...i z powrotem powrót.

dodane 03:33

13-14.02.2012

W Polsce nie chciało mi się ruszać dalej niż między Koluszkami i Łodzią. A tu nagle uświadamiam sobie, że jestem gdzieś nad brazylijskim wybrzeżem, zawieszony w locie jakieś 12 km ponad ziemią. Biorę do ręki International Herald Tribune – czyli międzynarodowy organ The New York Times’a. Gazetę podawali przy wejściu do samolotu. Donoszą o Tygodniu Mody w Nowym Yorku. Na największym zdjęciu, niewątpliwie najciekawsza modelka przedstawia kreację Alexandra Wanga. Nie ma wątpliwości, ta modelka to pewna Koluszkowianka. Teraz mogę się szczycić, że kiedyś grałem z nią w ping-ponga przed remizą strażacką.

Za oknem, poniżej samolotu chmury, pomarszczone jak kora mózgowa, gęsto pokrywają planetę; czy planeta myśli? Z ziemią łączy mnie tylko grawitacja. Nie! Nie tylko grawitacja mnie łączy z tą ziemią. Wszystko mnie z nią łączy, ale znowu jak w kalejdoskopie zmienią się moje relacje. Wracam do innego świata, jakby do innego życia.  

Pozornie nowi, choć przecież ci sami ludzie witają mnie na lotnisku. W Cochabambie z samolotu trzeba przejść na pieszo do budynku portu. Na tarasie widokowym, w strugach deszczu, katechiści krzyczą: Padre Adalberto (tak właśnie mnie tu nazywają). Nic nie usłyszałem. Potem krzyczą jeszcze mocniej: Polaco. Dopiero na to wezwanie podniosłem głowę i spod kaptura zobaczyłem rozentuzjazmowaną grupę katechetów.

W parafii czekało  jeszcze więcej osób, głównie młodych i przygotowane śniadanie. Od razu dostałem też zaproszenie na obiad na dziś i na jutro. Okazuje się więc, że ten nowy świat, odkryty przeze mnie przed rokiem jest już w pewnym sensie domem. Kiedy przyjeżdżałem po raz pierwszy, w sercu miałem tylko niepewność.

Wieczorem przyszła para katechistów. Wiedziałem, że darzą się nawzajem sympatią. Prowokacyjnie ich spytałem, czy już się zaręczyli. Chłopak w odpowiedzi spytał mnie, jak powinny wyglądać oświadczyny. Podzieliłem się skromnym doświadczeniem w tej materii. Kiedy mieliśmy się już rozstawać, chłopak poprosił jeszcze, żebym został chwilę czasu, wyjął z kieszeni pierścionek, poprosił dziewczynę o rękę. Ona przyjęła oświadczyny bez wahania. Chyba na nic piękniejszego w życiu nie czekała. A ja, choć nie dostałem pierścionka, cieszyłem się, że chcieli poczekać z oświadczynami do mojego powrotu. Może jakoś podskórnie czuli, że skoro ksiądz błogosławi małżeństwo, to niech też będzie przy zaręczynach. Może narzeczony chciał dodać powagi swoim słowom, co nie jest głupim tłumaczeniem, bo dawniej miał inną dziewczynę i mogło rodzić się podejrzenie, że jego serce jeszcze jest rozdwojone. Wreszcie pomyślałem też, w sposób mało chrześcijański, że może czegoś ode mnie oczekują. W Boliwii bardzo rozwinęła się instytucja społeczna sponsoringu. Nie jest to ten „sponsoring”, o którym w Polsce się mówi, że 20% studentek z niego korzysta w zamian za towarzyszenie swoim „dobroczyńcom”. Wiemy o co chodzi! Tutaj, w Boliwii, nie ma to podtekstu seksualnego. Po prostu jest to pewna forma zacieśniania więzi społecznych na wzór instytucji chrzestnego. Ktoś prosi cie, żebyś był świadkiem pewnego doniosłego wydarzenia w jego życiu, a ty z kolei spieszysz z pomocą, aby wspomóc materialną stronę przedsięwzięcia. I tak na przekład ktoś może zostać poproszony do bycia „chrzestnym” promocji na zakończenie szkoły. Przyjmując to wyróżnienie płaci za obiad dla wszystkich zebranych gości. Albo ktoś na przykład może być poproszonym do bycia „chrzestnym” tortu urodzinowego i rozumie się, że musi go kupić i jeszcze ma to sobie za wyróżnienie. Europejczykom wychowanym w kulturze indywidualizmu może się wydawać, że tego typu praktyki są niejakim nadużyciem czyjejś dobroci, nadużyciem relacji przyjaźni, czy relacji rodzinnych. Niemniej sądzę, że to pozwala stworzyć dobry klimat zaufania, wzajemnej pomocy tam, gdzie relacje społeczne przeniknięte są dużą zazdrością, gdzie różnice w statusie społecznym między bogatymi i biednymi są niewyobrażalnie większe niż w Europie.

Tym razem jednak narzeczony wcale nie chciał mnie uczynić „chrzestnym” od pierścionka. To by zresztą było niesmaczne, bo dawałoby mi pewne prawa wobec narzeczonej. Ale tego typu wydarzenie nie może się obejść bez jakiejś małej fiesty. Więc jako jedyny świadek postronny będę musiał przygotować mały poczęstunek z toastem. Zanim skończy się karnawał.

Wieczorem miałem jeszcze spotkanie z duszpasterstwem rodzin. W modlitwie spontanicznej dziękowali Bogu za powrót swojego proboszcza. Też się wzruszyłem ich modlitwą. Przyniosłem na koniec duża czekoladę. Niektórzy zjedli tylko trochę i resztę zapakowali w sreberko dla swoich dzieci w domu.

Tego samego dnia miała swoje spotkanie także wspólnota neokatechumenatu. Traktuję ich trochę jak własne dziecko, bo zrodzili się kiedy już byłem w parafii. Cieszyłem się, że nie zginęli, kiedy mnie nie było. Zachowują swoją pierwotną gorliwość, choć już nieco okrzepli w wierze i pozbawili się pewnych złudzeń typowych dla neofitów.

W grupie „Radość” kobiety mocno się trzymają swoich drutów i szydełek. Wypytały mnie o wszystko z typową sobie ciekawością, która graniczy ze wścibskością. Nie odrywały przy tym rąk ani oczu od swoich robótek. Nie powstrzymały się i naskarżyły na księdza, który mnie zastępował. Przyniosłem im bombonierkę „Merci”. Szefowa otworzyła, podzieliła równo po dwie czekoladki na głowę i podała każdej głowie jej przydział.

 

Niektórzy może się skarżyli, że tak długo nic nie pisałem. Wiernych czytelników, jeśli tacy są, przepraszam. W Polsce wszystko wydawało mi się zbyt oczywiste, żeby o tym pisać. Siarczysta zima nikogo nie dziwi. Kryzys gospodarczy – taka marketingowa proteza dla rządu, żeby nikt się go nie czepiał. Katastrofa smoleńska - jak walki I wojny światowej – wszyscy w swoich okopach - słusznie lub nie - demonizują wroga, a reszta społeczeństwa umiera z głodu prawdy. Grzechy księży zawsze te same, nie ma o czym pisać. Populizm w polityce, korupcja w gospodarce – gonimy Boliwię. Jeszcze najbardziej mnie zadziwiło jak powoli wykoleja się europejski dogmat demokracji. Odniosłem wrażenie, że demokracja autentycznie się przeżyła albo zdewaluowała na skutek braku wartości. Notoryczne kłamstwa polityków, Gospodarka oparta na manipulacji marketingowej albo finansowej. Etos wolnego dostępu do informacji już jawnie jest wyśmiewany – sprawa radia Maryja na multipleksie. W tym wszystkim śmierdzi obłuda. Bo tak naprawdę nie ma się absolutnie czym szczycić. Z wolnością Polska, którą odwiedziłem nie ma nic wspólnego. Mam wrażenie, że kiedy bieg rzeczy wymyka się spod kontroli, rząd, nie tylko polski, chce co raz bardziej ingerować w życie ludzi. Dochodzi jakby do przerostu prawa nad rzeczywistością. Prawo chce nawet kontrolować ilość wydalanego dwutlenku węgla, kontrolować wątpliwe naukowo ocieplenie klimatyczne. Co jeszcze wymyśli stara Europa, żeby nie oddać swojej kolonialnej dominacji? Niestety Europa traci nie tylko wolność, ale traci przede wszystkim nadzieję. A to najgorsza choroba, która może się przeradzać w obłęd. Dziś Grecy przeżywają katharsis. Muszą pozbyć się wielu iluzji. Oni na płaszczyźnie gospodarki, finansów. Ale cała Europa będzie musiała z czasem zadać sobie pytanie o swoją tożsamość, o rzeczy najważniejsze, oczyścić się z iluzji, spokornieć. To będą ciekawe czasy.

Póki co, ja cieszę się, że jestem w Boliwii, gdzie mogę obserwować tak endemiczne formy wolności, jak na przykład: nieskrępowane wysikanie się na ulicy, twarzą do ruchu miejskiego, przejeżdżanie na czerwonym świetle, kiedy skrzyżowanie jest wolne, czy wyrzucanie śmieci w jakim bądź miejscu. Osobiście korzystam tylko z drugiej z tych wolności.

Gdzie można odnaleźć Koluszkowianki!

nd pn wt śr cz pt sb

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

Dzisiaj: 26.06.2019