« Rozbite mury Dobra wiadomość »

Losy pewnego Dyrektorium

18.04.2015

Żartowałem w okolicy Świąt, że do rachunku sumienia wierni powinni dołączyć nagminnie i z uporem powtarzaną deklarację: nie mam czasu. Będącą niczym innym jak tylko zwykłą wymówką, by nie iść dalej i głębiej.

Dyskusja o kazaniach rozpętała się na dobre. Żyłka, Hołownia, księża Węgrzyniak i Draguła. Wyłaniający się z niej obraz jest niemalże katastroficzny. Aż dziw bierze, że przy tak beznadziejnym stanie polskiego kaznodziejstwa są jeszcze ludzie w kościołach. Są jeszcze ludzie chcący kazań słuchać.

Żeby nie ironizować na dwa wątki tejże dyskusji chciałbym wskazać.

Po pierwsze to, o czym pisze Hołownia. Czyli życie wewnętrzne czerpiące jedynie z kilku minut niedzielnej homilii. Warto zacytować. "Problem jednak jest, ale nie tylko w tym, że są też księża którzy z ambony plotą androny. Rzecz w tym, że kazanie jest dziś często jedynym narzędziem formowania wiernych. Chore jest to, że od tych dziesięciu minut tygodniowo zależy dziś czyjeś życie wieczne. Że nasz wciąż masowy Kościół w ramach tzw. duszpasterstwa ogólnego nie ma często żadnych innych punktów stycznych z człowiekiem. Że jak kazanie jest do kitu to jest koniec czyjejś przygody z Kościołem, że nie ma innych przestrzeni, nie ma dywersyfikacji, która pozwoliłaby niszczący efekt takiego kazania osłabić."

Pan Hołownia w swoim zapale nie zauważył jednego. To jedyne narzędzie formowania jest często wyborem samych zainteresowanych. O problemie mówi się i pisze od dawna. Przed kilkoma tygodniami wskazał na problem kardynał Nycz mówiąc bez ogródek, że duszpasterstwo ograniczone do niedzieli musi umrzeć śmiercią naturalną. Rzecz w tym, że niejeden duszpasterz oddałby wiele - zwłaszcza w tak zwanych parafiach tradycyjnych - by ta przestrzeń poza niedzielą została wypełniona przez chcących w nią wejść wiernych. A pozostaje pustą. Mimo dobrze przygotowanych homilii, zaproszeń, różnych propozycji. Żartowałem w okolicy Świąt, że do rachunku sumienia wierni powinni dołączyć nagminnie i z uporem powtarzaną deklarację: nie mam czasu. Będącą niczym innym jak tylko zwykłą wymówką, by nie iść dalej i głębiej. Zatem, panie Szymonie, sprawa nie jest aż tak jednoznaczna, jakby z Pańskiego tekstu wynikało. Choć jest w nim sporo racji. Bo osobiście znam wielu duszpasterzy, wyznających teorię ciepłych bamboszy.

Ks. Draguła, malując obraz w ciemnych barwach (to chyba jego przyrodzona zdolność), wspomniał o Dyrektorium Homiletycznym, opublikowanym w ubiegłym roku przez Stolicę Apostolską. Problem w tym, że poza dośc ogólnymi omówieniami, dokument nie jest dostępny w języku polskim. Znając życie obawiam się, by nie podzielił losu Compendium Eucharisticum. Ogłoszone w 2009 roku do dziś nie doczekało się tłumaczenia na nasz język. Muszę pokusić się o złośliwość, ale nie można nie zauważyć, że w tym czasie wiele parafii zostało wręcz zarzuconych często wątpliwej jakości "pomocami duszpasterskimi". Trudno zatem duszpasterzom posługiwać się pomocą, o której niewiele wiedzą, o przeczytaniu nie wspominając. A szkoda, bo z cytowanego przez księdza Dragułę fragmentu wynika, że była by to cenna pomoc w przygotowaniu niedzielnej homilii.

Na koniec jedna refleksja natury ogólnej. Pracując w środowisku wirtualnym przeszło dziesięć lat obawiam się, że ta burzliwa dyskusja nie ma, albo ma bardzo małe przełożonie na to, co dzieje się w środowisku realnym. W parafii, gdzie jestem proboszczem, nikt o niej nie słyszał. W dekanacie podobnie. Jak widać kościelne media zaangażowane inicjują wiele ciekawych debat, ale nie mają za bardzo pomysłu jak dotrzeć z nimi do statystycznej parafii. Nawet jeśli to jest Ewangelizacja 2.0. 

Wpis w kategorii: Kościół

4 Komentarze

  • Moja propozycja: wprowadzić katechezę dla dorosłych. Raz w tygodniu, czy dwa razy, albo nawet codziennie 15 minut przed Mszą świętą na tygodniu. I oczywiście niech ta katecheza odbywa się w kościele, a nie w jakichś salkach, gdzie nikt z ulicy nie trafi. Do kościoła wejdzie każdy, do salek tylko ci zaangażowani, a więc uformowani i nie potrzebujący tak bardzo katechezy

  • Mam taki prosty pomysł, żeby księża byli dostępni dla wiernych -np. na dyskusje (mądrą czy głupią) wyjaśnianie wątpliwości itp. W czasie spowiedzi - nie miejsce, po Mszy - nie czas, a jest wielu spragnionych rozmowy. Niechby ksiądz po prostu posiedział sobie na ławeczce przed kościołem... Tylko, że ksiądz też nie ma czasu...

  • Do grona malkontentów dorzucę jeszcze autora artykułu z L'Osservatore Romano 4/2009. W skrócie: religijne pogadanki.
    http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TA/TAH/or200904_homilie.html

  • Ach, może nie jest aż tak źle, żeby wszystko zależało od niedzielnego kazania. Nie bądźmy zbyt wielkimi klerykałami!

    Poza niedzielnym kazaniem jest jeszcze, i niekiedy działa, osobista aktywność i odpowiedzialność słuchacza, a poza tym - łaska Boża!
    Nieprawda?

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; zapiski na skraju lasu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Góry najpiękniejsze są jesienią | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd