...jest już za późno, nie jest za późno...

dodane 19:15

 

04.09.2011

Jest taki moment w życiu misjonarza, kiedy zdaje sobie sprawę, że jest juz za późno.  Za późno, żeby wracać do kraju. Tak wielu misjonarzy mi mówi: „ja w Polsce już się nie odnajdę”. Za późno, żeby powiedzieć: ja się wycofuję, wracam do mojego świata, do moich zwyczajów, kultur, nawyków, do moich przyjaciół, a nawet do moich przywar, które na jakiś czas, dla ciekawości dla świata, zawiesiłem. Nie jestem jeszcze w tej krainie, z której nie ma już powrotu, ale czuję, że zbliża się coś dziwnego. To jest trochę jak zakochanie. Po raz pierwszy myślisz, że zostać tu nie jest kompletną herezją. Po raz pierwszy szukasz paszportu i kiedy nie możesz znaleźć, mówisz sobie, że to i tak bez znaczenia. Po raz pierwszy rozumiesz, że żeby głosić Ewangelię, musisz przyjąć kulturę słuchaczy, stać się jednym z nich, zamknąć sobie ścieżkę powrotu, wejść w ich dramaty życia i zrozumieć, że jak Chrystus musisz zostawić swoje życie na ziemi i nie wzdychać do nieba. Czuję, że zbliża się taki moment, kiedy ta znajomość nawiązana niewinnie, trochę jak wyzwanie rzucone Bogu, musi dojść do momentu decyzji, jakby do narzeczeństwa: chcesz być ze mną czy nie. Zakochany nie jest już panem swojego losu. Idzie, gdzie go poprowadzą i sam się dziwi swoim krokom. Czy ja się zakochałem?

Ostatnio moje myśli i wysiłki były skupione na przygotowaniu odpustu parafialnego. Wspomnienie świętego Piusa X już dawno minęło, ale z powodu nawału innych świąt, nasze obchody przesunęły się na początek września. Już na początku mojej pracy ludzie wspominali, że dopiero po odpuście będę znał prawdziwe oblicze parafii. Mieli rację ci, co czekali na moje zdziwienie, co z dumą mówili: niech ksiądz poczeka do święta. Przyglądałem się wszystkim przygotowaniom trochę jak widz. Każdy znał już swoje zadanie, pojawili się nowi ludzie, którzy, zdaje się, całą swoja pobożność okazują w przygotowaniu rocznicy parafii, bo w inne dni w kościele ich nie widać. W piątek 2 września mieliśmy uroczystą mszę świętą, na którą zaprosiłem, polskim zwyczajem, księży z dekanatu. Było nas sześciu przy ołtarzu. Ludzie komentowali, że proboszcz musi być ważny, bo tylu księży jeszcze nigdy nie było na naszym odpuście. W takich momentach dziękuję za dobre wychowanie, jakie otrzymałem od mojego dobrego księdza proboszcza z Koluszek i za jego troskę o księży z dekanatu. Natomiast w sobotę w nocy mieliśmy nasz festyn. To, co organizowałem w Koluszkach to zaledwie cień festynu parafii Piusa X. Od 7 wieczorem do 1 w nocy na placu przed kościołem, na dwóch scenach grała muzyka, był taniec i rzadki w Boliwii kabaret polityczny. Grupy parafialne sprzedawały jedzenie i picie. Katechiści zorganizowali dla młodzieży fikcyjne małżeństwa. Za 15 boliwianów małżeństwo z kapeluszem, welonem i lampką szampana. Nastolatkowie wyznawali sobie przyjaźń przed katechistą, który z nienaganną powagą przyjmował śluby i pozwalał młodym wejść, trochę na serio, trochę na żarty, w tajemnicę małżeństwa. Jedyne co wzbudza wątpliwości proboszcza, to że niektóre z tych par, po „zaślubinach”, konsumowały w pocałunkach swoją przysięgę w ciemniejszych kątach parafialnego podwórka. Dla uspokojenia sumienia dodam, że i tak zlikwidowałem wielce dochodową praktykę wróżb i przepowiadania przyszłości, która pod nazwą „cyganeczki” i pod pozorem zabawy funkcjonowała w poprzednich latach. A jak donoszą parafialne opowieści, w jeszcze dawniejszych latach można było kupić pocałunek co bardziej odważniejszych katechetek. Później zwyczaj zniesiono jako wątpliwy moralnie. A ja się cieszę, że nie musze już rozstrzygać powyższej kwestii, bo dla pełnego rozeznania tematu musiałbym zakupić sobie komplet pocałunków od wszystkich katechetek. I nie wyobrażam sobie, co by się działo, gdybym po pierwszym pocałunku nie potrafił rozwiać moich wątpliwości.

Jednym słowem odpust parafialny okazał się wielkim sukcesem i dodatkowo przyniósł parafii pewne zyski.

Nazajutrz , w niedzielę, mieliśmy znowu dzień pieszego. Po raz pierwszy w całym kraju wyłączono silniki spalinowe. Piesi i kolarze opanowali ulice. Muzykanci opanowali parki, kucharki opanowały skwery, oferując przechodniom wszystkie przysmaki kuchni kociabambińskiej, np.: grillowane serce krowy (anticucho), wieprzowina wypieczona w oleju (chicharón).

Katechiści wyciągnęli mnie na basen i na saunę. Pierwszy raz w Boliwii byłem na saunie; suchej i parowej. Ciekawe doświadczenie. Więcej pruderii niż w Austrii, czy w Skandynawii. W saunie suchej towarzysze nacierali się solą. Ponoć to przyspiesza pocenie. 

Panie z grupy "Radość" lepią placki, które się je, popijając "api" czyli napój ze sfermentowanej kukurydzy

 

Zaślubiny przyjaźni dla nastolatków

 

W dzień pieszego  także parafia otworzyła swoją restaurację na uliicy

 

nd pn wt śr cz pt sb

26

27

28

29

30

31

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

1

2

3

4

5

6

Dzisiaj: 26.06.2019