Dzień zaduszny

dodane 21:13

 

02.11.2011

Wczoraj tak się dobrze bawiliśmy kosztem zmarłych albo lepiej powiedzieć ze zmarłymi, że dziś postanowiliśmy nie opuszczać ich towarzystwa. Pojechaliśmy na prowincję, zobaczyć jak wyglądają zwyczaje dnia zadusznego w miejscach, gdzie cywilizacja nie wyrządza szkody tradycyjnym formom przeżywania wiary i kontaktu ze zmarłymi. Zresztą wydaje się, że kultura andyjska nie tylko jest odporna na cywilizację współczesną. W przeszłości opierała się równie skutecznie ewangelizacyjnym próbom misjonarzy. O ile na nizinach plemiona indiańskie przyjmowały wiarę w czystej postaci, dyktowanej przez misjonarzy z Europy, w górach religia ulegała synkretyzmowi. Trudne warunki życia, lęk przed żywiołami, przed suszą, czy przed deszczem uczył Indian wyżynnych wręcz intymnej bliskości z siłami natury, które w ich oczach są siłami boskimi. Najbardziej znana jest Matka ziemia – Paciamama. Poza tym każda góra ma swojego ducha – „aciacija”. Duchy wielkich gór sześciotysięcznych można przyzywać z każdego miejsca, gdzie góra jest widoczna, czyli niekiedy z odległości setek kilometrów.  Najbardziej chyba charakterystyczną cechą pobożności indiańskiej jest strach. Surowe życie w górach nauczyło ludzi, że zagrożenie może przyjść z każdej strony, w najmniej oczekiwanym momencie. Dlatego przed wpływami sił zła trzeba się zabezpieczyć przez modlitwę do sił dobra, do Boga, ale także przez zapobiegawczą ofiarę dla samych sił zła, żeby nie wyrządzały krzywdy. Ta ambiwalencja religijna jest widoczna na każdym kroku. Górnicy schodząc do kopalni, dają ofiary z koki, alkoholu i papierosów dla władcy podziemi – diabła nazywanego „Tío” – wujkiem. Sama mentalność Indian nacechowana jest strachem…, a może zwykłą interesownością i przebiegłością. Indianie i generalnie Boliwijczycy nigdy się nie sprzeciwiają przełożonemu, nigdy nie mówią „nie”. Zawsze przytakują, choć naturalnie myślą swoje. Tym sposobem wszechobecne jest kłamstwo. Kłamstwo jest bardzo tanie, wszyscy kłamią, nawet ja się już nauczyłem. Dwulicowość, trzylicowość jest naturalnym sposobem życia.  Niektórzy twierdzą, że tę nieszczerość w relacjach międzyludzkich, szczególnie w relacjach z przełożonym, Boliwijczycy odziedziczyli z czasów kolonialnych, że jest wynikiem dostosowania się do warunków narzuconych przez kolonizatorów. Ja myślę, że zjawisko ma podłoże przede wszystkim religijne, że wynika z religijnej tendencji do grania na dwóch rejestrach: dobra i zła. Jest to ta sama zdolność, którą można zaobserwować w tańcach folklorystycznych, w „diabladzie”, gdzie diabły tańczą pod dyktando Michała Archanioła.

Wracam już do święta zmarłych. Pojechaliśmy na prowincję, na cmentarz Tíataco koło Tarata. Zaprosiła nas tam pewna kobieta, wdowa z trójką dzieci, którą niedawno ochrzciłem i lada dzień przyjmie bierzmowanie. Przed wejściem do cmentarza prawdziwa stołówka. Ludzie siedzą w kręgach rodzin i bliskich i jedzą posiłek przygotowany przez rodzinę zmarłego w minionym roku. Taka jest tradycja. U kogo w domu była śmierć w minionym roku, w dzień zaduszny musi dać jeść wszystkim bliskim i sąsiadom. Dać jeść i pić. Piwo podawane w butelkach i „cicia”, którą się nabiera skorupką kokosa „tutuma” prosto z wiaderka, nie mogą się wyczerpać. W tej kulturze każde święto jest doświadczeniem nieskończoności. Nie może zabraknąć alkoholu i jedzenia. Piją kobiety na równi z mężczyznami.

Wchodzimy na cmentarz, gdzie jest wesoło i gwarnie. Dzieci bawią się biegając między grobami, dorośli częstują się „cicią”. Kobiety karmią dzieci pełna i goła piersią. Orkiestry dęte idą od grobu do grobu wygrywając pieśni, które zmarły lubił najbardziej, zgarniając przy tym lepsze kąski jedzenia, które pozostały. Dzieciaki odmawiają swoje modlitwy tam, gdzie zostały jeszcze jakieś owoce albo słodycze.  Wyjąłem stułę z torby, podszedłem do grobowca, gdzie stało kilka wiaderek z „cicią” i zacząłem modlitwę, do której włączyli się towarzyszący mi katechiści. Zaprosili nas do wypicia, a potem poczęstowali obiadem.

Kiedy myślałem, że dzień atrakcji już się kończy. Ktoś zaprosił nas jeszcze do swojego domu na obchody końca żałoby, na rok po śmierci. Pojechaliśmy do sąsiedniej wioski, do ostatniej chałupy przy polnej drodze dumnie nazwanej „Avenida Santa Cruz”. Na wybetonowanym podwórku pod ścianami zabudowań siedzieli ludzie, głównie starsze osoby ubrane w ciemnych kolorach. Wyglądało jakby na coś czekali. Nikt się nie przejmował żeby zagaić rozmowę, nie byli skupieni na swoim towarzystwie. Nie było stołu, który by wszystkich jednoczył. Jedyne co mieli wspólne, to plastikowe wiaderka z „cicią”, które stały na ziemi rozmieszczone w odległości kilku osób jedno od drugiego. We wiaderku pływała „tutuma”, którą od czasu do czasu ktoś napełniał, podnosił i podawał drugiej osobie, zapraszając ją jednocześnie do wypicia. Moi katecheci byli wniebowzięci, z trudem skrywali brak umiarkowania. „Cicia” z tym okolic słynie jako najlepsza w kraju. Produkuje się ją z kukurydzy, którą najpierw trzeba przeżuć, nasączyć śliną, a następnie zostawić do fermentacji. Ponieważ do przeżuwania potrzeba zdrowych i silnych zębów dorośli, którzy na ogół już nie mają tego dobytku, wykorzystują pomoc dzieci. A szczęśliwe dzieci mogą sobie trochę zarobić ruszając tylko żuchwą. W sumie jest to podobne do zarobku, który u nas mają dzieci zbierając grzyby, czy jagody.

Fiesta zaczęła się trochę rozkręcać, kiedy orkiestra zaprosiła najbliższą rodzinę zmarłego na środek podwórka. Zaczął się ryt porzucania żałoby. Braci, siostry i żonę zmarłego polali wodą. Mokre czarne ubrania musieli zdjąć, żeby założyć nowe kolorowe. A całą garderobę żałobną posłano na dach domu, używając jako wyrzutni „aguayo”, czyli czegoś w rodzaju kolorowego prześcieradła. Żałoba zrzucona, goście zaczęli podchodzić z uściskami do rodziny zmarłego. Każdy dawał małą sumę pieniędzy, jakby na pokrycie kosztów święta. A odchodząc dostawał litrową butelkę piwa z plastikową szklanką. Rodzina zmarłego posypywała głowy winszujących im gości garściami drobnych papierków; takich jak z dziurkacza. Zaczęły się tańce; obowiązkowa „kueka”. Najpierw tańczyła tylko rodzina zmarłego, potem wszyscy zaproszeni. W miarę jak robiło się ciemno, podwórko zapełniało się parami tańczącymi w jednej linii. Choć taniec odbywa się w parze, ma jednak znaczenie wspólnotowe. Nikt nie tańczy sam dla siebie. Żadna para nie jest oddzielnym światem, wszyscy tworzą całość.

Kiedy wychodziliśmy o siódmej wieczorem zamykali bramę domu. Podobno od tego momentu nikt nie może już wejść, ani wyjść ze święta aż do rana. W ostatniej chwili przyjechał jeszcze gość żółtym Hammerem. W Polsce nigdy nie widziałem tak drogich samochodów, jak tutaj. Wytłumaczono mi, że połowa wioski pracuje w Stanach Zjednoczonych, ale na zabawę przyjeżdżają do Boliwii. 

Nad grobem unosi sie samolot, którym zmarły ma szybko dostać się do nieba.

 

Wokół wiaderka z "cicią" zawsze jest mokro. Przed wypiciem należy ulać trochę na ziemię, dla Paciamamy.

 

Do serdecznych uścisków dołączamy butelkę piwa "Taquinia".

 

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 18.10.2019