Rzym-beatyfikacja Jana Pawła II (28.04-04.05.2011)

01.05.2011r. beatyfikacja papieża Jana Pawła II

dodane 19:54

Ten dzień zaczął się w nocy. O wpół do pierwszej pobudka, 15 minut po 1 – wyjazd z Tarqini do Rzymu.

 

Ponieważ wjeżdżaliśmy niejako „od tyłu”, udało nam się podjechać całkiem blisko Watykanu. Po 15 minutach marszu byliśmy na miejscu, tj. u wylotu Via della Conciliazione. Ulica była zagrodzona barierkami, gdyż wg planu na Plac św. Piotra wejście miało być dozwolone od godziny 5-ej.

Była godzina 3.30. Do wejścia mieliśmy niecałe 50 m. Niemalże z każdą minutą gromadziło się coraz więcej ludzi. W pewnym momencie ukucnęłam, by wyjąć coś z plecaka, i zdałam sobie sprawę, jak bardzo niebezpieczny jest tłum. Napór ludzi był ogromny. Staliśmy jeden przy drugim.

Pierwszy raz doświadczyłam czegoś tak przejmującego. Zrozumiałam, czemu podczas paniki tłum tratuje człowieka – nie można nic zrobić, by ominąć kogoś, kto upadł, a z tyłu napiera masa ludzi. Po prostu nie da się.

Na szczęście w tę noc i poranek nikogo panika nie ogarnęła. Co więcej, z tyłu grupka osób zaczęła grać na gitarze i śpiewać po polsku piosenki religijne. Gdy ktoś zasłabł, pojawiał się ambulans, i ludzie ściskali się jeszcze mocniej, by umożliwić mu przejazd.

Wpuszczanie na Plac (a raczej na wejście w ulicę Via della Conziliazione) zaczęło się z półgodzinnym opóźnieniem. Via della Conziliazione mierzy niecałe 500 m. Pokonywaliśmy je przez 3 godziny. Wyglądało to tak, że szło się wolno „1 - 2 słupki”, choć przeważnie „0,5 słupka” (bo na ulicy stoją kolumnowe latarnie, bardzo duże, które Piotr ochrzcił mianem „słupków” i odległość, którą udało nam się przejść, zaczęliśmy mierzyć „słupkami”), a następnie stało się pół godziny, 40 minut. Wokół mnóstwo ludzi. Nikt nie wie, czy na Plac jeszcze wpuszczają. Ten brak informacji w momencie stania i czekania staje się trudny do udźwignięcia. Zaczęliśmy się z Piotrem ok. godziny 7-ej zastanawiać, czy jest sens, byśmy w tym tłumie stali. Jak w takich warunkach uczestniczyć we Mszy Świętej? A co, jak będzie trzeba do toalety, a przez ten tłum nie uda się przepchnąć? Zaczęło nas ogarniać tak wielkie zwątpienie, że chcieliśmy zrezygnować z tych prób dotarcia do Placu św. Piotra.

I wtedy wydarzył się pierwszy cud tego. Wewnętrzny i zewnętrzny. Przyszły mi na myśl słowa Pisma Świętego – o wytrwałości: „Lecz kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony.” [Mt 10,22b] i „Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie.” [Łk 21,19]

Być może czasem w życiu, w jakiejś sytuacji chodzi tylko o wytrwanie? Może jest to takie ważne, bo uczy człowieka cierpliwości, zaufania Bogu i bliźniemu, rezygnacji z siebie? Może uczy łagodności i spokoju wtedy, gdy wszystko się wali i zostaje zniszczone?

Zostaliśmy.

I w odpowiedzi na naszą decyzję wydarzył się ten drugi cud: przeszliśmy od razu odległość dwóch „słupków” :D

Ktoś powie, że żadnego cudu w tym nie było. Dla mnie był. Czemu te słowa Jezusa o wytrwałości pojawiły się w mojej głowie wtedy, gdy byliśmy gotowi zrezygnować ze starania się na wejście na Plac św. Piotra?

Ktoś powie, że uczestniczyć we Mszy można było wszędzie. To prawda, ale człowiek jest istotą cielesną, która odbiera świat i to, co się dzieje, poprzez zmysły. Gdybyśmy nie weszli na Plac, nie widzielibyśmy tego na własne oczy, nie czulibyśmy, bylibyśmy w oddaleniu. Jaki wtedy miałby sens cały ten wyjazd? Równie dobrze mogliśmy zostać w domu i obejrzeć transmisję, a pomodlić się w kościele parafialnym. Bycie na Placu na tej właśnie Mszy to jak bycie na uczcie w domu Gospodarza. Bycie w domu, a nie pod oknem, gdzie wprawdzie wszystko słychać, ale jest się „poza”.

Na Plac weszliśmy o 8.30 i stanęliśmy w kolejnej kolejce, już nie takiej wielkiej i ściśniętej. Plac podzielony był na sektory i by dostać się do sektora bliższego ołtarzowi (choć i tak ogromnie daleko), musieliśmy przejść kontrolę osobistą i naszych plecaków. Pomiędzy dwiema kolumnami stały bramki do wykrywania metali i każdy z wchodzących musiał między nimi przejść. Stąd dopiero o 9.30 mogliśmy powiedzieć, że jesteśmy na miejscu.

Uffff :) Byliśmy niebotycznie szczęśliwi :-) Udało się. Z pomocą Jezusa pokonaliśmy własne słabości.

Odnaleźliśmy znajomych z naszej pielgrzymkowej grupy i z nimi oczekiwaliśmy na rozpoczęcie Mszy św., dzieląc się kawą, kanapkami, słodyczami. Nagle mąż, który w tym czasie robił też zdjęcia, wskazał mi stojącą nieopodal kuzynkę z Polski :-) Wiedziałam, że ma być w Rzymie na beatyfikacji, ale spotkać ją, stojącą w odległości 20 m, było kolejnym darem od Pana. Świat jest taki malutki ;-) Tym bardziej, że po Mszy spotkałam inną znajomą, a raczej to ona mnie spotkała :-) ostatnio jadłyśmy kolację dwa miesiące wcześniej u jezuitów w Kaliszu :D

Rozpoczęła się Eucharystia i na samym początku Benedykt XVI ogłosił Jana Pawła II beatyfikowanym Kościoła Katolickiego. Ci, co tam byli, ale i ci, co oglądali transmisję w tv na pewno pamiętają burzę niecichnących oklasków, jakie wtedy padły. Emocje były niesamowite. Wszyscy wokół płakali z radości, ze wzruszenia, pewnie i z innych powodów. Ogromnie się cieszę, że mogłam tam być i doświadczyć tej wspólnoty.

W sercu padło wtedy wiele słów, skierowanych do Boga i do Błogosławionego, prośby, dziękczynienia, obietnicy z nadzieją, że w tym właśnie momencie otworzyło się niebo i aniołowie zaczęli z niego zstępować i wstępować z powrotem do Ojca.

A potem poproszono o ciszę modlitewną i skupienie. I tak się stało. To również było niesamowite doświadczenie, może bardziej przejmujące niż oklaski – głęboka cisza na placu pełnym rozentuzjazmowanych ludzi. Pan zatroszczył się o wszystko, nawet o to, byśmy zrozumieli homilię papieża – obok nas siedziała dziewczyna, która słuchała transmisji Mszy po polsku i w tej ciszy można było bardzo wyraźnie usłyszeć tłumaczenie słów papieża. To była ta wisienka na torcie, bo wcześniej trochę było mi żal, że słowa papieża poznam dopiero po powrocie do Polski. A tu okazało się, że mogłam spokojnie ich wysłuchać na miejscu. Bóg zapłać.

Przydał się tez parasol, który zapobiegliwie wzięliśmy ze sobą. Dzięki temu dobrze znieśliśmy palące słońce.

A po Mszy usiedliśmy z Piotrem w cieniu kolumn Berniniego i zjedliśmy uroczysty kanapkowy obiad. Zapomniałam wcześniej napisać, że każdy z uczestników, idąc w nocy w stronę Via della Conziliazione, otrzymywał pudełko z kanapkami, jabłkiem, napojem i ciastkami. Smakowało nam jak nigdy wcześniej. Emocje zawsze są męczące, a na dodatek minęło trochę czasu od nocnego „śniadania”.

Ponieważ Via della Conziliazione była zamknięta, wracaliśmy inną ulicą, równoległą do niej. Tam posłuchaliśmy, jak chłopiec gra na skrzypcach, popatrzyliśmy na mury obronne Watykanu i z pokojem w sercu odnaleźliśmy znajomych z naszej pielgrzymiej grupy. Opowieściom nie było końca :-) dzieliliśmy się wrażeniami, przeżyciami, zaobserwowanymi sytuacjami. A przede wszystkim radością, że jesteśmy właśnie tu i w tym czasie. Obok przechodziło mnóstwo ludzi.

A kiedy wszyscy dotarli na miejsce zbiórki, przewodniczka poprowadziła nas przez pół Rzymu, pokazując po drodze liczne zabytki i opowiadając o nich. Niestety, nie było czasu na zwiedzanie.

Mieliśmy tylko pół godziny przerwy w czasie marszu, by napić się kawy lub kupić jeszcze jakąś pamiątkę.

My z przyjaciółką wybraliśmy się na kawę w rzymskiej knajpce, ale o tym w następnym odcinku :-)

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 05.04.2020

Ostatnio dodane