Jestem jedynie malym, śladowym kształtem

1

Wydaje  mi się, że każdy ma tą świadomość ogromu historii, która przeważa ogromnie nad naszym indywidualnym życiem. Nauczyciel historii wbija nam w głowę znaczenie potężnych jednostek w historii Polski i świata, które przesunęły tory rozwoju cywilizacji w jakimś nowym ważnym kierunku. Każda poważna lektura zwraca uwagę na jakąś postać, która tworzyła historię.

 Jakże nieważny wydaję się sobie patrząc na tyle dokonań i tyle śladów działalności wielkich ludzi w historii tego świata. Jestem jedynie malym, śladowym kształtem, który znika szybciej niż rosa w porannym słońcu.  Osiągnąć coś na miarę dzieł znaczących postaci z historii wydaje sie niemożliwe, a zresztą sama chęć zatrzymania się w historii tego świata w taki lub podobny sposób, jak to oni uczynili, wydaje się być czymś etycznie podejrzanym. Próby tworzenia czegoś wielkiego motywowane ochotą pozostania w pamięci ludzi nie może być dobre. A świat został tak zkonstruowany, że przecież jedynie nieliczne jednostki mogą tworzyć historię, a cała reszta to statyści - tacy jak ja czy ty.

W angielskie wersji jednego wiersza Jana Pawła II zaskakuje mnie taki oczywisty wniosek.

„In the moment of departure

 Each is greater than history”

To zdanie oślepia. To jest takie nagie stwierdzenie faktu, który dopiero teraz poprzez lata do mnie dociera (papież pisał ten wiersz koło 1966 roku). Cała historia wraz z naszymi działaniami nigdy nie przekroczy znaczenia i wielkości naszego odejścia z tego świata, któremu czas bezustannie pisze historię.

17.09.2017

Jestem poniżej złoczyńcy

1

„Zapamiętaj sobie, że bliżej Boga jest złoczyńca, który wstydzi się tego, że źle robi, niż człowiek uczciwy, który wstydzi się tego, że robi coś dobrze.”

Te słowa o. Pio uderzyły mnie wczoraj i dzisiaj. Przypomniały mi, że w miejscach publicznych kryguję się odmówić modlitwę przed jedzeniem, wstydzę się wykonać znak krzyża.

Dobrze jest wiedzieć, że w tych momentach moralnie jestem poniżej złoczyńcy, który czuje wstyd z tego powodu, że właśnie ukradł portfel starszemu człowiekowi.

2

Twój wysiłek i twa uwaga niech zawsze będą zwrócone na to, abyś miała właściwą intencje. Powinnaś ją mieć w pracy i w walce.

Tak mówi o. Pio.  A więc nie tylko efekty mojego działania, ale głównie intencja mojego działania liczy się w oczach Pana. Ile raz szczególnie w byznesie motywuję działania dobrymi celami nie sprawdzając czystości własnych intencji?

06.09.2017

Rodzice będą pokrywać jakieś bieżące koszty

1

Co lubią rodzice:

  • Po skończonym wspólnym obiedzie u rodziców  natychmiast zgłasza się parę chętnych dzieci, aby naczynia zanieść do kuchni, poukładać w zmywarce lub także umyć naczynia bezpośrednio w zmywaku.
    NO GO: wszyscy sobie siedzą i rozmawiają a rodzice sprzątają stół, zanoszą naczynia do kuchnie etc.
  • Rozmowy na różne, a szczególnie na głębsze tematy podczas obiadu, wzbogacają całą rodzinę.
    NO GO: Grzebanie w komórce podczas obiadu. Komórka nie jest tabu, ale można też odejść od stołu, gdy jest absolutnie potrzebna.
  • Rodzice chętnie kupują prezenty na urodziny dzieci.
    NO GO: Wyobrażenie, że rodzice będą pokrywać jakieś bieżące koszty dzieci (mamy takie nieapetyczne przykłady u znajomych) jest niewątpliwie błędne.
  • Rodzice ciszą się na każde odwiedziny dzieci wraz z całymi rodzinami. Także podczas nieobecności rodziców ich dom stoi otworem dla całej rodziny.
    NO GO:  Pozostawianie śmieci w śmietniku, nieumytych naczyń w umywalce, nieuporządkowanych łóżek etc.  jako niespodzianki na powrót rodziców...

2

Masa fake njusów na temat Polski i na temat rządu polskiego jest codziennie wypuszczana w eter.

Najwyższy czas obarczyć odpowiedzialnością prawną sprzedawanie kłamstw w mediach jako prawdę.

Jeszcze w pierwszym rządzie PiS-u Ziobro był w stanie usunąć drobne przestępstwa z ulic miast zaledwie w ciągu kilku miesięcy. Dlaczego nie małby sobie poradzić z przestępstwami medialnymi?

Podstawą jest oczywiście oczyszczenie świata medialnego z zaszłości po-Powskich, takich jak oddanie obcemu kapitałowi blisko 95% rynku.

W żadnym kraju Europy tak się nie dzieje. Czas na kolejne mocne zmiany w Polsce, aby Polska była Polską a nie kolonią innych krajów, gdzie niewygodne patriotyczne rządy usuwa się medialnymi akcjami krajów wrogich Polsce.

3

Przypomniało mi się, czego życzyliśmy dzieciom na Dzień Dziecka....

 

Życzymy Wam w Dniu Dziecka dużo radości i szczęscia, opieki Matki Bożej w każdym działaniu a także w myśleniu, ponieważ myślenie jest początkiem działania.
Życzymy Wam coraz lepszego rozumienia dlaczego Bóg urządzil swiat w taki sposób a nie inaczej, ponieważ pozwoli to Wam dokonać wielu odkryć zmieniających Wasze życie na lepsze. Bądźcie jak św. Tomasz - pewnego dnia słyszano go jak głośno wołał na sałą okolicę "Chciałbym zrozumieć Boga!".
Posłuszeństwo Bogu wyraża się także w akceptacji sytuacji w życiu, o których myślimy, że są niesprawiedliwe, a nawet w przyjęciu zwierzchnictwa osób, których nie cierpimy.

Niechaj radość w Was rośnie, radość z każdego dnia, radość z obecności drogich osób w Waszym życiu, radość z pracy i podejmowania różnych wyzwań losu, które są często kolejnym podarunkiem Pana.

4

„Dla wielu ludzi nastąpiło coś takiego, jak rozczarowanie demokracją „ mówi Artur Barciś w rozmowie z Tadlą w NowaTV.

Niektóre medialne gnojki zastąpiły termin „złodziejstwo” terminem demokracja. W tym sensie następiło niewątpliwe „rozczarowanie” (zamiast słowa „obrzydzenie”) peowskim złodziejstwem.

„Szanuję wszystkich moich widzów“ dodaje Barciś.

Ja ze swojej strony odpowiem, że każdy poplecznik złodzieja, nawet gdy jedynie chodzi o medialną mendę, wywołuje u mnie wymiotny odruch bezwarunkowy. Patrzenie się jednak jako widz an tą medialną gnidę w jakieś artystycznej produkcji możliwe jest jedynie u jakiegoś  mentalnego masochisty.

08.08.2017

Nasze rozmowy o koncercie

Nie planowaliśmy podróży do Rzeszowa na koncert Jednego Serca Jednego Ducha, bo obowiązki zawodowe i prywatne trochę nas przygniatały w tym roku. Doszła jeszcze awaria instalacji ciepłej wody i powstałe w jej wyniku zniszczenia, które w ramach ubezpieczenia różne firmy usuwały potem przez długi czas w mieszkaniu.

Potem, na chyba półtora dnia przed koncertem, Janek napisał nam e-mail, że domyśla się, że nie wpadniemy do Rzeszowa i szkoda, że nie zobaczymy Stana Fortuny na scenie, którego zaprosił specjalnie dla nas. Istotnie rozmawialiśmy o Stanie podczas wspólnej podróży po Meksyku, a ja usiłowałem przekonać Janka, że byłby to dobry pomysł, gdyby Stan wystąpił. Miałem wtedy na myśli szczególnie jego hity, takie jak „Everybody got to suffer”.

Ale najpierw uderzyło nas to, że Janek wziął nasze rozmowy o koncercie pod uwagę. Mocno uderzyło. Wszystko postawiliśmy na głowie i kilka dni później jechaliśmy bezpośrednio po pracy z Hanoweru do Rzeszowa. Dojechaliśmy gdzieś na 21:00 do Wrocławia, gdzie przenocowaliśmy w Mercurym obok kościoła dominikańskiego. Rano trochę się martwiliśmy, gdzie pójdziemy na kościoła na Boże Ciało,bo czekała na nas jeszcze jazda do Rzeszowa, ale moja sprytna Weronika patrząc przez okno dostrzegła sporadycznych ludzi idących na mszę w kościele przed naszym oknem na chyba 7:00 rano. W ciągu pięciu minut byłem w drzwiach kościoła, a Weronika dotarła 10 minut później. Wielka radośc, że nam się udało być na mszy!

Potem długa droga na autostradzie i stanie w kolejkach, nawet tych szczególnie głupich jak te, gdzie trzeba zapłacić za autostradę i za czekanie w kolejce. Gdybym był ministrem komunikacji to wystosował bym wytyczne do tych właścicieli autostrad, że w przypadku przekroczenia 2 minut w kolejce klient natychmiast ma prawo do darmowego przejazdu autostradą.

Dojeżdżamy do Rzeszowa również w miarę późno, ale hotel „Prezydencki” jest w miarę ok. Parkujemy nasze rzeczy w pokoju i ruszamy samochodem do centrum. Parkujemy w poblizu Parku Sybiraków i kilkanaście minut później jesteśmy już na murawie wśród wspaniałej publiczności na jakieś 30m metrów od sceny.

Witamy się ze znajomymi z meksykańskiej podróży, rozmawiamy minute z Jankiem, podchodzimy do stoiska i zaopatrujemy się w kilka DVD z koncertów i parę książek. Nie wytrzymuję i wracam na murawę, bo próby muzyków są dla mnie tak samo fascynujące jak sam koncert. Wszedł akurat nowy zespół Marcina Pokusy, współzałożyciela Siewców Lednicy, którego wysokiego falsetu wyraźnie brakuje w nowych kompozycjach zespołu z Lednicy. Tak się składa, że żona Marcina wraz z dwojgiem małych chłopców siadła w bezpośredniej okolicy. Szybko znajdujemy wspólny język i dowiaduję się, dlaczego Marcin opuścił zespól lednicki. A powód okazuje się prozaiczny, Marcin chciał koniecznie rok odpoczynku od trasy starając się jakoś ustawić się zarobkowo w Krakowie. Drugi założyciel Siewców nie zgodził się na przerwę w działalności zespołu (trudno sie zresztą temu dziwić). Marcin postawił na swoim i drugi też. Efekt: dwa ciekawe zespoły :)

Ciągle podchodzą znajomi z podróży do Meksyku, serdeczność naszych powitań rzuca się w oczy stojących obok nas. Poznajemy sympatycznego, młodego księdza, który przybył na koncert z kilkoma parafiankami. Opowiadamy o sobie i wymieniamy adresy. 

Koncert ku chwale Pana się rozpoczyna i wypełnia nas radość i oczekiwanie. Stan Fortuna zaśpiewał jeden z swoich hitów, który zresztą mam w domu na cedeku oraz Amazing Grace. Obie wersje sympatyczne, chociał dało się wyczuć pewien niepokój Stana – później się dowiedziałem, ze praktycznie nie miał żadnego odsłuchu i śpiewał kompletnie na wyczucie. Zauważyłem też, że przytył prawie o całe 100%, co jak na franciszkanina działającego w słynnym zakonie na Bronxie wywołuje jakąś tam ilość pytań.

Koncert był wspaniały, piękny, wzruszający, przekonywujący, łapiący za serce, ściskający serce. Jakieś 45.000 ludzi zalało cały Park Sybiraków i pagórki wokół niego. Morze ludzi i tak wspaniała pogoda. A pod koniec koncertu już prawie nie mogłem stać, wiek robi swoje, ale jednak nie zatrzymało nas to. Chcieliśmy więcej.

Po koncercie poszliśmy na bankiet. Gdzie można po darmowym koncercie zostać jeszcze nakarmionym do syta w środku nocy? Ano u Janka Budziaszka... Jednego z tych bezimiennych Świętych, których wielkości nikt nie zauważa, nawet najbliższa rodzina, tak długo dopóty stąpają wśród nich.

Masa rozmów ze znajomymi z meksykańskiej wycieczki, rozmowa z Jankiem,  który najwyraźniej czuje się z nami dobrze, czego można jeszcze chcieć? Można nie chcieć, ale można otrzymać...

Następnego dnia wpadamy na śniadanie do plebanii duchowych opiekunów Koncertu Jednego Serca Jednego Ducha ks. Andrzeja i ks. Mariusza. Poznaję tego staruńkiego belgijskiego duchownego, który po obejrzeniu koncertu na YouTubie jakieś pięć lat temu przyjeżdża już co roku do Rzeszowa. Dostajemy od niego Błogosławieństwo i jesteśmy szczęśliwi. Poznajemy Tamarę, dyrygentkę chóru, mieszkającą w Berlinie, której czystość serca tak uderza w nas, że reagujemy jak dzwon i cieszymy się dźwiękiem i oddźwiękiem. Dzisiaj już nie pamiętami o czym rozmawialiśmy, ale klimat tej jednej rozmowy wrył się w naszą pamięć jak pług, rozcinający skiby tego, co wartościowe od tego co niepotrzebne. Rozmowa z rewelacyjnym aranżerem wszystkich utworów Marcinem Pospieszalskim robi na mnie wrażenie, wszyscy ci znani muzycy są tak pełni pokory, że prawie wstydzę się za siebię. Żadnego gwiazdorstwa, żadnego mniemania o sobie, Boże, co ja tu robię z moim rozbuhanym ego...?

Malo tego, ze śniadania jedziemy z młodzieżą do knajpki w centrum Rzeszowa na gofry. Młodzi ludzie pomiędzy 20 a 30 lat z wieloma przemyśleniami na cenne tematy, są bogactwem tej ziemi. Nie zapominam ani na chwilę, ze są ziarnem, ktore zasiał Janek. Przez blisko dwie godziny rozmawiamy o Bogu, o nawróceniu się, dzieląc się przeżyciami po naszej wspólnej pielgrzymce do Nuestra Senora de Guadelupe w Meksyku. Każdy z nas ma swoją historię. Przy stoliku obok zapadło milczenie, kilka osób zamiast rozmawiać słuchało tych wypowiedzi o Bogu, religii, miłości małżeńskiej, piękna rozwoju w Duchu Świętym. Wpada ks. Andrzej, aby jeszcze pogadać.

Jeżeli gdzieś można znaleźć skrawek nieba, to my go znaleźliśmy.

Amen.

03.08.2017

Trzeba się prawie kłócić

1

Wyleciałem z projektu. Ale zanim wyleciałem to stawałem na uszach i pracowałem dwa razy w sobotę i niedzielę, aby posunąć projekt do przodu. Niestety, nie udało się. Dodajmy, że chodzi o projekt w Rajchu i otoczenie to głównie Niemcy i inni obcokrajowcy, którzy mają papiery niemieckie, dlatego wszyscy to przynajmniej teoretyczni Niemcy.

Szef programu, który oczywiście nie zna się na organizacji testów, najpierw kilka tygodni żądał wciąż nowych raportów (o innej strukturze informacji), a potem po prostu mnie zwolnił.

Pozostane w projekcie przypuszczalnie do końca sierpnia, aż znajdzie się kolejny szef testów, który będzie musiał sobie poradzić z szefem programu.

Dlaczego? Dlatego, że wcale nie chodzi o to, że efekty pracy są niewystarczające, lecz o to, że nie ma komunikacji włąściwej pomiędzy mną a szefem programu. To zresztą często się dzieje, gdy szef projektu lub programu nie ma doświadczeń z zakresu przeprowadzania testów.

Zawsze najpierw ważna jest komunikacja, „rozumienie się”, a dopiero potem wyniki pracy. Ja musiałem zaryzykować odwrotny szyk, ponieważ moja szefowa po urlopie już nie wróciła do pracy, a całość organizacji testów była kompletnie w stanie embrionalnym. Musiałem zaryzykować, ponieważ nie było nic zrobione w zakresie organizacji i przygotowania technicznego w zakresie około 40 systemów informatycznych, a szef programu i tak był kilka tygodni na urlopie.

Jak wrócił, a ja nadal ciężko pracowałem, to szybko dowiedziałem się, że opuszczam projekt. Inna sprawa, że chyba się ciężko uczę, bo skoro wiem, co jest w projektach absolutnie najważniejsze, to jednak trzeba było zmienić strategię natychmiast po pierwszych sygnałach braku zadowolenia szefa programu. Ja jednak byłem oburzony, że facet nie zauważył, że w ciągu jego urlopu zamieniłem sytuację z 5% na 60%. Typowy błąd początkującego konsultanta. A ja siedzę w tym temacie już 30 lat...

2

Oczywiście jest też gdzieś tutaj drugie tło i drugi poziom. O co chodzi Bogu, skoro mnie konfrontuje z tą sytuacją po raz chyba trzeci? Co mam zmienić? Co muszę poprawić? Nie wierzę bowiem w przypadki lub zbyt proste wytłumaczenia.

Kilka punktów znalazłem dość szybko zarówno w części zawodowej jak i części osobowej mojego istnienia.

  • Część zawodowa: zdarzało mi się w miarę często, że unikałem spotkań roboczych z wieloma pracownikami na raz. Nie dowierzałem sobie czasem, że sobie poradzę. Spotkania takie kojarzyły mi się z czymś nieprzyjemnym, gdzie trzeba się prawie kłócić, aby przepchnąć jakąś sprawę na właściwe tory.  Trzeba zatem to nastawienie zmienić. Trzeba się nie bać konfrontacji. Trzeba mieć więcej humoru. Trzeba mieć więcej spokoju. 
  • Część rodzinna: wpadło mi do głowy, że sytuacja ta może mieć coś wspólnego z decyzją córki, która pomimo wspaniałej propozycji zrobienia doktoratu na uczelni (stypendium gwarantowane) odrzuciła tą propozycję.  Kończy pracę magisterską, a propozycji pracy w przemyśle jeszcze nie ma. Obrona pracy magisterskiej we wrześniu, a potem dziura w życiorysie, ktorych nie lubi żadna firma. Kiedyś mógłbym nie mieć zrozumienia dla takiej "lekkomyślnej" decyzji, ponieważ wydała by mi się zmarnowaniem wielkiej życiowej szansy. Dzisiaj muszę zauważyć, że żelazne podejście do bezwzględnego korzystania z „życiowych szans” może prowadzić do bardzo wielu lat życia w nielubianej pracy, wielu problemów i nieprzyjemnych i niezdrowych sytuacji. Jeżeli ktoś jest w stanie podjąć pozornie niekorzystną decyzję o własnej przyszłości, to może jest to oznaka mądrości, a nie lekceważenia "życiowych szans”? Ale wiem przecież, że nie wykorzystanie życiowych szans nie może sie powtarzać, bo kojarzy się z zakopywaniem talentów...
  • Cześć osobowa: Coś co jest negatywne na pierwszy rzut oka (wyrzucenie z projektu) może być jednocześnie jakąś wielką szansą daną mi właśnie w tej chwili lub w krótkim terminie. Może chodzi o nowy projekt? O poznanie nowych ludzi? O nowe zadanie? O nowy sprawdzian?
  • Czasami przychodzi też noc w biały dzień, a wówczas jedno uderzenie zlewa się z kolejnym... Dzisiaj żona poszła do lekarza ze złymi wynikami tarczycy. Czekalismy potem kilka godzin, a pod koniec dnia sytuacja się wyjaśniła - prawda, że trzeba brać regularnie tabletki, ale nie chodzi o guz...

Trzeba naturalnie wspomnieć, że miałem propozycję pozostania w projektcie na innym stanowisku i za mniejszą cenę... Odmówiliśmy: i szef i ja.

 

 

01.08.2017

© Copyright 2010; Ogorek: Ktoś musi nieść sztandar. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Najprostsze jest najlepsze | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd