej nadmierny liberalizm i delikatne rozmiękczanie doktryny niż tendencję do straszenia karą Bożą za brak perfekcjonizmu. Kiedy więc na tej samej stronie, gdzie o. Kramer pisze na każdym kroku, że „Bóg jest dobry”, stronie, która wielokrotnie cytuje papieża Franciszka i jego nawoływania do otwarcia serca na miłosierdzie Boga, czytam, że na Bożą miłość trzeba sobie zasłużyć, wiem od razu, że autor ma na myśli dokładne przeciwieństwo tego, o czym pisze. Że prowokuje, przerysowując sposób myślenia wielu z nas, aby zwrócić uwagę na to, co naprawdę w adwencie istotne - przychodzącego Boga, który "woła człowieka po imieniu i zaprasza do stołu", o czym pisze w ostatnim zdaniu.

No tak... tylko to, że ja to widzę, nie znaczy, że inni czytelnicy to dostrzegą. Od wielu lat jestem lekko zafiksowana medialnie, czytam dużo i często, poza tym zostałam obdarzona czymś, co określam „charyzmatem nietoperza” - czepiam się, drążę, szukam dziury w całym i drugiego dnia (co czasem prowadzi do ciekawych odkryć, a czasem jest ogromnym ciężarem, bo szalenie komplikuje przyjmowanie pewnych prawd). Wszystko to sprawia, że jestem wyczulona na pewne zabiegi dziennikarskie i odrobinę trudniej wywieść mnie na manowce – podkreślam tę odrobinę, bo zdaję sobie sprawę, że na sztuczki medialne nie ma mocnych. Natomiast zdaję sobie sprawę, że dla mnie zabawa słowem to mój konik, wieloletnie hobby, ale nie mogę wymagać od wszystkich, aby przy każdym czytanym tekście dzielili włos na czworo. Nie jest wielką tajemnicą, że wiele osób czyta tylko nagłówki, ewentualnie pierwsze zdania tekstu. Badania polskiego czytelnictwa są nieubłagane – z ankiet przeprowadzonych przez Bibliotekę Narodową wynika, że w zeszłym roku raptem 46 proc. respondentów przeczytało tekst zawarty na przynajmniej trzech stronach maszynopisu. Czytamy, a raczej skanujemy wzrokiem nagłówki, na ich podstawie budując swoją wiedzę o świecie – stąd taka popularność tytułów zakończonych znakiem zapytania. „Czy aktor XY bierze narkotyki?”, „Czy to prawda, że papież dopuszcza kapłaństwo kobiet?”... Jeśli nie zadam sobie trudu przeczytania artykułu, który najczęściej zaprzecza postawionej w tytule hipotezie, w mojej świadomości zostanie tylko, że „brał” i że „dopuszcza”. Gdzieś dzwoni, ale nie wiem, w którym kościele...

Tekst Michała Lewandowskiego bez wątpienia był intrygujący. Dociekliwych czytelników zmusił do myślenia, odkrywając przed nimi często stosowane przez nich samych mechanizmy. Tych mniej dociekliwych pozostawił z przekonaniem, że Bóg jest surowym sędzią, który w poważaniu ma nasze starania, jeśli nie przynoszą 100% efektu i tylko czeka na nasze potknięcie, aby z satysfakcją wymierzyć nam surową karę. W kolejne dni adwentu wejdą z przekonaniem, że cokolwiek zrobią, Bóg i tak nie będzie z nich zadowolony. Być może przestaną czytać portal, który - w  ich mniemaniu - wykrzywia prawdę o Bogu i tym samym pozbawią się szansy na przypomnienie sobie, że Bóg kocha pomimo wszystko, a nie za coś. Czy to nie zbyt wysoka cena za nieprzeczytanie do końca jednego artykułu?

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; Przez dziurkę od klucza. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Twarzą do słońca | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd