Znaki nadziei, Codzienność

Wierność

Andrzej Macura

dodane 2017-07-01 21:19

Papież dziś mianował nowego szefa Kongregacji Nauki Wiary. Powiało niepewnością.

Kard. Gerhard Müller nie będzie przewodził już Kongregacji Nauki Wiary. Wśród osób zatroskanych o to, czy Papież nie zamierza zakwestionować sprawy nierozerwalności małżeństwa - napięcie. Jedni już twierdzą, że oto ostatnia przeszkoda do zmiany doktryny Kościoła katolickiego została usunięta. Inni przyjęli postawę wyczekującą. Jeszcze inni, może mniej o tę sprawę zatroskani, twierdzą, że w ogóle nie ma sprawy, bo osoba nowego prefekta gwarantuje, że w tej kwestii nic się nie zmieni. A ja?

Wróżem nie jestem. Nie znam ani człowieka ani tym bardziej przyszłości. Nie wiem więc, jakie w tej kwestii będzie prezentował stanowisko. Papież Franciszek - co tu dużo mówić - ciągle unika jasnej odpowiedzi. Szkoda. Pamiętam jak papież Benedykt, w sprawie znacznie mniej ważnej, jaką było rozszerzenie przywilejów tradycjonalistom, kiedy się zorientował, że wybuchło zamieszanie - napisał list. Spokojnie, uczciwie całą swoją motywację do takiego a nie innego postawienia sprawy wyjaśnił. Że to krok w dobrym kierunku mnie akurat przekonał. Ten Papież milczy, bo ponoć wszystko jest jasne. Tymczasem biskupi różnych krajów świata interpretują po swojemu. Podobnie jak zresztą po swojemu interpretowali zarówno nauczanie Jana Pawła II jak i Benedykta XV (mam na myśli kwestię sakramentu pokuty). Szkoda. Ale w sumie nie od takiej czy inne postawy papieży w takiej czy innej sprawie zależy moja wiara, prawda?

Przez lata pracy w portalu, czyli od kiedy mniej zajmuję się teologią, a więcej czytam wiadomości z Kościoła, zauważyłem pewne niepokojące zjawisko: mamy wielu katolików, którzy mają nieprzeparta potrzebę idealizowania papieża. Kolejnych papieży. Mieliśmy ostatnio papieży świetnych, więc nie byłoby w tym nic zdrożnego. Problem w tym, że kiedy pojawiają się wobec tych papieży - słuszne czy nie - zarzuty, z góry zakładają, że papież jest cacy, tylko...

I tu pojawiają się dwie wersje,w  zależności o jaką sprawę chodzi.

1. Częściej: papież jest OK, tylko ma niezbyt dobre otoczenie, które go zwodzi.

2. Rzadziej: świecy, zakonnicy, biskupi, arcybiskupi i kardynałowie, którzy spierają się z papieżem, są do bani i nigdy nie mają racji.

Franciszek jest pierwszym w mojej pamięci papieżem, który spotkał się z czym innym: jawną krytyką ze strony przywiązanych do Kościoła. Krytyką w dużej mierze niesprawiedliwą, bo rozpoczętą już wtedy, kiedy pojawił się po wyborze na balkonie i zamiast "Laudetur Iesus Christus" powiedział "dzień dobry" (czy dobry wieczór). Grono takich, którzy swoją wiarę opierają albo chcą oprzeć na idealnym papieżu jest jednak całkiem spore. I kiedy pojawiają się jakieś rysy na jego postaci, będę jego i jego decyzji bronić do upadłego.

Nie kwestionuję w żaden sposób papieskich prerogatyw. Wydaje mi się jednak, że w obronie kolejnych papieży też trzeba zachować jakiś umiar. Ot, kwestia nadużyć seksualnych wśród duchowieństwa. "Papież nie wiedział" - mówią obrońcy. Takie stawianie sprawy nieuchronnie rodzi jednak kolejne pytanie: dlaczego nie wiedział? Odpowiedź musi pójść w kierunku oskarżenia kogo innego: otoczenia papieża, biskup w poszczególnych krajach itp. I widzieliśmy ten styl obrony dość często. I łatwo godziliśmy się w imię tej obrony na odsądzanie już konkretnych osób od czci i wiary. Że ten czy ów biskup nie poinformował władz, nic nie zrobił itd. Machnęliśmy ręką nawet wtedy, gdy zarzuty o nicnierobienie były naciągane. Byle to błoto nie dotknęło papieża. Tymczasem prawda jest przecież nieco inna.

Jaka? Ano chodzi o to, że przez całe dziesięciolecia nikt nie traktował pedofilii jako największej zbrodni. Co tu dużo mówić, historia pedofila Marca Doutroxa wyraźnie pokazuje, że do lat 90 istniało spore społeczne przyzwolenie na tego typu zachowania. "Polskim" tego przykładem jest sprawa pana Polańskiego.... Władze różnych państw teraz się wstydzą, ale jako winnych wskazują innych - w tym Kościół. To owi "inni" nic nie robili. A my dajemy się na to nabrać.

Prawda zapewne jest więc taka, ze papieże nie wiedzieli nie z powodu jakiegoś spisku, ale dlatego, ze tych spraw do Watykanu, a już zwłaszcza samemu papieżowi, nie zgłaszano, bo nie było takiego wymogu. Papież ma naprawdę wiele innych, ważniejszych spraw na głowie. A biskup - gorzej czy lepiej - rozwiązywał problem sam. Dopiero gdy świat się oburzył - bardzo fałszywie zresztą - zrobił się smrodek. I głupio się papieży broni. Głupio, bo oskarżając innych ludzi Kościoła...

I tu dochodzimy do sedna problemu owych ludzi broniący zawsze i za każdą cenę papieża. Tym sednem jest fałszywa eklezjologia, której hołdują. Eklezjologia widząca w papieżu niemal ucieleśnienie idealnego Kościoła, a w pozostałych wierzących co najwyżej nieudolnych naśladowców. Eklezjologia to groźna dlatego, że idealizuje papieża ze względu na sprawowaną przez niego funkcję, nie osobiste przymioty. Kościół jest zbudowany na Piotrze, Piotr ma być nieomylny w sprawach wiary i moralności, ale nie znaczy że ten Piotr zawsze bez jakiejkolwiek skazy i zawsze, w każdej bez wyjątku sprawie ma rację.

Zresztą klonem tej fałszywej eklezjologii jest dość rozpowszechnione w praktyce widzenie prawdziwego kościoła jedynie w hierarchii kościelnej. Zatraca się wspólna godność dzieci Bożych wynikająca ze chrztu, nieistotne staje się udzielenie Ducha w bierzmowaniu, karmienie się Chrystusem w Eucharystii. Istotniejsze staje się przyjęcie święceń kapłańskich (czy złożenie ślubów zakonnych). Ale najistotniejsza - sprawowana funkcja. Funkcja, która nigdy nie jest wynikiem ludzkich decyzji, ale znakiem wybrania przez Ducha Świętego. Więc i sakralizuje się różne, nie zawsze ewangeliczne postępki takiego człowieka. No bo taka widać jest wola Ducha Świętego...

Tak, fundament Kościoła jest ważny. Ale jeśli już nawet zapomnieć, że w Piśmie tym fundamentem jest nie tylko Piotr czy 12 Apostołów, ale sam Chrystus, to warto pamiętać, że fundamenty bez reszty budynku nazywa się ruiną. A jeśli zdarzy się, ze ten fundament jest byle jaki, to tym bardziej należałoby go naprawić, a nie udawać, że problemu nie ma. W Biblii zresztą  Kościół pokazany jest wielu różnych obrazach - ludu Bożego, mistycznego Ciała Chrystusa, owczarni, winnego krzewu, winnicy, nie tylko w obrazie Bożej budowli.

Wracając do kwestii dopuszczania do komunii osób rozwiedzionych, żyjących w nowych związkach (bo o zmianę w tej kwestii pojawiają się teraz obawy)... Przyznaję, że kiedy czytam o decyzjach niektórych episkopatów w tej kwestii robi mi się trochę nieprzyjemnie. Ale...

Po pierwsze, jako szczęśliwy mąż ciągle jednej żony nie zazdroszczę innym, że sobie wzięli inną i teraz mogliby przystępować do Komunii. To moje z żoną pielęgnowanie naszej miłości było i jest piękne. Nie zazdroszczę  nikomu, że ma drugą żonę. Myślę, że to raczej nam można zazdrościć, że siebie nawzajem mamy.

Po drugie... Wiem, ze moją odpowiedzią na niewierność innych powinna być zawsze wierność większa. Co robią inni, to sprawa tych innych. Ja mogę - i to tylko czasem - upomnieć i tyle. Nie jestem za nich aż tak odpowiedzialny, by ich grzechy stawały się moimi. Ale za siebie odpowiedzialny jestem jak najbardziej. I na sądzie Bóg nie zapyta mnie o grzechy innych, ale moje...

Po trzecie...Najpierw małe wyjaśnienie. Prawdą jest, ze Bóg odpuszcza grzechy, jeśli człowiek za nie żałuje. Z tego względu rozgrzeszanie kogoś, kto trwa w cudzołóstwie jest jakoś... powiedzmy -  dziwne. Wydaje mi się, że bardzo dobrze kwestię dopuszczania rozwodników do Komunii ustawił Jan Paweł II. Tak, jeśli obiecują żyć jak brat z siostrą.Oczywiście była tam też i kwestia jakiegoś ułożenia spraw z prawowitym małżonkiem/małżonką, w moim mniemaniu konieczny warunek spowiedzi. Bo bez tego nie ma w ogóle mowy o szczerym żalu. Jednak owo dopuszczenie do Komunii pod warunkiem życia w czystości było jasnym przypomnieniem, że - owszem - istnieje coś takiego jak przyjaźń, jak wzajemne wspieranie się i one nie muszą być złe. Ale akt małżeński zarezerwowany jest dla małżonków. Myśl, że można dopuścić do Komunii kogoś, kto nie zamierza ze współżycia z konkubiną/konkubinem rezygnować wydaje mi się kpiną z żalu...

Z drugiej jednak strony.... Tak się (złośliwiec) zastanawiam, czy cudzołóstwo nie jest jednym z nielicznych wyjątków, w którym potrzebę szczerego żalu traktuje się jeszcze na serio? Żalu szczerego, czyli takiego, z którego wyrasta pragnienie zadośćuczynienia, naprawienia krzywdy i postanowienie nie popełniania tego błędu w przyszłości?

Nie to, że ludzie czasem nie widzą żadnego grzechu w swoim złym postępowaniu. Gorzej, że czasem widzą, ale nic nie zamierzają zmienić. Ileż to razy spotkałem się z sytuacją, gdy ktoś nawet i przepraszał za jakieś swoje postępowanie, ale wcale nie zamierzał niczego naprawić? To znaczy naprawić owe krzywdy inaczej niż najwyżej słowem przepraszam? Jeszcze gorzej: gdy nie zamierzał przestać korzystać z owoców tej krzywdy, uznając, ze skoro przeprosił, to już we wzajemnych stosunkach nastąpić powinien reset i wolno mu dalej to krzywdzenie kontynuować? Mówiąc obrazowo: proszę wyobrazić sobie złodzieja, który uważa, ze "przepraszam" zastąpi oddanie ukradzionego albo - co jeszcze gorsze, że skoro przeprosił, to i bankowy procent od ukradzionej sumy jemu słusznie się należy....

 No cóż... Cudzołożnicy przystępujący do Komunii naprawdę w tej sytuacji nie byliby wyjątkami.

Tak się pocieszam. Pamiętając o obietnicy, że zbudowanego na Piotrze Kościoła bramy piekielne nie przemogą.
 

N P W Ś C P S
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5
Dzisiaj: 18.12.2018