Wybor-owo

dodane 03:42

 

16.10.2011

Dziś w Boliwii mamy wybory. Nie są to wybory ani prezydenckie, ani parlamentarne, ani samorządowe, do których przywykliśmy w Europie. Chyba pierwszy raz na świecie ktoś wpadł na pomysł, żeby zrobić wybory na sędziów do najważniejszych instytucji sądowych w kraju. W tej dziedzinie Boliwia powinna dostać medal za innowacyjność tak popieraną w Unii Europejskiej. Oczywiście wybory do władz sądowniczych są w sprzeczności ze słownikową definicją demokracji, gdzie sądy powinny być niezależne politycznie. Ale w Boliwii jest inaczej. Prezydent stwierdził, że nie można przeprowadzić skutecznie planu przemiany kraju, zostawiając zbyt dużo wolności sędziom. Już wcześniej miał kłopoty z nieuległymi prawnikami, który nie chcieli skazywać wrogów politycznych prezydenta za domniemaną korupcję. Zresztą problem Boliwii nie polega na tym, że jest korupcja. Problem leży w tym, że nie ma nikogo wolnego od korupcji. Więc skazać za korupcję jest stosunkowo łatwo. Ludzie władzy decydują komu dziś wytoczyć proces, a komu dać jeszcze szansę na nawrócenie się od opozycji do poprawności politycznej. Dla ułatwienia czystek politycznych już dawniej wprowadzono przepis, że każdy oskarżony tylko o korupcję, zanim zapadnie jakikolwiek wyrok, zostaje pozbawiony swojej funkcji, nawet jeśli został wybrany w wyborach na burmistrza, czy prezydenta miasta.

Zaplanować wybory do władz sądowniczych, kiedy ma się przytłaczające poparcie społeczne nie jest niczym trudnym. Sprawa się komplikuje i wymaga szczególnej wirtuozerii politycznej, kiedy poparcie maleje, jak to jest w przypadku rządzącego obozu. Niestety wirtuozeria polityczna prezydenta jest robiona młotkiem. Kandydatów na sędziów wybierała specjalna komisja (spec-komisja). Każdy kandydat, razem ze swoim dorobkiem zawodowym, intelektualnym musiał podać swoją przynależność polityczną. W rezultacie komisja przyjęła jednych, odrzuciła innych według , domyślam się, dosyć arbitralnych kryteriów. Kandydaci nie mogli robić żadnej kampanii wyborczej. Nie mogli brać udziału w żadnych debatach telewizyjnych, radiowych, publikować swoich artykułów w prasie. Wszystko to, oczywiście, w trosce o demokrację. Dlatego że agitując na swoją korzyść wywiera się presję na wyborcach, ukierunkowuje się ich myślenie, ich preferencje i zaburza się apolityczność, która powinna cechować sędziów. A więc jakim kryterium kierować się przy wyborach; uśmiechem na zdjęciu, kolorem pącza, formą kapelusza… Do wiadomości podano tylko ogólny życiorys zawodowy przyszłych sędziów.

Dziś ogłoszono wstępne wyniki głosowania. Rząd, który liczył na 70% poparcia swoich kandydatów dziwi się, że 60% głosów to głosy nieważne albo puste. Ludzie okazali się mądrzejsi od demokracji sterowanej i w ogólnym zdezorientowaniu zagłosowali zgodnie ze swoim sumieniem. Ale tam, gdzie powstaje chaos korzysta tylko ten, który ma władzę. Ostatecznie ordynacja wyborcza jest tak skonstruowana, że głosy puste dodają się do głosów większości, a więc do głosów linii prezydenckiej. A nawet karty do głosowania tych, co nie głosowali też są liczone jako poparcie dla silniejszego. Że też u nas jeszcze na to nie wpadli. Już nigdy by nie było problemy z budowaniem koalicji, a i frekwencja wyborcza by podskoczyła.

Wybory w Boliwii mają też swój folklor. W dniu wyborczym zamiera cały kraj. Nie ma pojazdów na ulicach, nie ma autobusów między miastami. Tylko samoloty mogą latać. W mieście króluje policja, która dumnie się przemieszcza swoimi pojazdami, jedynymi uprawnionymi do ruchu. Trochę taki mały stan wojenny. Rzekomo jest  to podyktowane tym, by nie dochodziło do oszustw. Żeby nie przemieszczać ludności na głosowanie do innych punktów wyborczych. Nie każdy w Boliwii ma dowód osobisty, żeby się wylegitymować i potwierdzić tożsamość w punkcie wyborczym. Często ludzie są niepiśmienni i zostawiają tylko odcisk palca jako podpis. Jedynym zabezpieczeniem przed podwójnym głosowaniem jest stempelek, który wyborca dostaje na rękę. Mówią, że tym razem stempelek bardzo łatwo się zmywał.  W dniu wyborów nie można też organizować zebrań publicznych. Prawdopodobnie aby uniknąć agitacji politycznej. Boliwijczycy są bardzo emocjonalni, mogliby łatwo ulec presji chwili, ładnej przemowie i zagłosować „pod naciskiem”. Niektórzy przychodzili do parafii z pytaniem, czy będziemy odprawiać msze w niedzielę wyborczą. Msza praktycznie jest zebraniem publicznym. Ale inni mnie uspokajali, że na msze jest pozwolenie. Ciekawe do kiedy…? Ludzie jednak wydają się nie przejmować tymi środkami ostrożności, które ograniczają ich wolność. W końcu mamy jeszcze jeden dzień pieszego. Można wyjść z rodziną na rower, zjeść obiad na środku ulubionej ulicy w mieście przynosząc swoje krzesła kampingowe i stolik. Siłą rzeczy nie pracuje żadna fabryka, bo ludzie nie mogą dojechać do pracy. Tylko handlowcy nie tracą nadziei i wychodzą ze swoimi kramami przed ośrodki wyborcze. A głosować, głosują chyba wszyscy. Bynajmniej nie z poczucia patriotycznego obowiązku. Jeśli ktoś nie ma stempelka z głosowania, może spodziewać się kłopotów: w banku, w przeciągu 3 najbliższych miesięcy nie dokona żadnej operacji, w urzędach nie załatwi żadnej sprawy formalnej, nawet nie pojeździ sobie po kraju, bo bez stempelka z wyborów wysadzą go z autobusu na pierwszej „trance”, czyli miejscu opłat, które znajdują się średnio co 50 km. To jest prawdziwe wychowanie obywatelskie!

W Boliwii sprawiedliwośc zawsze jest po jednej stronie.

 

Choć można jeszcze liczyć na "sprawiedliwość boską", która niestety kojarzy się bardziej z Che Guevarą, niż z Jezusem.

nd pn wt śr cz pt sb

29

30

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

Dzisiaj: 22.10.2019