« Licencja

Kana, Kana i po Kanie

10.07.2018

Czyli sesja dla małżeństw od kuchni

No i wróciliśmy. 
Wygląda na to, że będziemy musieli odpocząć w pracy. 
Było wymagająco, pięknie i jak zwykle było pełno cudów.
Największą radością był piątkowy widok stada rodziców, spieszących po odbiór swoich dzieci. Wszystkie pary trzymały się za ręce. 
Kiedy jestem bardzo zmęczony, to wtedy trudniej mi opanować emocje. Musiałem się bardzo postarać aby się nie popłakać.
No i chyba nie na darmo sesja ta nazywa się Kana.
Coś tam musiało być upajającego w powietrzu, bo wyobraźcie sobie Państwo mnie śpiewającego do mikrofonu, piosenkę po hiszpańsku ( z mocnym, górnośląskim akcentem) wraz z naszą grupą podopiecznych!
Jak to piszę, to dalej nie wierzę własnym palcom.

Jeśli to kogoś nie przekona, że warto pojechać w przyszłym roku na Sesję dla małżeństw "Kana", to już chyba nic nie pomoże ;-)

...

A może rzucić tę informatykę i zostać piosenkarzem?

P.S. Wilczek wraz ze swoją Wybranką, zajmowali się dziećmi szkolnymi na wyjeździe. Nie żebym się chwalił, ale poszło im bardzo dobrze!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; Homo homini lupus est. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Zmierzch nad jeziorem | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd