Dzień z życia pewnego misjonarza

dodane 03:58

 

09.11.2011

Dochodzi godzina piąta rano. Dzwoni budzik. Czas podnieść się do życia. Zaczyna się dzień, w którym ojciec Eryk – franciszkanin - najpierw musi pokonać 20 km małą ciężarówką z doczepioną łodzią, żeby dostać się nad rzekę, a następnie czeka go ponad 200 km spływu w dół tropiku boliwijskiego. O 5h30 w swoim kościółku w miejscowości Chipiriri, niedaleko od Villa Tunari odprawia mszę dla sióstr zakonnych. Chyba nikt poza siostrami nie wstanie o tej porze, żeby iść do kościoła. Po mszy szybkie śniadanie, które będzie musiało wystarczyć do późnego popołudnia i … w drogę. Przyczepa z łódka podskakuje na brukowanej ulicy. Na pace ciężarówki 300 litrów benzyny i 10 litrów wody na drogę. Benzyna w tym regionie to towar bardzo poszukiwany. Niektórzy twierdzą, że w Villa Tunari – podrzędnym miasteczku - dzienna sprzedaż benzyny równa się sprzedaży w milionowej Cochabambie. Policjanci na wjeździe w głąb tropikalnej selwy sprawdzają, czy nikt nie przewozi kanistrów z paliwem. Wiedzą, że benzyny nie używa się tylko do silników spalinowych, ale również do produkcji kokainy.

Franciszkanin dojeżdża do rzeki. Woduje łódkę, przerzuca beczki z paliwem, worki z darami dla ludzi, namiot potrzebny w razie konieczności nocowania na plaży, narzędzia, zapasowe śruby do silnika, a nawet zapasowy silnik. Odprowadza ciężarówkę do znajomego gospodarza i wyrusza w drogę. Popłynie w głąb parku narodowego Isibore Secure. Są to tereny, które konstytucyjnie należą do Indian z plemion Trinitarios i Yuracare. Na rzeki parku wstęp mają tylko miejscowi. Trzeba więc zabrać ze sobą wszystkie rzeczy niezbędne do przeżycia. Jeśli zepsuje się łódka, może sie okazać, że z nikąd nie będzie pomocy.

Poprzednia wyprawa, jakieś 3 tygodnie wcześniej, zakończyła się niepowodzeniem. Nawalił silnik, w którym zepsuło się chłodzenie. Eryk musiał wtedy wrócić do portu przy pomocy drugiego słabszego silnika, który owszem ratuje życie, ale nie pozwala zrealizować wyprawy. Rozczarowany dopiero po powrocie do domu dowiedział się, że śmigłowiec, który przelatywał nad jego głową był częścią policyjnej operacji przeciwko ukrytej w dżungli fabryce kokainy. W operacji zginął jeden policjant i jeden mafiozo, Kolumbijczyk. Dopiero kiedy usłyszał te wiadomości zdał sobie sprawę jak Opatrzność Boża go chroniła. Jego trasa miała przebiegać w sąsiedztwie terenów Santa Rosa, gdzie doszło do starcia z policją. Z 300 litrami paliwa na pokładzie, po pierwsze mógł być podejrzany o współpracę w produkcji kokainy, po drugie, jakaś kulka w strzelaninie mogła się zagubić czyniąc z jego łódki wielką świetlistą kulę.

Panie Boże, ale jaki jest Twój zamiar tym razem. Dlaczego silnik, po naprawie, znowu szwankuje, dlaczego znowu, kiedy wejdzie na wysokie obroty, urywa mu się chłodzenie? Po przejechaniu 10 km, próbując unieść motorówkę, zmieniając wielokrotnie śruby, zachęcając silnik do współpracy raz to dobrym słowem, a raz groźbą, zostawiając w zaroślach worki z potrzebnymi, ale nie koniecznymi rzeczami, kapłan wraca do portu. Teraz trzeba wyciągnąć silnik, zawieźć go do mechanika w sąsiedniej wiosce, zostawiając łódkę i resztę bagażu na pastwę dobrej i złej woli sąsiadów. Ale czy mechanik będzie w domu? Wątpliwe! Warsztat - kawałek dachu na drewnianych palach. Na grubych deskach wiszą silniki. Niektóre chyba już dawno wyzionęły ducha, bo przez dziurę w pokrywie wlatują i wylatują szerszenie. Pod nogami ziemia czarna i tłusta od wylanych olejów. Przynajmniej się nie kurzy. Ale po mechaniku został tylko ślad niedopitej coca-coli. Żona mechanika też nie wie, gdzie znajduje się jej mąż. Jakaś pogłoska twierdzi, że w sąsiedniej wiosce zabijają byka i że tam może być mechanik. Poszlaka wydaje się prawdopodobna. Więc franciszkanin zamiast spokojnie płynąć rzeką z różańcem w ręku, szuka po całym lewym dorzeczu Espritu Santo grupy mężczyzn, którzy zabijają byka. Okazuje się, że rzeczywiście w trybie natychmiastowym zwołano całą drużynę piłki nożnej z miejscowości Villa 14 de Septiembre na ubój byka, którego wygrali w rozrywkach. Zwierze miało doczekać Nowego Roku, ale jakiś niecierpliwy i pijany zawodnik zadźgał bydle nożem i trzeba było rozdzielić mięso między wszystkich graczy. Na szczęście ubój nie zakończył się pijaństwem i mechanik mógł przystąpić do naprawy. Po rozłożeniu silnika na części pierwsze okazało się, że pod głowicą jest drobna szczelina, przez którą powietrze z silnika przedostaje się do obiegu chłodzącego wody i odcina jej krążenie. Należało przeszlifować głowicę. W warunkach mniej niż harcerskich: papierem ściernym na szybie, która miała gwarantować poziom, Samuel – mechanik wyrównał powierzchnię głowicy. Ciekawostka; po hiszpańsku głowica silnika nazywa się „culata” – czyli – „tylnica”. Uszczelkę , którą teoretycznie powinno sie zmienić, przesmarował tylko jakimś amerykańskim preparatem, dla większej szczelności. Zmontowany na nowo silnik działał bez zarzutu. Na pociechę franciszkanin pomyślał sobie: tym razem Opatrzność Boża mi sprzyja. Podobnej naprawy w Europie chyba nikt by się nie podjął. Potrzeba sprzyja twórczości.

Jest już późno. O powrocie na rzekę nawet nie można marzyć. A więc trzeba spokojnie wrócić do domu, żeby następnego dnia spróbować na nowo smaku wyprawy. Wszystko w rękach Pana Jezusa. Człowiek zrobił już, co mógł, żeby wyprawa doszła do skutku i żeby wyspowiadać setkę młodzieży z plemienia Trinidad, którzy w dole rzeki mają internat i szkołę prowadzone przez siostry św. Wincentego a Paulo. 

Kolejne zmiany śruby nic nie przyniosły

 

W warsztacie jak w kościele, dzieją się cuda. Misjonarz musi znać dobrze oba miejsca

 

Próba silnika w beczce z wodą wydawała się obiecująca.

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 22.10.2019