Coś się kończy! Co się zacznie?

dodane 14:57

 

01.12.2011

Zakończyłem rok akademicki. Odebrałem egzaminy od moich studentów. Większość z nich to klerycy rozmaitych seminariów i zgromadzeń zakonnych. Są ludzie z Boliwii, z Ekwadoru, z Argentyny, z Peru, z Kolumbii, z Paragwaju. Ta rozmaitość narodowa wynika z faktu, że wiele zgromadzeń zakonnych ma swoje domy formacyjne w Cochabambie i zbierają tam młodzież z połowy Ameryki. Każda narodowość ma też swoje cechy charakterystyczne. Na przykład Argentyńczycy i Paragwajczycy chodzą na wykład zawsze z termosem i z kubkiem napchanym hierba mate. Co chwilę dolewają wrzątku do ziół i powoli sączą wywar za pomocą żelaznej fifki. Peruwiańczycy są najbardziej podobni do Boliwijczyków. Spadkobiercy tej samej kultury inkaskiej i góralskiej, która rozpościera się razem z językiem keczua aż po Ekwador. Ponieważ są tak podobni, Boliwijczycy, dla odróżnienia, przypinają Peruwiańczykom łatkę złodziei i spryciaży. Dowcip mówi, że kiedyś ktoś widział jak pantera doganiała gazelę. Nagle pewien Peruwiańczyk dobiegł do pantery, wyprzedził ją i ukradł gazelę. Na szczęście Peruwiańczycy nie obrażają się na tego typu dowcipy. Ekwadorczycy słyną z zaskakujących imion. Ponoć jest taki, co na imię ma Fidel Castro. Ja na moich wykładach miałem chłopaka, który nosi imię Stalin, a drugi ma na imię Hitler. Na szczęście chłopcy w niczym nie przypominają nieszczęsnych dyktatorów. Chyba nie są też świadomi że noszą imiona zbrodniarzy. Może lepiej. Tylko ja nie mogłem uwierzyć, że uczę ekumenizmu Stalina i Hitlera. Kolumbijczyków poznaję po tym, że ich nie rozumiem. Mówią szybko, mają inną wymowę. Wydaje się, że posługują się innym językiem.

Chciałem oblać trzech nieuków, ale pani sekretarka przekonała mnie, że nie warto robić sobie kłopotów i przyjeżdżać na poprawki. Tym sposobem ona też ma mniej roboty.

Okazało się, że mój ból nerwu kulszowego, który sparaliżował mnie w ostatnim dniu wyprawy na rzeki, bierze się z przepukliny kręgosłupowej. Problem jest na tyle poważny, że muszę dać się operować. Między operacją w Boliwii i w Polsce, wybrałem opcję powrotu do kraju. Za pieniądze, które tu musiałbym wydać na zabieg, kupiłem bilet i cieszę się, że tym nieoczekiwanym zrządzeniem, znajdę się na Boże Narodzenie z moimi bliskimi. Biskup w Cochabambie postanowił zasponsorować mi połowę biletu.  W parafii powoli się żegnam ze wszystkimi, zamykam rachunki, ścigam dłużników i staram się przekonać ludzi, że mój wyjazd jest tylko tymczasowy. Niektórzy bowiem są przekonani, że już nie wrócę. Nie wiem, czy ta mała wiara wynika z ich kompleksu niższości, jakobym się już nimi znudził, czy może wydaje im się, że nie jestem stworzony do misji i źle się czuję w Boliwii. Generalnie jednak wszyscy proszą, żebym wrócił jak najszybciej. Tylko niektórzy katechiści zachowują milczące oczekiwanie, bo się im dobrałem do… skóry; wyrzucam złodziei i tych, co zdradzają zapędy pedofilskie. Jeden nawet zagroził mi sądem, jakobym zabraniając mu kontaktu z dziećmi, zszargał jego dobre imię. Ale ostatecznie to on sam rozgłasza wszystkim, z jakich motywów poprosiłem go, żeby nie brał udziału w katechezie. Jeszcze może się okazać, że wracając do Boliwii nie pójdę do parafii, tylko prosto do więzienia. Ale to są sprawy pomniejsze. 

nd pn wt śr cz pt sb

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

Dzisiaj: 26.06.2019