medytacje

Łk 1,57-66.80

dodane 09:03

 

„Dla Elżbiety zaś nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna.”

 

Wszystko ma swój czas. Jest też czas związania i czas rozwiązania tego, co było związane, co było tajemnicą, niezrozumieniem (w sensie braku pojmowania).

 

Przychodzi i w moim życiu czas rozwiązania tego, co związał grzech, moja słabość.

To, co zakryte, staje się odkryte – głównie dla mnie.

 

Więcej rozumiem, lepiej widzę, głębiej sięgam sercem.

 

Kiedy poczyna się nowe życie w kobiecie, jest ono jak ziarno, ukryte w glebie. Tam spoczywa i ma czas, by się przemieniać w ukryciu.

 

Każdy z ludzi był (jest) takim ukrytym nasionkiem, które wykiełkowało: urodziło się dziecko.

 

Rodzi się człowiek: to, co było ukryte, związane, staje się jawne, rozwiązane.

A jednocześnie zawiązuje się coś nowego.

 

Dziecko to nadal tajemnica i to, co ukryte.

 

Rosnąc, dojrzewając tajemnica, którą jest człowiek, jednocześnie jest rozwiązywana i zawiązywana.

 

Człowiek jest wielką tajemnicą.

 

Często sam dla siebie.

 

Im dłużej żyje, tym mocniej przekonuje się, że wiele już wie (co czasem powoduje swoistą pewność siebie i zamknięcie na nowość, inność), ale wiele jeszcze nie wie, nie rozumie (to leczy ze zbytniej pewności siebie i prowokuje do poszukiwań, badań, dociekań).

 

Tylko Bóg wie wszystko o człowieku.

 

Tylko w Bogu można siebie najlepiej poznać i rozwiązać to, co związane.

 

Wtedy pojawia się radość. Ona zawsze towarzyszy Bożej Obecności.

 

„... cieszyli się z nią razem.”

 

A jednak lękam się jej. Nie zawsze potrafię współweselić się z drugim człowiekiem.

 

W jego życiu pojawia się coś radosnego, a we mnie jest dystans lub nawet torpedowanie tej radości, umniejszanie jej.

 

Bo przecież życie to głównie krzyż i cierpienie.

 

Nie potrafię żyć chwilą – cała jestem w przyszłości, która z reguły ma czarne barwy.

Ta niewiara, brak ufności w Obecność Boga i Jego miłość i ochronę sprawia, że nie dostrzegam Jego działania w moim życiu.

 

Jeżeli nie ma we mnie radości, to oznacza, że nie ma zaufania i wiary w Opatrzność Bożą (wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!)

 

Boję się radości, ponieważ boję się życia.

 

Brak radości (nie – wesołkowatości!) to objaw strachów i lęków, jakie siedzą we mnie i skutecznie niszczą wszelkie najdrobniejsze kiełki radości.

 

Elżbieta urodziła Jana, gdy była już starą kobietą. Radowała się tymi narodzinami, tym, co dokonało się w jej życiu, zamiast zamartwiać się, czy da sobie radę z pracą przy niemowlęciu; czy dożyje chwili, gdy będzie on dorosły i samodzielny.

 

Żyła tu i teraz. Bo to, co będzie w przyszłości, dzisiaj jest zawiązane. Będzie rozwiązywane stopniowo, dzień po dniu. I Bóg w tym pomoże.

 

„A natychmiast otworzyły się jego usta, język się rozwiązał i mówił wielbiąc Boga.”

 

Urodzenie dziecka to rozwiązanie nie tylko dla kobiety, ale i dla mężczyzny.

 

Kiedy poczyna się dziecko, kobieta staje się świątynią. To w niej, w jej ciele dokonuje się cud stworzenia. Bóg stwarza nowe życie, stwarza człowieka – w ciele kobiety. Powierza jej tę tajemnicę, ten cud.

 

To tajemnica, wobec której mężczyzna winien zamilknąć, by ją rozważać.

 

Tylko rozważając, zgłębiając tę tajemnicę mężczyzna wzrasta w swojej męskości. Dojrzewa do wzięcia na siebie odpowiedzialności, czuje swoją siłę i moc, którą Bóg go obdarza po to, by tym nowym życiem mężczyzna się zaopiekował, ochronił je.

 

Zgłębianie tej tajemnicy prowadzi do uwielbienia Boga: za cud życia.

Także mojego życia.

 

Elżbieta się cieszy, raduje. Zachariasz wielbi Boga.

 

Radość to uwielbienie Boga.

 

Nie ma uwielbienia Boga bez radości.

 

Nie można – radując się – nie wielbić Boga.

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 18.10.2019

Ostatnio dodane