Indianie Czimanes

1-8 grudnia 2013

Cierpliwość, cierpliwość, cierpliwość… Tropikalny las zamyka się nad naszą pirogą, za koronami gigantycznych drzew ginie horyzont, a tropikalna wilgoć kradnie swobodę oddechu. Wpływamy na tereny Indian Czimanes, jednego z najbardziej surowych, żeby nie powiedzieć dzikich plemion, jakie do dziś żyją w dżungli boliwijskiej.  Letnie słońce w tropiku nie jest niewinne. Opalanie się to samobόjstwo. Na łodzi, mimo upału, wszyscy skrzętnie zawijają swoje ciała w ubrania. Płyną z niami dwie siostry murzynki z Kongo. One najbardziej się chronią przed słońcem i smarują ręce i nogi filtrem słonecznym. Boją się, że będą jeszcze ciemniejsze, np. jak murzyni z Czadu albo z Senegalu. Zadziwiająca jest ta zazdrość o każdy stopień jasności ich murzyńskiego ciała.

Nasz cel to Misja Fatima mała oaza chrześcijańska w samym sercu terytoriόw Indian. Misję tę założył w 1955 roku pewien misjonarz redemptorysta z Francji. Przed nim kilku innych śmiałkόw misjonarzy oddało życie, ginąc od strzał Czimanόw. Po 40 latach pracy księdz Martin pozostawił kwitnącą osadę z wierzącą wspόlnotą ludzi, murowaną kaplicą, zabudowniami, tartakiem, pastwiskami, a nawet przygotowano pas startowy dla samolotόw. Po śmierci Francuza, dziś misję obsługują siostry zakonne, z ktόrych dwie są Ekwadoryjkami i jedna Kongolijką. Widząc rozmach tego misyjnego przedsięwzięcia, zdaję sobie sprawę, że tego typu dzieła mogą zbudować tylko święci. Uwielbiam Pana Boga za Jego ekstrawagancję. Może słowo ekstrawagancja nie jest najlepiej dobrane, ale budować misję w najbardziej oodalonym miejscu selwy tropikalnej, wśrόd ludzi, ktόrzy na początku zamiast wdzięczności pokazują naostrzoną maczetę jest z pewnością bożym szaleństwem.

Na ten nowy wyjazd misyjny zaprosił mnie znajomy ksiądz Polak, redemptorysta. Jego parafia w San Borja obejmuje tereny porόwnywalne obszarem do powierzchni krόlestwa Belgόw, a dotarcie do niektόrych osad zabiera więcej czasu niż lot samolotem z Europy do Ameryki.

Dopływamy do misji już po ciemku, ciągnąc niejednokrotnie pirogę po kamienistym dnie wysychającego strumyka. Mimo pόźnej pory wita nas siostra Flor wraz z kilkoma Indianami. Niewylewni, milczący Indianie pomagają nam zanieść bagaże do domu. Następnego dnia, przy słońcu przyćmionym poranną rosą mogę podziwiać cały splendor misji. Podchodzę do grupki Czimanόw, ktόrzy wykonują pewne prace remontowe na misji. Prόbuję zagadać, ale na moje pytania tylko się uśmiechają. Jeden z nich potwierdzająco mόwi: si padre – tak ojcze. Jak się pόźniej okaże są to jedyne słowa jakie zna po hiszpańsku i zawsze na każde pytanie czy prośbę, bez względu na to, czy ją rozumie czy nie odpowiada tym samym: si padre. Więc zamiast pogadać pouśmiechaliśmy się razem. Ostatecznie uśmiech też jest formą komunikacji. Problemy jednak zaczęły się w kościele. Siostry poprosiły mnie o wygłoszenie jakiś konferencji do katechistόw i do młodzieży. Nie wiedziałem jak to zrobić. Prawie nikt nie mόwił tam po hiszpańsku, a samym uśmiechem trudno jest przekazać bardziej złożone prawdy wiary. Zdałem sobie sprawę jak potrzebna jest w takiej sytuacji edukacja, nauka języka, komunikacja. Przekaz Ewangelii zawsze będzie uzależniony od języka i od kultury. Dlatego wszędzie gdzie dociera Ewangelia, dociera rόwnież nauka. Tylko Kościołowi zależy na edukacji Indian. Rząd wprawdzie opłaca nauczyciela, ten jednak prawie nigdy nie dociera na miejsce. Traktuje swoją pracę jak skazanie. Siostrom nikt nie płaci, są tu obecne cały czas i traktują swoją pracę jako misję, jako posłanie i służbę.

Przemawiałem do Czimanόw przy użyciu przedmiotόw codziennego użytku. Mόwiłem o Duchu Świętym że jest jak rozpalony węgiel, jak tnąca maczeta, jak wiatr, ktόry powstaje przy wachlowaniu bananowym liściem albo wreszcie jak taczka, ktόrej Pan Bόg używa, żeby zbudować w nas swoje krόlestwo. Największy jednak problem miałem z mόwieniem o Bożej czułości, o miłości Boga do każdego człowieka. Czimani jak ognia boją się publicznego okazywania sobie uczuć. Matka, ktόrą prosiłem, żeby przytuliła swoją cόreczkę, tak jak Bόg nas przytula do swojego serca, przeżywała prawdziwe tortury. Zwyczajnie nie potrafiła tego zrobić. Czułość pozostaje czymś obcym dla tych Indian. Mimo że w ich rodzinach liczba dzieci rzadko nie przekracza dziesiątki, ich relacje rodzinne pozostają bardzo formalne. I to nawet po śmierci. Zupełnie nie przejmują się swoimi zmarłymi, nie mają potrzeby modlenia się za nich. Kiedy umiera członek rodziny na ogόł palą całe domostwo, być może nawet z ciałem zmarłego i przenoszą się na inne miejsce i zaczynają niejako życie od nowa. Czimani to plemie nomadόw, koczownikόw, nie przywiązują się do jednego miejsca. Ognisko domowe w sensie materialnym jak i sentymentalnym nie ma dla nich żadnego znaczenia. Ciekawostka, że kiedy założyciel misji, padre Martin, zbliżał się do swojej śmierci, bał się umierać wśrόd Czimanόw. Wiedział, że dzieło całego jego życia może zostać w jednym momencie spalone i zapomniane, jakby pogzebane wraz ze śmiercią jego założyciela. Postanowił więc opόścić ludzi, ktόrym poświęcił się bez reszty i dokończyć żywota w Cochabambie. Na jego pogrzeb nie przyjechał żaden z Czimanόw. Nie dlatego, żeby o nim zapomnieli, bo przecież do dziś wspomnienie o padre Martinie pozostaje bardzo żywe. Wszyscy się na niego powołują. Zwyczajnie nie przywiązywali żadnej wagi do pogrzebu. Może nawet wydawało im się to nieuporządkowanym okazywaniem uczuć. Ostatecznie misja przetrwała i ludzie, ktόrych padre Martin zgromadził nie rozpierzchnęli  się. W ich domach mieszka już drugie i trzecie pokolenie. Porzucili wędrowny tryb życia, zaczęli tworzyć historię. Gromadzą się pamiątki po dziadkach, rośnie śiadomość własnych korzeni, tworzy się kultura.   

Dwa razy w tygodniu misja prowadzi dożywianie dzieci

Z misji pojechaliśmy jeszcze do wiosek, gdzie Indianie żyją bardziej pierwotnie

 

14.12.2013

Narodowa stolica "Tinku"

03.05.2013

Pewien student, który pisze u mnie pracę magisterską pochodzi z departamentu Potosi. Najpopularniejszym tańcem tamtych regionów jest wojenny taniec zwany Tinku. Wspomniałem mojemu studentowi, że od dawna chciałem udać się do jednego z tych miejsc, gdzie taniec zamienia się w walkę, gdzie walka nie traci rytmu muzyki i gdzie wojna ma posmak sztuki. Polecił mi miejscowość Macha w północnym Potosi. Pewien antropolog tłumaczył nam, że tradycja Tinku pochodzi ze starych inkaskich zgromadzeń wojowników, którzy wprawiali się do walki i następnie łączyli się z armiami z innych regionów i ruszali na wojnę. Dziś na szczęście wojen już niema, ale duch walki nie opuszcza dzielnych wojowników. Tego ducha wprawnie podtrzymuje alkohol spożywany w nieograniczonych ilościach w dniach święta. Wojownicy przybywają wraz z rodzinami ze wszystkich górskich wspólnot. Kobiety towarzyszą mężom, biegną za eskadronem ze swoimi tobołkami i z niemowlakami na plecach. Każda grupa przynosi swój krzyż, bo 3 maja to święto krzyża w Boliwii. Pięknie przyozdobiony krzyż tańczy razem z ludźmi, potem się go wnosi do kościoła, żeby wysłuchał mszy świętej i nabrał przez to nowej siły, niemal jak talizman. Ludzie niekoniecznie idą na świąteczną mszę, ale zależy im na tym, by ich krzyż stanął w pierwszych szeregach ławek i żeby został pokropiony wodą święconą. Z kościoła krzyż jest niesiony w tańcu pod wieżę i tu zaczyna się ceremonia, która ma bardziej pogański posmak. Wieża symbolizuje siłę. O ile budynek kościoła jest dedykowany dla Boga, wieża uosabia Paciamamę. Dlatego najpierw wieżę trzeba oblać alkoholem (challar), uczcić ją tańcem i pijaństwem. Pod wieżą wywiązują się też pierwsze zaczepki, które szybko przeradzają się w otwartą walkę. Typowa dla Tinku jest walka dwóch mężczyzn otoczonych kręgiem widzów. Ale nie wszyscy mają cierpliwość, żeby czekać rozstrzygnięcia pojedynczej walki. Wszyscy chcą się pokazać bohaterami, a duch walki popycha do starcia. Pretekstem może być cokolwiek. Zaszłe spory o miedzę pomiędzy sąsiadującymi ze sobą wspólnotami , jakaś dawna historia zawodu miłosnego albo zwykła zazdrość. Wreszcie potrzeba walki wynika także z pobożności. Wszak Paciamama domaga się krwi ludzkiej. Bez tej ofiary nie będzie obfitych plonów. Krew musi wsiąknąć w ziemię, a jeśli będą ofiary z ludzi, jeśli w walce ktoś umrze to, tym lepiej dla Paciamamy i dla całej wspólnoty. Zmarłego oczywiście się opłakuje, ale nad żalem króluje przekonanie religijnej konieczności. Ktoś musi umrzeć, żeby reszcie żyło się dobrze. Kto wie, może nawet śmierć w walce rozumiana jest mesjańsko, jako konieczna ofiara za naród. W tym kontekście krzyż nabiera wartości w świadomości Indian jako znak ofiary dla Boga, jako miejsce, na którym przelała się krew, wydane zostało życie, aby przywrócić nam pełnię życia. To, co dokonało się raz jedyny na krzyżu, Indianie w Potosi powtarzają z upodobaniem co roku. Ale chyba nie kieruje nimi duch ofiary, oddania życia za kogoś przez miłość. Kiedy nawiązuje się walka, dochodzi do głosu zwykły ludzki atawizm. Ludożercza Paciamama domaga się krwi. Jaki obraz boga, taki obraz człowieka. Spokojni na co dzień Indianie, w dniu święta przeradzają się w prawdziwych bojowników.

Z czasem główny plac wypełnia się ludźmi i w natłoku tańczących grup nie brakuje motywu do zaczepki. Jeśli zarzewia sporu nie opanuje się w zarodku, rozdzielając pięści dwóch wojowników, ogień walki szybko ogarnie wszystkich przeciwstawiając sobie w otwartej walce dwie wspólnoty. Powstaje front walki, sypia się kamienie, z czasem na bruku legną ciała zranionych. Ktoś próbuje odciągnąć za nogę nieprzytomnego do jakiegoś ustronnego miejsca. Jeśli Policja nie wyrzuci pocisku z gazem, walka może trwać nawet kilka godzin. Na bocznych ulicach miasteczka inne grupy zawiązują nowe ogniska walki. Kobiety też walczą ze swoimi pijanymi i poranionymi mężami, nie pozwalając im wdawać się w nowe potyczki. Nad całym miasteczkiem unosi się kurz i zapach krwi. Wszystkich opanował demon wojny. Jakże się może ostać królestwo wewnętrznie skłócone?

Po mszy św. reprezentanci wspólnot wioskowych wychodzą z kościoła z krzyżami, które mają ochraniać ich rodziny i zasiewy w ciągucałego roku.

 

Taniec wojenny "Tinku" zaczyna się w obecności krzyża, a kończy się rozlewem krwii

 

W walce na kamienie nierzadko któryś z bojowników polegnie na bruku.

13.05.2013

Parafia po zmartwychwstaniu

25.05. 2013

Nie wiem czy już o tym pisałem, ale bycie proboszczem może być autentycznie źródłem ogromnej radości. Choć liturgia Triduum Paschalnego w warunkach boliwijskich nie zawsze wychodzi perfekcyjnie, jednak ja cieszę się jak dziecko z przeżywania świąt razem z moimi ludźmi. Umycie nóg, droga krzyżowa, liturgia światła wielkiej soboty stają się dla mnie gestami ewangelizacyjnymi i prorockimi w pośrodku świata skupionego na dominacji, na kulcie życia i bojącego się światła przebaczenia i żalu za grzechy. Już drugi rok z rzędu, przeżywałem dwie wigilie paschalne. Po celebracji w parafii, o północy zaczynałem drugą wigilię ze wspólnotami neokatechumenatu. Rozśpiewani i radośni kończyliśmy  modlitwę przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Myślałem, że mam duże zasługi przez to, że prowadziłem aż dwie wigilie paschalne. Ale inni misjonarze bez specjalnych przechwałek mówią mi, że oni już od rana w wielką sobotę jeździli do wiejskich wspólnot, żeby razem z ludźmi przeżyć świąteczną paschę. Misyjni mistrzowie dochodzą do pięciu celebracji zmartwychwstania. Zaczynali o trzeciej po południu, potem następna o szóstej, o dziewiątej, o północy i nie brakowało wspólnot, które jeszcze czekały na księdza o trzeciej w nocy. Zresztą podobnie rzecz się ma w Boże Narodzenie z celebracją pasterki. Jeśli w parafii jest dużo kaplic i oddalonych od siebie, niekiedy misjonarze muszą odprawić aż 5 albo 6 pasterek.

Ale za to po świętach parafia jest tak uświęcona, że proboszcz już prawie nie ma nic do roboty. To pisze trochę z przekąsem, żeby usprawiedliwić swoje plany wyjazdowe i niepohamowaną ciekawość Boliwii. Od dłuższego już czasu przekonywałem parafian, że skoro Chrystus nas zbawił, proboszcz niewiele już może wnieść do ich życia i świętości. W końcu udało mi się ich przekonać, że należy mi się mały odpoczynek. Trzymały mnie jeszcze w Cochabambie remonty, które trwają nieprzerwanie od stycznia. Dzięki Bogu ludzie dosyć chętnie się włączają do pracy fizycznej i duszpasterskiej w parafii. Od paru dni towarzyszy mi też drugi ksiądz Polak, który już kończy prace misyjną w Boliwii po 15 latach i przed odlotem jeszcze trochę leczy swój zniszczony kręgosłup.

Oto jeden z odcinków naszych remontów - nowa zakrystia.

07.05.2013

Trzeci etap

13.03.2013

Przez długi czas nie potrafiłem zebrać odwagi do pisania. Nieliczni czytelnicy dopytywali w mailach dlaczego zamilkłem w moich wyznaniach. Najłatwiej tłumaczyć się brakiem czasu, ale temu tłumaczeniu nawet dzieci nie wierzą. Jednym słowem chyba by trzeba powiedzieć, że wypalił mi się zachwyt. Mówią znawcy, że misjonarz po pierwszym zachwycie, przeżywa czas kontestacji. Mam nadzieję, że przeszedłem już przez oba etapy. Wracając do pierwszych zapisów blogowych, widzę ich częstotliwość i euforię. Zapisy z ostatnich miesięcy były natomiast gorzkie. Żaliłem się na politykę, na mentalność, na warunki materialne. W sercu pewnie było jeszcze więcej żalu do ludzi za niewdzięczność, za brak współpracy, za to, że nie tańczą kiedy im przygrywam radośnie, ani kiedy przygrywam poważnie. Może teraz przyszedł już trzeci etap konstruktywnej pracy i obiektywnego oceniania rzeczywistości. Na parafii chyba pierwszy raz czuję się naprawdę dobrze: ani wystraszony, ani zniechęcony. W dniu wyboru papieża przypominam sobie emocje poprzedniego konklawe, które przeżywałem w Koluszkach. I dziękuję Bogu, że znowu jestem na parafii, którą kocham. Dostrzegam rękę Boga w życiu moich ludzi, w ich miłości do Kościoła, w tym jak się nawracają i jak odzyskują uśmiech na swoich twarzach. Nie niecierpliwię się już z powodu letniości katechistów, staram się im pomóc: wykazać błędy, ale też podtrzymać na duchu. Choć trudno jest być prorokiem w swoim kraju, to znaczy w swojej parafii. Dziękuję Bogu za nowe grupy, które powstają, za rekolekcje i za spowiedzi, a także za to, że na tacy znajduję 2 razy więcej pieniędzy niż na początku, przed dwu laty; ach ta inflacja! I tylko boję się, że kiedyś może przyjść dzień, kiedy zatęsknię za tą parafią, do której się przyzwyczajałem za cenę tęsknoty za poprzednią i za krajem.

W Boliwii powoli kończą się już letnie deszcze. Wczesny karnawał uprzedził dożynki, których czas zwykle pokrywa się z kolorowymi korowodami tancerzy. Z perspektywy Europy wydaje się barbarzyńskie, że Wielki Post przechodzi w karnawałowych rytmach i rozwiązłej radości. Ale wyobraźcie sobie Post we wrześniu pośród plonów winogron, kukurydzy, brzoskwiń i ziemniaków. Kultura andyjska jest związana z cyklem produkcji rolniczej i pechowo Post wypada zawsze w okresie największej radości. Wstrzemięźliwość przyjdzie później, kiedy delikatna równowaga między życiem i śmiercią będzie flirtować, w listopadzie i grudniu, z głodem.

W lutym uczciłem Matkę Bożą Gromniczną pieszą pielgrzymką do Oruro. Razem z Szymonem – woluntariuszem wyszliśmy na stare tory, które z Cochabamby wiodą na Altiplano. Zaczęliśmy marszrutę w połowie drogi, w górskiej miejscowości – Tacopaya – podmywanej przez wartkie wody dwóch rzek, które potrafią być niemiłosierne dla mieszkańców. Rzeka niekiedy zabiera z nurtem tak domy, jak i tory starej linii kolejowej. Na początku musieliśmy z niemałym wysiłkiem brodzić po wodzie, wspinać się na urwiste zbocza, które tam zamykały się 1000 m. nad naszymi głowami tworząc majestatyczny kanion. Od czasu do czasu spotykaliśmy ludzi, którzy z niedowierzaniem słuchali naszych tłumaczeń o tym, że idziemy do Oruro z pobożności do Matki Bożej. Kolejny raz się okazało jak praktyczna jest kultura Indian. Choć sami chodzą na pieszo i pokonują niekiedy dziesiątki kilometrów dziennie, jednak ich cel zawsze jest materialny, konkretny, a nie abstrakcyjny jak pielgrzymka. Choć gdybyśmy im powiedzieli, że idziemy w geście protestu, że domagamy się praw i przywilejów, być może by zrozumieli. Wszak nieustannie małe i duże grupy Indian maszerują do stolicy żądając od rządu lepszych polityk. Natomiast my na nic się nie skarżyliśmy, tylko prosiliśmy Boga, żeby jakieś szaleństwo nie podpowiedziało spotykanym Indianom, że jesteśmy złodziejami albo kolonizatorami. Na szczęście we wszystkich miejscach przyjęli nas życzliwie. I nawet niebo było łaskawe, zsyłając deszcz tylko nocą, a nie w dzień. Zrobiliśmy ponad 80 km w 3 dni podchodząc powoli z 3 na 4 tysiące metrów n.p.m. Zakończyliśmy naszą pielgrzymkę uroczystą procesją ulicami miasta Oruro na cześć Matki Bożej. Doświadczyliśmy niesamowitego piękna. Towarzyszyło nam też poczucie jakiejś irracjonalności. Opuszczone wioski jak widma, napowietrzne tory podmyte przez wodę przekonywały, że wszystko, co ma pozory sensu może się obrócić w swoje przeciwieństwo.

Napotkani Indianie chętni częstowali nas swoimi przysmakami

 

Napowietrzne tory to jedna z większych atrakcji boliwijskiego kolejnictwa

 

Nawet niemowlaki lamy dziwiły się naszej pielgrzymce

 

Do zobaczenia wkrótce!

15.03.2013

Śmierć misjonarza

08.02.2013

Właśnie dowiedziałem się o śmierci mojego kolegi misjonarza. Zginął w wypadku drogowym ks. Mariusz, który pracował w Challapata. Znałem go krótko. Zaledwie jeden raz go odwiedziłem w jego parafii, gdzie w krótkim czasie przeżył rzeczy wiele. Zachwyciła mnie jego uczciwość. Aż do bólu był uczciwy wobec ludzi, wobec swojego kapłaństwa i wobec Boga. Mogę tak napisać, bo przyjąłem też jego spowiedź. Pamiętam, podjeżdżaliśmy samochodem do plebani. Dzieci i młodzież wracali ze szkół. W wąskiej uliczce dziewczyna popchnęła chłopaka tak, że ten odbił się od błotnika samochodu, który jechał bardzo wolniutko. Mariusz w pierwszym momencie skrzyczał dzieciaki, że zachowują się niebezpiecznie. Jednak ani on ani ja nie zauważyliśmy, że koło samochodu przejechało chłopakowi po stopie. Dopiero w lusterku spostrzegłem, że chłopak kuleje. Kiedy to powiedziałem Mariuszowi, błyskawicznie zatrzymał samochód, wysiadł, zainteresował się chłopakiem i potem zawiózł go do ośrodka zdrowia, mimo, że tamten przekonywał, że nic mu nie jest. Tego typu sytuacje na misjach czasem stają się okazją dla rodziny do wyłudzania pieniędzy od księdza, szantażowania. Już sam gest zawiezienia pacjenta do ośrodka zdrowia może być odczytywany jako przyznanie się do winy. Racje obiektywne nie zawsze dochodzą do głosu, kiedy ktoś przeżywa cierpienie albo gdy zwyczajnie wie, że może się łatwo wzbogacić. Mimo wszystko Mariusz do końca, aż do bólu był uczciwy.

Zginął tak jak żył, pomagając innym ludziom. Ponoć na trasie niedaleko jego Challapaty przewróciła się przyczepa siostrom, które jechały z Oruro do Sucre. Zadzwoniły do Mariusza z prośbą o pomoc. Mariusz przyjechał na miejsce z pięćdziesięcioma żołnierzami. W jego parafii są duże koszary. W miejsce zdarzenia wjechał autobus. Zginął Mariusz, pewien kleryk i 4 żołnierzy. Ten opis wydarzenia przekazał mi woluntariusz, który właśnie dziś pojechał do Oruro, na karnawał. Z pewnością jest w tym dużo nieścisłości. Jedyne pewne, że umarł tak, jak żył, czyli pomagając.

Wczoraj, dziwnym zrządzeniem dzwoniłem do Mariusza. Piszę, że dziwnym zrządzeniem, bo skłoniła mnie do tego pewna sytuacja. Przyszła na parafię kobieta z dzieckiem. Mówiła, że jest z Challapata. Przyjechała do Cochabamby, by szukać swojej starszej siostry. Ich mama jest chora na raka, starsza siostra nic o tym nie wie. Ale kobieta też nie zdołała ustalić jej miejsca zamieszkania. Przyszła na parafię prosić o pieniądze na autobus powrotny do Challapata. Pomyślałem, że może Mariusz wie o kimś ze swojej mieściny, kto by się wybierał samochodem do Cochabamby, żeby zabrać kobietę z powrotem.  Pogadaliśmy chwilę. Mieliśmy nadzieję spotkać się wkrótce w Cochabambie. Mariusz nie chciał zostawać na karnawał u siebie. Mówił, że jak pijaństwo opanuje całe miasto, nawet trudno spać. Pytałem go jak żyje. Powiedział mi coś w szczerości i poprosił, żeby tego nie powtarzać nikomu. Teraz zastanawiam się, czy ta kobieta, która przyszła do mojej parafii nie była aniołem, który zwyczajnie skłonił mnie do zadzwonienia do Mariusza.

A dziś Mariusz dokonał życia w szpitalu w Oruro. Pierwsza myśl – to straszne. Ale potem podchodzę do sprawy z wiarą i zastanawiam się, czy swoim intensywnym życiem nie zasłużył już na świętość? Wszedł już do domu Ojca. Dokończył misji. Szczęściarz; pierwszy sięgnął po laury. Niech się raduje niebo i ziemia!

... na dworcu kolejowym w Challapata

10.02.2013

© Copyright 2010; Boliwia. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Tęsknota | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd