Archiwum dla miesiąca: Marzec 2011

Słowo Boga

Słowo Boże kierowało każdym krokiem Eliasza. Posłało go do schronienia na pustkowiu, następnie do miasta poza granicami Izraela i wreszcie do Achaba (por. 1 Krl 17,2.8-9;8,1). Otrzymując słowo Boże, Eliasz za każdym razem wypełniał je – poza jednym przypadkiem. Podobnie jak większość proroków w pewnym momencie życia przestraszył się i uciekł.

Wydarzyło się to po dramatycznym pojedynku z prorokami Baala na górze Karmel. Eliasz wychodzi z niego zwycięsko, prorocy zostają wybici – a Izebel wpada w taką furię, że prorok ucieka w obawie o swoje życie (1 Krl 18; 19). Przybywa na górę Horeb (Synaj), miejsce, w którym Bóg objawił swoje prawo Mojżeszowi. Na tym świętym miejscu Bóg stawia pytanie: „Co ty tu robisz, Eliaszu?”

Jest to dobre pytanie! Aż do tego momentu Eliasz był prowadzony przez słowo Pana. Teraz kieruje nim lęk. Wyjaśnia więc Bogu powody swojej paniki (tak, jakby Bóg ich nie znał!): „Chcą mnie zabić”. Następnie, w tajemniczym objawieniu Bóg spotyka swego przerażonego proroka nie w wielkim wichrze, trzęsieniu ziemi czy ogniu, lecz w „szmerze łagodnego powiewu” (por. 1 Krl 19,12).

W doświadczeniu wielkiej Bożej ciszy lęki Eliasza rozpraszają się, a on sam jest gotów ponownie przyjmować słowo Boże i być mu posłusznym. Oby ten „dźwięk czystej ciszy” był słyszalny również dla nas, gdy zdarzy nam się zboczyć z Bożego kursu. Obyśmy w chwilach zamętu i niepewności potrafili postawić sobie pytanie:Co ja tu robię? W jakim miejscu drogi jestem? Czy moje życie jest kierowane słowem Bożym? (… )

Eliasz (… ) wzywa nas, abyśmy odrzucili rozliczne głosy domagające się naszej uwagi, a dali pierwsze miejsce słowu Boga. To słowo przemieniło życie jego samego, a także życie wielu świętych i męczenników wszystkich epok, tak że żadne inne słowo – nawet najbardziej zastraszające – nie może z nim konkurować. Może ono przemienić także i nasze życie.

Otwierając się na słowo Boga, stajemy się prorokami – ludźmi, którzy nie tylko opowiadają o tym, co mówi Bóg, lecz pozwalają Bogu, by przez nich mówił do innych. Wówczas misja Eliasza staje się naszą własną, a ludzie naszych czasów stykają się poprzez nas ze zbawczym słowem Boga.

 

Craig E.Morrison Ocarm.

 

Słowo wśród nas (wrzesień 2010)

20.03.2011

Motto

"...to nie posiadanie tego, kto nas kocha, jest takie ważne, ale posiadanie kogoś, kogo kochamy..."

 

"W życiu należy dążyć do dwóch rzeczy. Najpierw osiągnąć to, czego się pragnie, a potem się tym cieszyć." Logan Pearsall Smith

 

fragmenty z książki "Te wysokie, zielone wzgórza" Jan Karon

20.03.2011

Dziękczynienie za małe dary

Nie pozwalamy Bogu na obdarowanie nas wielkimi duchowymi darami, które ma dla nas, ponieważ nie dziękujemy Mu za codzienne dary.

Uważamy, że nie powinniśmy być usatysfakcjonowani niewielką ilością duchowej wiedzy, doświadczenia, i miłości, które otrzymaliśmy, i że musimy przez cały czas wyglądać gorliwie wyższego dobra. Następnie nienawidzimy faktu, że brakuje nam głębokiego przekonania i bogatego doświadczenia, którymi Bóg obdarował innych, i uważamy ten lament za pobożny...

Jedynie ten, który dziękuje za małe rzeczy, otrzymuje wielki dary.

 

Dietrich Bonhoeffer

 

fragment "Te wysokie, zielone wzgórza" Jan Karon

13.03.2011

Akceptacja siebie

Życie duchowe wymaga akceptacji siebie, swego życia, historii, powołania. Wbrew pozorom nie jest ona wcale procesem łatwym. W głębi nas jest wiele buntu przeciwko życiu, przeciwko sobie. Jesteśmy niezadowoleni z darów i z braków. Pragniemy więcej, inaczej, lepiej. Chcielibyśmy posiadać inny charakter, wygląd, więcej inteligencji, zdolności, inne warunki, środowisko, lepszych przyjaciół, przełożonych, mieć więcej czasu, zdrowia...

Niezgoda na siebie wyraża się w skłóceniu i buncie przeciwko innym i Bogu. Czasami marnujemy swoje życie, obwiniając innych i zamykamy się w świecie iluzji. Innym razem wstydzimy się braków, staramy się je kamuflować, przyjmować pozory, nakładamy maski, by upodobnić się do innych, lub ich oczekiwań; co z kolei rodzi zakłamanie, konflikty, napięcia. Usuwanie napięć wymaga dodatkowej energii, sił, które mogłyby zostać wykorzystane w pozytywny sposób.

Możemy również nie doceniać otrzymanych darów. Dla różnych racji zaniżamy obraz, ocenę siebie, pomniejszamy swoje talenty, pozując biednego i pokornego. Jest to fałszywa pokora. Prawdziwa pokora nie jest umniejszaniem siebie ani własnych darów. Jest raczej stawaniem w prawdzie, właściwym poznawaniem siebie, swoich możliwości, darów i ich akceptacją.

Przyjęcie siebie wymaga zgody na własne powołanie i misję życiową. Każdy z nas dokonuje w życiu wyborów: zasadniczych i drugorzędnych. Zasadniczy wybór dotyczy relacji z Bogiem, a w konsekwencji powołania i misji. Każdy stan życia jest środkiem do celu i nie może być nadrzędny, ostateczny. Poza tym intencje, motywacje powinny być jasne, czytelne. (... )

Wybory podjęte bez właściwej motywacji wcześniej czy później będą się mścić i będą źródłem wielkiego cierpienia, napięć i frustracji.

(... )

Wybory, jakich dokonujemy mogą być niezgodne z wolą Bożą, a nawet grzeszne. Istnieje wówczas potrzeba ich weryfikacji.(... )

Jeżeli podejmiemy niewłaściwe wybory jednorazowe (małżeństwa lub kapłaństwa), nie mogą one podlegać później zmianie, weryfikacji. Należy wówczas przyznać się do błędu, zaakceptować swój stan oraz pozwalać Bogu, by uzdrawiał stopniowo tę bolesną sytuację.

O wiele łatwiej przychodzi zaakceptować wybory zwyczajne związane z pracą, zawodem, sytuacją materialną, społeczną, przyjaźnią, relacjami... Gdy nie ma możliwości natychmiastowej zmiany warto pozwolić działać czasowi i Bogu. Czas jest sprzymierzeńcem akceptacji. Również Pan Bóg działa cierpliwie.

Jeden z moich współbraci zakonnych zwykł mawiać: Opatrzność Boża jest precyzyjna. (... )

Akceptacja woli Bożej, którą odczytujemy w decyzjach przełożonych, pozwala przyjąć nieraz trudne wybory, powołanie i życiową misję. Ostatecznie prowadzi ona do pokoju ducha i wewnętrznej równowagi. Brak zgody na niepomyślną lub trudną wolę Bożą jest źródłem wewnętrznego cierpienia i marnowania wewnętrznej energii na bezskuteczną walkę. Gdyby konfesjonały mogły mówić, potwierdziłyby moje obserwacje.

Akceptacja siebie ma swe źródło w miłości Boga, który nie kocha nas za to, kim jesteśmy. Jego miłość jest czystym, bezinteresownym darem. Bóg nie oczekuje niczego, poza przyjęciem tej miłości. Kocha nas w aktualnej rzeczywistości ze wszystkimi ograniczeniami i słabościami.

Doświadczenie miłości Boga prowadzi do pełnej akceptacji siebie i swego życia, bez stawiania warunków, bez niechęci, zgorzknienia czy rezygnacji. Miłość nie powinna być warunkowa. Miłość siebie możliwa jest od teraz. Nie od jutra. W przeciwnym razie nie zaakceptujemy siebie w pełni, ani siebie nigdy nie pokochamy.

(... )

Paul Bruckner nazywa taką postawę wiktymizacją. Człowiek czuje się nieustannie ofiarą, przyjmuje postawę wygodną, roszczeniową, uchyla się od odpowiedzialności i wzięcia życia we własne ręce. Uważa, że nic nie może. Jednak granica pomiędzy nie możemy a nie chcemy jest zwykle bardzo cienka. Często niewiele możemy, dlatego że niewiele chcemy. Możliwości powiększają się w znaczący sposób, gdy zwiększają się pragnienia i rośnie wiara w siebie. Akceptacja życia, miłość samego siebie jest możliwa, jeżeli jej naprawdę zapragniemy i uwierzymy w nią.

Z akceptacji siebie wypływają właściwe relacje do innych. Gdy jesteśmy zadowoleni z siebie i tego, co posiadamy, pogodniej patrzymy na świat, na otaczających nas ludzi. Łatwiej przychodzi wówczas przyjęcie bliźniego i miłość do niego.

Potrzebujemy także miłości ludzkiej. Wprawdzie bezwarunkowo kocha tylko Bóg, jednak akceptacja ze strony innych ułatwia samoakceptację i odczucie miłości Boga. Dzięki niej rozwijamy się, czujemy się wartościowi i spełnieni.

Z braku uznania siebie rodzi się zgorzkniałość, frustracja, postawa pretensjonalności. Uczucia te bywają niekiedy długo tłumione. Jednak przychodzi czas, gdy eksplodują. Ewangelicznym tego przykładem jest starszy syn z przypowieści o miłosiernym ojcu (Łk 15, 11-32). (... )

Brak akceptacji siebie prowadzi do nieustannego porównywania się z innymi. Nie odczytujemy wówczas własnej wartości i godności, która wynika z powołania do miłości w Bogu, ale w odniesieniu do drugich. Porównywanie się z innymi prowadzi do pychy. Gdy oceniamy ich wyżej od siebie, rodzą się kompleksy niższości, brak pewności, obwinianie siebie, poczucie bezwartościowości, fałszywa pokora, zazdrość, postawy obronne i agresywne, a także perfekcjonizm i dążenie do sukcesu „po trupach". Natomiast, gdy inni wydają nam się gorsi, pojawia się lekceważenie, pogarda, poniżanie, mania wielkości, różne formy manipulacji. (... )

Brak akceptacji siebie może być również wynikiem źle rozumianej chorej szlachetności (J. Augustyn SJ). Zakłada ona, że innym należy się wszystko, a mnie nic. Za chorą szlachetnością kryje się potrzeba uczucia, zapracowania sobie na miłość bliźnich. Konsekwencją jest pracoholizm, nadmierny aktywizm, albo wypalenie wewnętrzne. Zabrzmi to może paradoksalnie, ale praktykę miłości bliźniego należy zaczynać od siebie. Jeżeli nie kochamy i nie akceptujemy siebie, nie mamy dla siebie czasu, nie potrafimy ofiarować sobie prostego ludzkiego miłosierdzia i współczucia, nie dbamy o swój duchowy rozwój, to nie łudźmy się, że będziemy zdolni, by kochać innych. Jezus nauczał: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego (Mk 12, 31).

o. Stanisław Biel SJ

Akceptujesz siebie czy nie? Jak to z tobą jest? o. John Powell SJ

08.03.2011

Odpowiedź

Możemy przychodzić na rekolekcje po to, by tutaj coś przeżywać, by sycić się nastrojem, a nie na rozmowę z Bogiem. Aby pokonać te przeszkody, aby uniknąć tych nieporozumień, trzeba wyszukać w sobie, dla siebie, jakieś kryterium zmiany. Trzeba, żeby to kryterium zmiany było konkretne i było banalne. Nic lepiej nie świadczy o nas, jak niepozamiatany pokój, jak nieumyty garnek, jak list, na który od tygodni nie odpowiedzieliśmy.

To są banały, ale życie składa się z banałów. I te banały bardziej świadczą o tym, kim jesteśmy, niżeli to, że dzisiaj znaleźliśmy się na rekolekcjach. Poza tym największe dzieła zaczynały się zawsze od banałów.
Genialne książki zaczynały się od zamaczania pióra w kałamarzu. Nie trzeba nam szukać woli Boga zbyt wysoko. Szukajmy jej w naszym najbardziej banalnym, prozaicznym obowiązku.

I im bardziej podstawowy to obowiązek, tym bardziej „podstawowo” obecny tam będzie Bóg.
Tak więc trzeba znaleźć kryterium prozaiczne, zwykłe, banalne: jakiś nieumyty garnek, jakiś kurz na oknie, list, na który się nie odpowiedziało... Na samym początku rekolekcji znajdźmy dla siebie takie konkretne kryterium zmiany. Zastanówmy się, co takiego w życiu najbardziej się narzuca. Nie szukajmy głęboko, nie dzielmy włosa na czworo. Jakiś konkretny banał... Wszystko inne jest mniej ważne, jest dodatkiem.

ks. Józef Tischner

- decyzja; z reguły o nią wszystko się rozbija. I o wytrwanie w tej decyzji...

07.03.2011

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd