przed odjazdem

Zaś se zaczynajom studia, jutro sie wykludzom do Katowic. Dziś wieczór - uczynek miłosierdzia względem ciała: upiyc cynamonowe ciastka - tym razem dodatkowo z troszkom kandyzowanego imbiru.

Wonio Świyntami, ale ino wonio.

Nastroje cołkim nieświonteczne.

"Trzeba mieć w życiu chwile zachwytu nad szarością". Ale jak?

29.09.2010

kulinarnie

Zostało mi w lodówce pół puszki mleka skondensowanego, które czekało na wykorzystanie.

A wszystko zaczęło się od... Och, właściwie nie wiem, od czego. Czy od znalezionego tutaj pysznie wyglądającego deseru, czy od wyczekiwanej wizyty M., albo od niespodziewanej, nieprzyjaznej jesieni, czy od tego, że straszliwie miałam ochotę na coś słodkiego, co by nie było słodkie (bo wciąż słodyczy mi nie wolno...). Sama nie wiem.

A było tak: w pewien pochmurny wieczór minionego tygodnia, gdy wszystko szło nie tak, jak iść powinno, postanowiłam zrobić deser, który - ponoć - nie ma prawa się nie udać. Wprawdzie przewidywałam najgorsze (zgodnie z prawem, że nieszczęścia chodzą parami, czwórkami, grupami zorganizowanymi...), ale - uprzedzając fakty - wszystko się udało (chociaż nie bez przeszkód).

Krem jest naprawdę prosty. Trzeba utrzeć serek mascarpone (500 g, ja zaangażowałam mikser ręczny), powoli dodając mleko skondensowane słodzone (nie tam jakieś light). Ile tego mleka? Oczywiście "na oko"... A raczej - "na palec". Bowiem najprzyjemniejszym etapem przygotowywania tegoż kremu jest próbowanie go co chwilę - czy już jest dostatecznie słodki? Jak się później okazało, ja wykorzystałam pół puszki.

Tutaj pojawia się element dramatyczny - gdy krem był już utarty, pucharki przetarte, maliny umyte (nie wiem, ile ich było - u mnie maliny liczy się na miski) - zgasło światło. Na całym osiedlu. Szczęście w nieszczęściu - mikser już nie był potrzebny ;) Przyszło mi więc kończyć ten deser przy blasku świec - do pucharków na przemian krem-maliny-krem-maliny... i czekać, aż włączą prąd, żeby lodówka zaczęła działać. Na szczęście - wkrótce zaczęła... Deser stał w lodówce całą noc, a my (MaMama i ja) pogasiłyśmy światła i rozmawiałyśmy przy świecach. :)

I właśnie stąd zostało mi pół puszki mleka skondensowanego. :) A ponieważ wielkimi krokami zbliża się termin zaległego egzaminu, zabrałam się za gotowanie :)

Natchnął mnie przepis znaleziony u Nieznośnej. Ale, jak się często zdarza - przepis swoje, a ja swoje :)

2,5 szklanki mąki pszennej

2 łyżeczki proszku do pieczenia

0,5 łyżeczki soli

cukier waniliowy - zamiast niego dodałam trochę (łyżeczkę?) przyprawy "Karmel i wanilia" z Kotanyi

0,75 szklanki cukru

1,5 kopiastej łyżki cynamonu - ja dałam całą paczuszkę, 15 g.

200 g masła (u mnie - margaryna "Palma")

3 jajka

na wierzch - u mnie: migdały, posiekane orzechy.

Przepis mówił o ucieraniu masła z cukrem... więc zrobiłam całkiem odwrotnie: dałam do miski wszystkie składniki sypkie, dodałam margarynę i posiekałam nożem. Pod koniec dodałam jajka, posiekałam jeszcze trochę, wyrobiłam ciasto (nie za długo, ot, tyle, żeby się wszystko połączyło), zawinęłam w folię i włożyłam do lodówki... Nie wiem, na ile :) O, na tyle, żeby zrobić pizzę. Moją ulubioną - z kurczakiem, cebulą, sosem czosnkowym i serem...

Gdy pizza powędrowała do pieca, na warsztat wróciły ciastka - przełożyłam masę na talerzyk, brałam łyżką średnie porcje, formowałam płaskie.... kształty (bo raczej do niczego to nie było podobne ;) ) i odkładałam na blachę wyłożoną papierem. Wystarczyło posypać migdałami / orzechami / co tam jeszcze kto lubi i wsunąć do pieca na 20 minut w 180 stopniach. Wyszły tego dwie (niepełne) blachy. A następnym razem wsypię te bakalie od razu do ciasta - też będzie ok.

Dziwną właściwość mają te ciastka - za każdym razem, gdy schodzę do kuchni, jest ich coraz mniej... ;)

Dzięki, Żuku, za inspirację :*

cynamonowe

A, zapomniałabym o mleku! :)

Wczoraj zmiksowałam je z cytrynową galaretką (dałam mniej wody, niż było podane na torebce) i porozlewałam do szklanek. Spędziły noc w lodówce, a dziś - z dodatkiem pokrojonej nektaryny, bitej śmietany i malin - stanowiły nagrodę za pół dnia spędzonego w kuchni :)

ptasie mleczko 01

* pochmurnie dziś bardzo, więc i zdjęcia jakieś takie niewyraźne... Rutinoscorbin się skończył ;)

* Gratulacje dla wszystkich, którzy dotarli do końca. Dłuuugaśna wyszła ta notka :)

08.09.2010

wizyta.

Podziwoł mi sie głymboko w oczy.

Pedzioł: "Jaki też Pani mo piykne oczy!"

Okulista na badaniu :)

05.08.2010

Pomyłki

Swego czasu dowiedziałach sie, że jakoś znajomo mojij koleżanki stwierdziła, że jo to chyba chodza do gimnazjum. Tako "drobno" pomyłka - o jakiś 10 lot... Ale dzisio to już szczyt pomyłek. A było tak:

Jada se na rolkach, osiedlowom drogom - żeby nie było, na osiedlu jest strefa i piesi majom piyrszyństwo! Zbliżom sie do skrziżowanio, wiec zwalniom, bo na dodatek za mnom jeszcze jakiś auto jechało... Zjeżdżom na bok, tak fest, jak sie do, szoruja butem po krawężniku chodnika... A to auto staje po mojij lewej, jakieś 10-15 cm - szyba pasażera opuszczono, w aucie chłop (za kierownicą) i baba. I słysza, jak sie chłop drze: "Nie masz gówniarzu gdzie jeździć?!" Rozglondom sie, kto to na kogo ryczy i słysza, jak ta kobita godo: "Dziecko, nie po drodze..." I pojechali.

Okozało sie, że to do mie teksty były! :D

Piyknie, piyknie.

01.08.2010

o Farorzu c.d.

Zaś bydzie o Farorzu. Ale już o inkszym - bo dzisio zostoł wprowadzony do naszej parafii nowy Farorz. I zaś było dostojnie, uroczyście, z nutką obawy - jaki bydzie? Cóż. Po jednej Mszy ciynżko to stwierdzić... Chocioż mój prywatny "Test na Przeistoczenie" * zdoł trocha słabo... o ile w ogóle zdoł ;)

A w ogóle to po raz kolejny pokozało sie, jak mocne jest Słowo Boże - i przi okazji, jaki On mo poczuci humoru. Toż dzisio w całyj diecezji (nie wiem, jak jest w inkszych...) są zmiany Farorzy. I wszyndy są te same czytania. A w piyrszym czytaniu stoi:

"Marność nad marnościami, powiada Kohelet, marność nad marnościami, wszystko marność.

Jest nieraz człowiek, który w swej pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, a udział swój musi on oddać człowiekowi, który nie włożył w nią trudu. To także jest marność i wielkie zło. Cóż bowiem ma człowiek z wszelkiego swego trudu i z pracy ducha swego, w której mozoli się pod słońcem? Bo wszystkie dni jego są cierpieniem i zajęcia jego utrapieniem. Nawet w nocy serce jego nie zazna spokoju. To także jest marność." [Koh 1,2;2,21-23]

Piyknie, ni?

* "Test na Przeistoczenie" - moja prywatno miara ksiynżowskij duchowości ;) Styknie sie przidziwać, jak sie delikwent zachowuje w czasie Przeistoczenia - kaj sie dziwo, jak godo, jak wysoko i na jak długo Go podnosi... Test ni ma doskonały, ale wiele pokazuje ;)

01.08.2010

© Copyright 2010; Po naszymu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Patrząc przed siebie | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd