Choroba dekolonizacji

dodane 06:09

19.10.2012

Właśnie wróciłem z targów książki. W jednej małej hali zebrały się najważniejsze wydawnictwa kraju. Cieszyłem się jak dziecko widząc książki, bo na co dzień w tzw. księgarniach można tylko kupić artykuły piśmiennicze. Niestety Boliwijczycy nie mają zwyczaju czytania książek. Zresztą oni sami mówią, że Europejczyka w Boliwii można poznać po tym, że czyta jakąś książkę. Na przykład w autobusach międzymiastowych jeśli spotkasz kogoś z książką w ręku, z pewnością nie będzie to Boliwijczyk.

Wracając do targów; dużą cześć wydawnictw zajmują książki chrześcijańskie. Drugie tyle zajmują wydawnictwa rządowe. Na jednych książkach znajduje się twarz Chrystusa, na innych powtarzają się portrety Marksa, Lenina, Che Guevary albo anonimowa twarz Indianina w andyjskiej czapce i z fujarką, który jest uosobieniem ludu.

Wątki myśli marksistowskiej i trockistowskiej nigdy tak naprawdę nie przestały inspirować boliwijskiej lewicy. Z tą tylko różnicą, że w pewnym momencie, w latach dziewięćdziesiątych XX-go w., marksizujący związkowcy zdali sobie sprawę, że klasyczna walka klas powinna zostać zastąpiona przez walkę o rządy Indian. I dziś ze zdziwieniem możemy odnaleźć w oficjalnych organach rządowych ślady najczystszego marksizmu ubranego w andyjskie poncho.  

Po pierwsze Indianie.

Historyczne zmarginalizowanie kultur indiańskich dzisiaj urosło w Boliwii do symbolu niemal grzechu pierworodnego. Całe zło świata, niesprawiedliwość, brak wykształcenia, zacofanie technologiczne i przemysłowe ludów Indiańskich zostało wpisane na konto rasizmu kolonizatorów i ich metyskich potomków. W drodze historycznego odwetu promuje się „indianizm” jako jedyna drogę rozwoju, jako jedyną tożsamość boliwijską, jako mityczne „my”, w imię którego jakiekolwiek „ja” kojarzy się z egoizmem, kolonializmem, a kto wie czy nawet nie z demonizmem. W Boliwii przygotowuje się obecnie powszechny spis ludności. Każdy Boliwijczyk będzie musiał określić się narodowościowo. Istnieje 36 oficjalnych narodowości autochtonicznych, do których należy ok. 60% społeczeństwa. Natomiast pozostałe 40 % to metysi, którzy nie identyfikują się z żadnym konkretnym narodem indiańskim. Ponadto 2% mieszkańców to Niemcy, wśród których nawiasem mówiąc, dokonują już żywota liczni żołnierze Wermachtu. Niestety spis ludności nie przewiduje rubryki dla metysów, a tym mniej dla Niemców. Jeśli ktoś nie należy do żadnego narodu autochtonicznego może jedynie wybrać przynależność narodową określoną przymiotnikiem „inna”. Senator rządzącej partii w wywiadzie prasowym stwierdza, że wprowadzenie rubryki z określeniem „metys” w spisie ludności miałoby znaczenie rasistowskie, w sensie że obrażałoby Indian. Zastanawiam się o co chodzi panu senatorowi. Jak pozbawienie prawa do tożsamości 40% mieszkańców można uznać za walkę z rasizmem? Przecież mamy tu ewidentny znak rasizmu w wykonaniu większości indiańskiej. Rozumiem, że rządowi zależy na tym, żeby udowodnić jak wielu jest Indian w Boliwii. Rozumiem, że rubryka „metys” mogłaby wydawać się atrakcyjna dla wielu Indian, którzy czują kompleks bycia Indianami. Więc według logiki rządu, lepiej nie stwarzać niebezpiecznych pokus dla Indian i nie dawać im nawet sposobności do flirtu z przynależnością metyską.   Boję się jednak, że razem z tym indiańskim triumfalizmem przyjdą później konkretne polityki dyskryminacyjne wobec metyskiej mniejszości. Zresztą inni politycy wyrażają się jeszcze bardziej dosadnie, to znaczy w duchu marksistowskim. Pewien minister w rządzie Evo Moralesa, indiańskiego prezydenta, na łamach tego samego organu rządowego, pisze: Tożsamość indiańska jest jądrem podmiotu historycznego w tej rewolucji. Inna tożsamość poza indiańską już nie jest brana pod uwagę. Podmiot indywidualny został zastąpiony przez enigmatyczny podmiot historyczny i bez wątpienia żyjemy w czasie rewolucji, a rewolucja rządzi się swoimi prawami, niekoniecznie prawami człowieka. Ten sam minister wyjaśnia dalej: Ta tożsamość nosi imię Paciamamy. Paciamama nie wskazuje horyzontu lecz jest horyzontem ludzkości. Nie ma nic poza Paciamamą. Paciamama jest wszędzie, w wodzie, która cię otacza, w gwiazdach, które na ciebie patrzą, w ogniu, który cię otula, w pokarmie, który cię żywi. Mamy tu do czynienia z prawdziwym wyznaniem wiary w Paciamamę – Matkę Ziemię w stylu modnych też na Zachodzie ideologii ekologistycznych. Jest to religia panteistyczna - Paciamama jest we wszystkim, religia z natury skłonna do mistycyzmu. Podobnie jak marksizm był nowa religią dla tłumów (zamiast starej religii, która była opium dla tłumów), tak samo nowy porządek polityczny w Boliwii poszukuje swojej twarzy religijnej. Za wszelką cenę próbuje się wskrzeszać indiańskie rytuały. Kult Matki Ziemi wpisuje się nawet w oficjalne ceremonie o charakterze państwowym. Próbuje się nadać tej religijności charakter uniwersalny, prawie że ponadreligijny, dlatego że każda religia partykularna, a szczególnie katolicyzm, według logiki dekolonizacji, nosi znamiona patriarchalizmu i kolonializmu.

Inną ciekawą operacją polityczno – ideologiczną jest wprowadzenie do nowej konstytucji Boliwii określenia demokracji wspólnotowej (democracia comunitaria). Dotykamy tu znanego postulatu władzy ludu. Demokracja wspólnotowa rozumie, że należy wybrać delegata, który w parlamencie, czy na konkretnym stanowisku będzie reprezentował interesy swojej grupy poparcia. Aż do tego miejsca wszystko wydaje się demokratyczne. Ale okazuje się, że delegat nie może zabierać głosu we własnym imieniu, nie może głosować według własnego przekonania, właściwie nie ma żadnej władzy. Dlaczego?  Dlatego, że lud nie przekazał swojej władzy np. panu posłowi, lecz jedynie upoważnił go do przedstawiania decyzji ludu na forum parlamentu. Można powiedzieć, że reprezentant nie reprezentuje sobą żadnej władzy. Prawdziwe decyzje polityczne zapadają na zebraniach obywateli. A więc delegat jest tylko marionetką, która zamiast własnego zdania ma przedstawiać decyzje ludu. W demokracji wspólnotowej, przeciwnie do tradycyjnej demokracji władza nie została przekazana panu posłowi, lecz została się z ludem. Ten system deklaratywnie chce walczyć z korupcją polityków, ale praktycznie, jeśli jest stosowany co do litery, paraliżuje cały proces podejmowania decyzji politycznych w kraju. Właściwie jest to taka przygrywka do dyktatury. Bo jeśli posłowie nie mają funkcji politycznej i tylko przedstawiają stanowisko mas, więc właściwie nie potrzeba ich zmieniać, nie muszą ponosić żadnej odpowiedzialności za swoje decyzje, za realizowane polityki. Ich znaczenie jest czysto techniczne; prawdziwa władza jest w masach, w ludzie. Czyli właściwie gdzie? Inne niebezpieczeństwo takiej postury politycznej wyłania się jako sterowana anarchia. Jeśli władzę ma lud, a nie ciało ustawodawcze w stylu parlamentu, więc również prawa państwowe stoją pod znakiem zapytania. Każde prawo okazuje się względne, bo ostatecznie władzę mają zorganizowane związki obywateli. Niestety  tego typu wynalazki polityczno-prawne nie są tylko hipotezą. Co raz częściej się słyszy o tym, że rada gminna albo związek zawodowy odebrał komuś ziemię bez żadnego prawa do odszkodowania, tylko pod pretekstem, że nie była uprawiana albo że była źle uprawiana albo zwyczajnie dlatego, że przyda się pod budowę szkoły, czy hali sportowej, co ostatnio jest wielką pasją rządzących. Może w tej dziedzinie nie powinniśmy się zbytnio dziwić. Kultura andyjska nie ma bowiem dużego doświadczenia z własnością prywatną. Tu ziemia zawsze należała do wspólnoty i prawo do uprawiania danego skrawka terenu nie oznaczało prawa do jego własności. Dzięki temu przynajmniej nie mają problemu z wykupem ziemi przez obcokrajowców, co jest plagą np. w Argentynie. Tutaj jeśli nie przyjdziesz na 3 spotkania wiejskiego syndykatu, możesz się już żegnać z tym, co wydawało Ci się, że posiadasz. A więc hasło demokracji wspólnotowej ukrywa zalążki dyktatury proletariatu, która pozostaje ponad wszelkim prawem państwowym. A jeśli ktoś próbuje odwołać się do sądu?... Ale jakiego sądu? Przecież na terenach wiejskich nie obowiązuje państwowy system sądowniczy. Tu króluje tzw. sprawiedliwość wspólnotowa (justicia comunitaria), gdzie wyroki wydaje ten sam proletariat zrzeszony w wiejski syndykat i sądzący według swojego koniunkturalnego poczucia sprawiedliwości.  

Inny wynalazek pseudodemokratyczny to tzw. demokracja partycypatywna albo międzykulturowa. Chodzi o przełamanie monopolu białych kołnierzyków na sprawowanie władzy w państwie. Praktyka pokazuje, że na stanowiska i do ciał politycznych typu parlamenty dostają się głównie osoby z wykształceniem, przygotowane merytorycznie, a czasami o zgrozo po studiach na zagranicznych uczelniach. Teraz już tak nie będzie. Jeśli w kraju 60% ludności to Indianie, więc także 60% stanowisk w świeżo znacjonalizowanych przedsiębiorstwach powinni zając Indianie. Ten proces nazywa się dekolonizacją demokracji. Z drugiej strony nadaje to polityce niesamowitego kolorytu. Z przyjemnością można patrzeć na ludowe stroje i kapelusze, z jakimi przychodzą Indianie na obrady parlamentu. Aż zazdrość bierze, że na przykład w Polsce premier nie występuje w jakimś kaszubskim surducie.

Dobry polityk dba o swój kapelusz

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 18.10.2019