Piątek Wielkiego Postu

dodane 05:24

02.03.2012

Piątkowy poranek nie zapowiadał  niczego nadzwyczajnego. Odgłos padającego deszczu kusił do odrobiny lenistwa. Sen, przyjaciel śmierci, nie chciał odejść nawet na myśl o obowiązkach. Poranną modlitwę przerwał dzwonek do drzwi. Dwoje zaniedbanych nieco ludzi: mężczyzna i kobieta mówią, że zmarło im dzieciątko przedwcześnie urodzone, w siódmym miesiącu ciąży. Zabrałem albę, stułę i książkę i poszedłem z rodzicami do ich domu. Towarzyszyła nam wataha psów, które chyba przyciąga wisząca w powietrzu żałoba. Szliśmy ulicą, na której miejskie ścieki wybijają ze studzienki, tworząc małą fontanienkę. Fekalia zalewają ulice, żółć zalewa mieszkańców. I tak jest już ponoć od lat.  Zza rogu wychodził właśnie mężczyzna, który kończył dopinać rozporek. Skoro ścieki i tak płyną ulicą, po co się krępować? Doszliśmy do dużego placu, gdzie dawniej zabijano zwierzęta. Dziś już tylko sprzedaje się tu mięso. Weszliśmy przez furtkę w długi korytarz ograniczony dwoma wysokimi budynkami. Zawsze mnie fascynuje jak ściśle się tu buduje domy. Niekiedy pokaźny wieżowiec zostaje zamknięty gdzieś na tyłach małej posesji, gdzie dochodzi się wąskim przejściem. Tu jeszcze nikt nie myśli o parkingach dla samochodów, ani o placach zabaw dla dzieci. Wąskie przejście doprowadziło nas do większego dziedzińca, gdzie kilkanaście rodzin wynajmuje pokoje. W jednym pokoju żyje niekiedy kilka osób. Mają tam kuchnię, sypialnię, bawialnię… łazienka wspólna dla podwórka. Ścieki wylewa się do kanaliku, który środkiem podwórka doprowadza je do studzienki. W głębi, pod niskim daszkiem stała mała trumienka, przykryta białą chustą i liście koki wokół. Odsłoniłem chustę, by zobaczyć główkę dziecka. Pierwszy raz widziałem siedmiomiesięczne dziecko, które właściwie dopiero za dwa miesiące powinno się urodzić. Wyglądało poważnie, tajemniczo. Jakie tajemnice skrywa w sobie ta śmierć. Czy poronienie było wypadkiem, czy działaniem zamierzonym? Uspokoiłem się, kiedy powiedzieli mi, że zmarło w szpitalu. Matka rzekomo się przewróciła i została wzięta do szpitala, gdzie niemowlak się urodził i zmarł. Przyzwyczaiłem się już do wątpienia w każde słowo. Może to tylko pobożne życzenie, może wersja, w którą chcieliby uwierzyć i sprawić, by inni też w nią wierzyli. Pomodliliśmy się za rodziców, za sąsiadów. Wszyscy wydawali się poruszeni. Powiedziałem, że niebawem do nich wrócę. Potem dowiedziałem się, tajemnicy poliszynela, że mieszkańcy tego podwóreczka są z zawodu złodziejami (rateros). To ten rodzaj złodziei, którzy doprowadzili swoją technikę pracy do perfekcji. A kiedy zabraknie perfekcji, skrupuły niekoniecznie zahamują ich przed dodaniem morderstwa do rabunku. Na swój sposób dobrze, że ich poznałem. Choć to pewnie i tak niczego nie gwarantuje.

Wracając zatrzymała mnie sąsiadka, która prowadzi pokaźną jadłodajnię. Zaprosiła mnie na coś do picia. Takich gestów serdeczności nie można odmawiać, nawet gdyby picie było ostatnią rzeczą, której się pragnie. Usiadłem przy stoliku. Dziwiło mnie, że mimo wczesnej pory, ludzie już jedli obiadowe potrawy. Cochabamba słynie ze swojego jedzenia. Podobno tu się je najlepiej ze wszystkich miast Boliwii. Ale często dobrze zjeść kojarzy się przede wszystkim z jedzeniem do syta i do przesytu. Smak jest drugorzędny, bo i tak wszystko się zaprawia ostrą yajua. Przeraziłem się, gdy kelnereczka podała mi cały talerz zupy z bogatą porcją mięsa. Tak, to są rzeczy, których nie można odmówić, ale też nie można ich jeść. Dla większości Europejczyków taka zdrowa porcja miejscowej flory bakteryjnej  przenoszonej brudnymi rękoma, w brudnych naczyniach może być brzemienna w skutkach. Przez salę przeszedł pies żebrak. Potem wszedł pan z gitarą i zaczął śpiewać. A drugi pan z naręczem płyt oferował szeroką gamę pirackiej muzyki folklorystycznej. Muzyka to najważniejsza gałąź sztuki. Restauracja i kultura. Przez chwilę poczułem się jak w dawnych czasach, kiedy zwykłem zatrzymywać się na kawę w alejach między Operą i Luwrem. Wzruszony klimatem, podjadłem troszeczkę i poprosiłem grzecznie o torebkę, żeby resztę wziąć na wynos. Pani wprawną ręką przelała zawartość do małej zielonej torebki. Zapakowała całość w większą czarną i zadowolona z gościny, wyprawiła mnie na drogę do plebani.

W domu czekała mnie potyczka z myszą, która ostatecznie poległa pod moim butem. Zabrałem się do książki z psychologii klinicznej. Zapisałem się bowiem na warsztaty z psychoterapii. Na nowo stałem się studentem. Policzyłem, że to już szósty uniwersytet na którym studiuję. Póki nie jestem starszy od wykładowców, jakoś to jeszcze uchodzi.

W południe wybrałem się do sklepu myśliwskiego kupić wiatrówkę. Sąsiad mówił, że umie przyrządzać gołąbki. A poza tym dzikie koty się rozzuchwaliły i pod moja nieobecność wchodzą do kuchni i podjadają moje śniadanie.

Kiedy przed dziesiątą wróciłem z wykładów, myślałem, że już będę mógł spokojnie odpocząć. Przygotowałem sobie yerba mate, skroiłem ostatnie mango i … zadzwonił telefon. Zmarła babcia dwójki katechistów. Kilka dni wcześniej byłem u niej z olejami. Pojechaliśmy więc do takiej niby kaplicy – kostnicy, gdzie rodzina i bliscy siedzą wokół zmarłego, przyjmują kondolencje, a kelnerki podają kawę, soki i cukierki. Podszedłem do trumny. To już drugi zmarły, którego żegnam dziś. Na twarzy ta sama powaga i tajemniczość, którą widziałem w dzieciątku. Czyżby śmierć miała swój wyraz nawet w urodzie? Zaproponowałem głucho siedzącym żałobnikom modlitwę za zmarłą Lourdes. Pokłoniłem się zmarłej i bliskim. Wróciłem do domu. Dopijam moją yerba i czekam północy, żeby już nie żegnać tego piątku snem, który, jak mówią poeci, jest bratem śmierci.

nd pn wt śr cz pt sb

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

Dzisiaj: 26.06.2019