Rekolekcje małżeńskie

Przeszliśmy z Jackiem na Ty. Z Jackiem, który uratował jakieś niesamowite multum małżeństw i rodzin. Z Jackiem, który wiedział, że radość i szczęście rodzinne jest pochodną wiary w Boga, Jego Syna i Ducha Swiętego.

Zatem wprowadzał delikatnie i spokojnie katolickie elementy religijne do rozmów z poróżnionymi małżonkami i rozbitymi rodzinami.

Jacek twierdzi, że ma za dużo pieniędzy. Zatem mógłby już zrezygnować z wykładów czy rekolekcji rodzinnych przeprowadzanych prawie na wszystkich kontynentach, gdziekolwiek go Polacy i parafie katolickie zaproszą.

Powiedziałem na koniec spotkania, że wydaje mi się takim Janem Chrzcicielem, który idzie przed nami przecierając nam drogi. Niewątpliwie tak właśnie jest. Jacek przeciera drogi do szczęścia polskich katolików w małżeństwach i w rodzinach, a oni po wysłuchaniu trzydniowych wykładów, przyjeżdżają także rok później, aby posłuchać Jacka ponownie.  

Powiedziałem, że ma problem. Nie może sobie odpuścić podróżowania z Poznania do różnych krańców świata, bo zanosi ludziom nadzieję i zrozumienie. Nagle wszystko w konfliktach małżeńskich po jego rekolekcjach wszystko  się wyjaśnia. Zatem nie chodzi już dawno o zarobek czy podróże po świecie, lecz raczej obowiązek spożytkowania talentów, które dał mu Pan. Człowiek staje się coraz starszy, ma za dużo pieniędzy, a niestety, nie może zaznać spokoju. Zbyt duża odpowiedzialność spoczywa na jego ramionach, gdyby zaniechał mówienia do ludzi. Nie uratowałby wówczas kolejnych kilku małżeństw lub kilku skóconych rodzin. W sumie nie chciałbym być w jego skórze.

Kupiliśmy z Weroniką kilka Cdków i kilka książek Jacka, aby je przekazać dzieciom. Niech się uczą. Inne narody takich ludzi nie mają, a Polacy mają. Kolejna iskra idąca z Polski na cały świat.

Idziemy spać, bo jutro rano ma samolot do kraju. Tym razem nie odwiozę go na lotnisko, bo kilka godzin wcześniej siedzę już w pociągu w drodze do Hanoweru. Młode małżeństwo z rekolekcji przejmuje ten obowiązek. Jacek Pulikowski.

http://www.pustyniawmiescie.pl/konferencje/40,konferencje-mp3-jacek-pulikowski

08.02.2017

Nawet spojrzenie na obcą kobietę

1

Przegrać zawsze wolno, ale nie wolno nie próbować wygrać.

2

Obiectnic nie wolno łamać, można za to nie obiecywać. Nie ma też żadnego usprawiedliwienia dla częstego łamania obietnic. W zasadzie taka sytuacja się zawsze zemści na łamiącym obietnice. Najprawdopodobniej w momencie, kiedy będzie sobie robił duże nadzieje z powodu obietnicy innej osoby.

3

Jestem zdania, że małżeńskie wspomnienia są wspólne. To znaczy, że one istnieją jedynie wówczas, gdy para małżeńska nadal istnieje i trwa. Gdy jedno z partnerów odchodzi, wspomnienia te dla odchodzącego przepadają, tracą barwy, znikają, nie ma ich wcale. Nie ma on/ona do nich prawa. Jeśli je ma, to są dobytkiem złodzieja.

Inaczej jest, gdy małżonek/małżonka odchodzi do Pana. Wówczas wspomnienia mają wielką (niekiedy nawet niszczącą) moc . Są święte, są częścią ołtarza, który budowaliśmy za życia. Także wówczas, gdy nam się ta budowa niekoniecznie udawała. Ten niedoskonały ołtarz zawsze i wciąz jest święty. Szczególnie, gdy życie małżeńskie było nieudane czy to z powodu alkoholu, hazardu, zdrad małżeńskich, pamiętamy chwile piękne (nigdy ich nie brakuje), pamiętamy jak się nam dzieci rozwijały i wspominamy ich pierwsze sukcesy. W sumie: ZAWSZE można znaleźć świętość w najbardziej nieszczęśliwym związku.

Jest jedna zasadnicza różnica: jesli poprzednie małżeństwo było szczęśliwe, spoglądamy w przeszłość z dużym szacunkiem, jeżeli nie było szczęsliwe łatwo jest nic nie wspominać.

Co się zatem dzieje, gdy powtórnie wchodzimy w związek małżeński? Mając dwie opcje: małżeństwo szczęsliwe i nieszczęśliwe, trudniejszą sytuację ma ten partner, którego poprzednie małżeństwo było szczęśliwe.

Będąc w nowym związku małżeńskim, nie możemy wspominać zmarłej żony/zmarłego męża w takim sam sposób jak wtedy, gdy byliśmy sami. Samotność dawała nam do tego prawo. Nowy związek nam to prawo odebrał.

W samotności wspominanie zmarłego jest wyrazem tęsknoty i miłości. W nowym związku wspominanie zmarłego jest wyrazem zdrady małżeńskiej i niezadowolenia z drugiego małżeństwa. Zatem świadomie musimy się tego wystrzegać.

W zasadzie określił to już Jezus w Ewangelii mówiąc o tym, że nawet spojrzenie na obcą kobietę jest zdradą małżeńską. Ale czy zmarły/zmarła jest obca? Nie jest, ale po zawarciu nowego związku nabiera cechy obcości w odniesieniu do nowego związku małżeńskiego. A z drugiej strony, związek ten nie byłby możliwy, gdyby zmarły/zmarła żył. Jedno wyklucza drugie...

06.02.2017

Z cyklu " Drugie małżeństwo".

1

Zdecydowanie

Mężczyzna musi się zdecydować na drugie małżeństwo.

Musi także wiedzieć i rozumieć, że drugie małżeństwo nie jest powtórką pierwszego.

Musi wiedzieć, że nowe małżeństwo jest

  1. darem
  2. wyzwaniem

Fakt, że drugie małzeństwo jest darem winien uświadomić mężczyźnie z jakim szacunkiem winien odnosić się do

  1. małżeństwa jako instytucji
  2. drugiej żony, która go obdarza zaufaniem

Szacunek, ten nie może nigdy być ograniczony lub modyfikowany

  1. własnymi nastrojami, humorami
  2. nastrojami i humorami żony

Mężczyzna, który się zdecydował na powtórne małżeństwo, nigdy nie traci szacunku dla małżeństwa i dla żony, która jest wyznacznikiem małżeństwa.

Fakt, że drugie małżeństwo jest wyzwaniem winien uświadomić mężczyźnie, że nadchodzi (oprócz wielu radości) czas konfrontacji

  1. z własnymi słabościami
  2. z własnymi przyzwyczajeniami

a w konsekwencji nadchodzi czas

  1. przemian (często bolesnych)

Mężczyzna decydujący się na drugie małżeństwo ma odwagę zderzyć się z przemianami, ma świadomość KONIECZNOŚCI przemian (w tym przemian charakteru obu małżonków). Mężczyzna, który nie jest gotów zmienić sposobu życia i zwyczajów, nie chce wręcz przyjąć czegoś nieoczekiwanego (a zatem RYZYKOWNEGO), nie będzie w stanie trwać w małżeństwie, będzie nieszczęśliwy w czasie jego trwania i potem potrójnie nieszczęsliwy, gdy związek się już rozpadnie. Dlatego lepiej będzie dla niego, jeśli nic nie zacznie.

2

Wiara

Jeżeli nie wierzysz w Boga, czytelniku, przestań czytać moje wynurzenia na temat drugiego małżeństwa. Powód jest prosty. Nie wierzę, że drugie małżeństwo ma jakiekolwiek szanse, jeżeli małżonkowie nie są ciężko wierzącymi katolikami. Powiesz, że znasz jakiś przykład  udanego i szczęśliwego drugiego małżeństwa ateistów?

Nie wierzę, że je znasz. A jeżeli znasz, to nie wierzę, że są szczęśliwi.

Jedyna szansa na drugie szczęście po odejściu pierwszego małżonka lub małżonki jest w świetle miłości Pana. Na namiastki nie traćmy czasu, zawsze kończą się gorzkim rozczarowaniem.

Dlaczego?

Dlatego, że w życiu drugiego małżeństwa będzie wiele sytuacji, które nie są możliwe do pokonania bez odwołania się do Boga. Pierwsze małżeństwo może służyć do tego, aby odkryć istnienie Boga, przy drugim jest to już pewnik.

02.02.2017

Ciąg dalszy ciągu dalszego

1

"Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie: duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe"

Zauważam, że szczególnie po większym wysiłku, słabość ciała prowadzi do zmiany zainteresowania. W normalnej sytuacji ciekaw jestem nowych katolickich propozycji, szukam ciekawych książek lub oglądam filmy zgodne z moim przekonaniem. Po większym wysiłku (psychicznym czy fizycznym) sprawia mi przyjemność tępe gapienie się na tępy film, ktorego jedynym atutem jest szybka akcja, gęsto ścielący się trup i jakiś tępy bohater bez moralności i skrupułów...

2

No ale jak się poznaliśmy?

Poznaliśmy się dość współczesny sposób, ponieważ za pomocą platformy internetowej przeznaczenisobie.pl.

Zanim to się stało, to Tadeusz próbował poznać kogoś na rosyjskiej platformie baboo czy bamboo.com i był zaskoczony reakcjami wielu kobiet w średnim wieku. W ciągu dwóch czy trzech tygodni spotkał się z czterema polskimi kobietami w bezpośrednim sąsiedztwie Frankfurtu, które również były zainteresowane poznaniem kogoś.

Rezultat tych spotkań był na tyle zniechęcający, że Tadeusz tą platformę opuścił. Chodziło zwykle o żyjące w separacji z mężem lub rozwódki i nie-katoliczki. Strata czasu i nawet dość duży bezsens podejmowanej inicjatywy.

Podczas przeglądania Frondy, gdzie się Tadeusz kiedyś udzielał jako blogger wpadło mu w oczy ogłoszenie „katolickiego portalu randkowego” czy jakoś podobnie. Słowo „katolicki” budziło nadzieję lub raczej było jedynym argumentem na kolejną luźną próbę spojrzenia w potencjalną szansę na przyszłość. Wówczas zauważył, że kandydaci muszą dość sporo powiedzieć o sobie i także na cetralne tematy katolickie, to było naprawdę cool. Darował sobie natychmiast kilka prób nawiązania kontaktu jedynie z racji mętnych wypowiedzi kandydatek na temat aborcji czy Eucharystii.

Napisał tam też, co sądzi o życiu i wierze. I zdał się pod opiekę. Ponieważ wiedział, że samodzielne działanie, które nim kierowało poprzednio, przynosiło jedynie kolejne rozczarowania.

Jakiś rok potem znalazł artykuł twórców tego portalu i jakieś obliczenia, które wskazywały na wysoki procent małżeństw wynikających z racji poznania kogoś na tej platformie.

W każdym razie oboje, Tadeusz i Monika, spędzili na przeznaczenisobie.pl jakieś trzy lub cztery tygodnie. Potem się wylogowali i opuścili portal, ponieważ nie był już im potrzebny.

Ale zanim to się stało, Tadeusz przeczytał profil Moniki (który napisał jej syn, Tomasz) i spojrzał na jej atrakcyjne zdjęcie (które wybrał jej syn Tomasz). Rzucił też jakimś małym sloganem w kierunku Moniki bez większych oczekiwań.

Szybko otrzymał odpowiedź. A następne zdanie było już bardzo konkretne „Czy chcesz mnie poznać? Wówczas ci podam numer telefonu”. Był w miarę zaskoczony gwałtownym rozwojem sytuacji, ale przecież zdał się pod opiekę.

Dwa dni później lądował na lotnisku w Katowicach. Trzy tygodnie później Monika lądowała na lotnisku w Dortmundzie, potem odwiedzili się jeszcze trzy lub cztery razy na dłużej lub krócej.

Po trzech miesiącach od momentu poznania byli małżeństwem, które zawarli w kościele katolickim miejsca zamieszkania Moniki w obecności wszystkich ich dzieci i całej rodziny.

Postronnego obserwatora szokują zwykle niezwykle szybkie decyzje i kroki prowadzące przecież do całkowitej zmiany życia, z konsekwencjami finansowymi, zmiany miejsca zamieszkania i otoczenia, nowej rodziny, także nowych niebezpieczeństw.

Na to jest jedynie jedna odpowiedź: Któż jak Bóg.

Wszystko to było możliwe jednynie z jednego powodu: katolickiej wiary w Boga.

Ze strony Tadeusza wyglądało to tak, że porzucił on wszelkie domyślanie się jak to będzie w małżeństwie. Wiedział, że będzie tak, jak Bóg chce, a nie tak jak on chce. Żył już na tyle długo, że miał okazję wiele razy doświadczyć prawdziwości tego dogmatu. Jaki więc sens miało rozważanie, czy małżonkowie do siebie pasują? Jak mówi Jacek Pulikowski, małżonkowie nigdy do siebie nie pasują, zatem jest to jedynie czcze rozmyślanie prowokowane jedynie przez złego ducha.

Więcej, Tadeusz wiedział, ze małżeństwo w tym wieku (56 i 46 lat) musi przejść przez trudny okres dopasowania do siebie, który jest zarówno trudniejszy niż w młodym wieku z racji większego balastu życiowego i przyzwyczajeń u obojga małżonków, a również łatwiejszy, ponieważ szereg mechanizmów dotyczących komunikacji małżeńskiej jest u starszych nowożeńców już wypracowanych – czyli można się przy odrobinie dobrej woli szybciej porozumieć w konflikcie niż ma to miejsce w przypadku małżeństw młodych.

Tadeusz miał także duże zaufanie do siebie, ponieważ doszedł do ładu z pierwszym małżeństwem pokonując w zasadzie własne słabości i opory ego. Zakładał, że także i teraz poradzi sobie z sobą, głównym problemem związku małżęńskiego. Jan XXIII już to powiedział, że człowiek nigdy nie jest tak wielki, jak wtedy, gdy klęczy. Przed Bogiem oczywiście.

Ciąg dalszy być może nastąpi...

01.02.2017

Nie znamy dnia ani godziny

Pojechaliśmy z grupą rozśpiewanych młodych ludzi do Meksyku, aby odwiedzić Matke Bożą i turystycznie poznać zabytki historyczne Azteków i Majów. Całość wycieczki była pomyślana jako pielgrzymka, więc mogliśmy brać udział w codziennej mszy, którą odprawiał ksiądz Andrzej i ksiądz Władysław.

Jak mówi Janek, Matka Boża powiedziała widzącym w Medjugorje, że w Guadalupe jest obecna bez przerwy, podczas gdy Medjugorje jedynie odwiedza. Dwa dni spędziliśmy w tej dzielnicy miasta Meksyk adorując Matkę Bożą w sercu, w katedrze, odwiedzając pobliski kompleks poświęcony cudowi, który się przydarzył Indianinowi Juanowi.

W świątyni postawionej w pobliżu miejsca objawień, na sąsiednim pagórku, przeczepiliśmy dwa zdjęcia do tablicy, na której inne zdjęcia ukazywały osoby potrzebujące pomocy. Chodzi o moją siostrę i jej męża.

Obserwowaliśmy Meksykan. Mały, łagodny, prosty naród, który Matka Boża najwyraźniej bardziej umiłowała niż szereg innych narodów. Dlaczego?

W ciągu dwóch tygodni nastrzelaliśmy zdjęć co niemiara, czyli jakieś 50 sztuk, które służyły głownie do kontaktów z dzieci, ponieważ niektóre były lekko zaniepokojone nieprzewidzianymi wypadkami na naszej drodze.

A zły próbował nam wyraźnie przeszkodzić w odwiedzinach w Guadelupe. Najwyraźniej znaczenie tych odwiedzin u Matki Bożej przekracza naszą własną ocenę i wyobrażenie. A dlaczego tak myślimy? Są ku temu powody...

Podróż miała wyglądać tak: start podróży to Okęcie w Warszawie, potem przesiadka na lotnisku de Gaulla w Paryżu i kilkanaście godzin potem wyjście na lotniska w mieście Meksyk.

Przyjechaliśmy do naszych mam w Bielsku-Białej i Piekarach Śląskich, a w nocy przed wylotem z Okęcia ruszyliśmy samochodem w drogę do Warszawy, gdzie chcieliśmy zaparkować samochów w pobliżu lotniska na dwa tygodnie. Weronika jechała po wolnej od śniegu drodze, a ja sobie spałem, bo mam słabość do spania, gdy żona prowadzi samochód. Zawsze miałem pozytywne doświadczenia z takich samochodowych wspólnych podróży.

W okolicach Radomska nagle usłyszałem głos Weroniki, który wołała do mnie, że mamy problem. Otworzyłem oczy, wokół biało i śnieżnie, pokrywa snieżna kilka centymetrów na A1, samochód kręci się w kółko, uderza w bariery na autostradzie z lewej, a potem z prawej.

Jedyne co w pełni świadomości czyniłem w tych ułamkach sekundy to głośne i wyraźne wykonywanie znaku krzyża w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Uczyniłem to dwa razy, a samochód stanął. Nic nam nie jest, nikomu nic się nie stało.

Wyszliśmy z samochodu, w śnieg. Zimno jest, najpierw jedno, potem drugie auto przystaje oferując pomoc. Samochód nie daje się przesunąć na skraj drogi i blokuje lekko  lewy pas. Próby młodego człowieka, który się zatrzymał obok, aby samochód przesunąć poza pas spełzają na niczym. Młody człowiek odjeżdża upewniając się, że damy sobie radę. Ja próbuję się dodzwonić do niemieckiego ubezpieczyciela.

Około dziesięć minut po wypadku pojawia się samochód z przyczepą specjalistyczną do odtransportowania wraków. Facet dostał telefon od kolegi, który nas mijał i natychmiast zareagował podjeżdżając ze stacji benzynowej w pobliżu do miejsca wypadku.

Samochodem nie da się jechać dalej, już widać, że jego kariera się bezpowrotnie skończyła. Zostaje załadowany na transportowca, a my po wypełnieniu dokumentów w samochodzie policyjnym (który podjechał po kolejnych 10 minutach), wsiadamy do transportera i odwozimy samochód na postój do tegoż mechanika. Dostaniemy kosztorys potencjalnej naprawy od naszego dobrodzieja po powrocie z pielgrzymki.

Mechanik oferuje nam dojazd do lotniska, zatem zabieramy wszystkie bagaże z samochodu (czyli mamy teraz dwa razy więcej niż planowo) i jedziemy do Warszawy. Mechanik nie chce uregulowania rachunku, policzymy się jak wrócimy. To nam także odpowiada.

Na lotnisku kolejny problem: nie ma nigdzie miejsca na pozostawienie ponadplanowego bagażu, który miał przecież pozostać w samochodzie. Ze względów antyterrorystycznych, bagaż można przechować w takich blaszanych skrzynkach bagażowych jedynie na 72 godziny. Tutaj pomaga nam wskazówka jednego z żołnierzy patrolujących teren lotniska. Rzeczywiście, idę na zwiady do pobliskiego Mariotta. Jako, że nocuję często w Mariocie w aktualnym projekcie przedstawiam się jako stały klient, który ma duże kłopoty bagażowe. Wyjaśniam sytuację z wypadkiem i po 10 minutach nasz bagaż jest już skrzętnie ulokowany w przechowalni hotelowej, a ja wracam do żony, ktora jest wciąż pod mocnym wrażeniem ostatnich 2 godzin.

Potem nadchodzą nasi współpodróżnicy i jest fajnie.

Ale to jeszcze nie koniec ciekawostek lub ingerewcji strony duchowej, chociaż tym razem sytuacja dotyczy całej naszej wycieczki.

W Paryżu wsiadamy do samolotu w kierunku Meksyku. Nagle bagaże zaczynają być sprawdzane powtórnie. Po godzinie wszyscy zostajemy wyproszeni z samolotu. Kątem oka zauważamy jak jeden brodaty pasażer zostaje odeskortowany w towarzystwie francuskiej policji. Wydaje się nam, że po raz kolejny jest za co dziękować Bogu, co Jan wyraźnie podkreśla.

Francuskim pilotom skończyły się godziny pracy i dlatego dzisiaj już samolot nie odleci (i pewnie potrzeba też dalszej kontroli samolotu), dostajemy wikt i hotel. Odlecimy nastepnego dnia.

Dlatego pierwsze dwa dni w sąsiędztwie cudownego obrazu Maryi z Guadalupe na meksykańskim ponczo, to dziękowanie za opiekę, a także zanoszenie intencji, z którymi przyjechaliśmy do Naszej Matki.

Ciąg dalszy może nastąpi, a może nie. Takie jest życie. Nie znamy ani dnia ani godziny.

31.01.2017

© Copyright 2010; Ogorek: Ktoś musi nieść sztandar. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Najprostsze jest najlepsze | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd