« Nowicjuszy dzień drugi Nowicjusze w Pieninach »

Nowicjuszy dzień trzeci

09.02.2011

Miała być fotogaleria. Zabrakło kabla do zgrywania z aparatów. Trochę szkoda. Bo chciałem pokazać nowicjuszy na stoku. Musi zatem wystarczyć kilka zdań.

Siedź tu z resztą, a gdy juz dopasują i pozakładają buty, przyprowadzisz ich na stok. W tym czasie zajmę się dwoma pierwszymi. To były instrukcje, otrzymane na początku.  Gdy z tzw. resztą dotarliśmy na stok dwóch pierwszych już całkiem nieźle szusowało. Mało tego. Patrzę na wyciąg i oczy wybałuszam. Bo za jednym z panów  podjeżdża bóstwo jakoweś płci przeciwnej. Pana Boga grzecznie pochwaliło. Myślałem, że to rodzina jakowaś instruktorki naszej. Dopiero później, siedząc na ławeczce, dowiedziałem się coż to za bóstwo i jak to się zaczęło.

A zaczęło się jak zacząć się powinno. Pan zaliczył glebę przy pierwszym zjeździe. On padł, ona - dziwnym zbiegiem okoliczności - na niego. Dużo czasu nie potrzebowali, by wymienić podstawowe informacje. On ze Skrzynek. Ona z Nowego Sącza. Hasło rozpoznawcze: "mniu, mniu, mniu". Niech ktoś powie, że mało inteligentne dzieciaki. I niech ktoś zarzuci, że prowincja. Bywalcy salonów tak prędko by sobie nie poradzili. Nie tylko z bóstwem. Ze stokiem, z nartami... Nie mogliśmy wyjść z podziwu, patrząc z dużą Martą na ostatni zjazd małej Marty. O chłopakach nawet nie wspomnę. Patrząc, z jaką swobodą poruszają się na nartach po stoku czułem się przy nich momentami jak dziadek. Bo moje wysiłki, by zmusić lewą nogę do wykonania precyzyjnych ruchów często spełzały na niczym. Dzięki czemu zresztą miałem przeżycie niemalże mistyczne. A było tak:

Przy kolejnym zaliczeniu gleby podniosłem głowę, popatrzyłem na Tatry i zmarłem w zachwycie. Kurczę, tak pięknych gór to jeszcze nigdy w życiu nie widziałem. Czyżby człowiek musiał walnąć się solidnie, by wokół siebie dostrzeć harmonię i piękno?

To były nie tylko moje doświadczenia i przeżycia. Chłopcy po pierwszych wywrotkach czuli się trochę nieswojo. Wiadomo, męska ambicja. Szybko jednak odkryli, że to są normalne początki każdego nowicjusza na stoku. Żeby nauczyć się jeździć trzeba przynajmniej kilkadziesiąt razy walnąć szlachetną częścią ciała o glebę i poczuć, jak to boli. A morał z tej obserwacji jest taki: Jeśli od życia nie dostaniesz w zad, nie poznasz co to życia smak; nie poznasz co to radość, gdy przedtem nie poznasz jak boli.

No i bolało. Ale jaka potem była radość.

Wpis w kategoriach: Moje dzieciaki, Moje życie

2 Komentarze

  • Ja tylko powiem, że z celnika pojętny uczeń ;)

  • bardzo trafnie powiedziane. Im bardziej boli tym wieksza radość :))

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; zapiski na skraju lasu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Góry najpiękniejsze są jesienią | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd