Archiwum dla miesiąca: Listopad 2012

Dzień dzisiejszy

Gromadzę codzienne doświadczenia, czasem bardzo drobne zdarzenia, i widzę, jak bardzo wszystko to, co się dzieje, ma swoje odzwierciedlenie w Piśmie Świętym.

Biblia czyta moje życie, a ja - podejmując refleksję nad swoim życiem - jednocześnie podejmuję refleksję nad Biblią.

Ja czytam Słowo Boże, a Ono czyta mnie.

 

Mt 22,2-5: "Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: "Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę: woły i tuczne zwierzęta pobite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!" Lecz oni zlekceważyli to i poszli: jeden na swoje pole, drugi do swego kupiectwa"

 

Łatwiej się żyje, bo w Piśmie Świętym jest podpowiedź, co zrobić, jak postąpić, co powiedzieć, jak działać.

27.11.2012

W ręce Twoje, Panie, powierzam ducha mojego...

 

W ręce Twoje, Panie, powierzam ducha mojego

 

"IN MANUS TUAS commendo spiritum meum... W ręce, które przełamały i ożywiły chleb, które błogosławiły i tuliły małe dzieci, które zostały przebite; w te ręce, które są takie, jak nasze, co do których nigdy nie można przewidzieć, czy zniszczą, czy uleczą trzymany przez siebie przedmiot, ale co do których jesteśmy pewni, że ich kaprysy są pełne dobroci i że będą nas ściskać coraz zazdrośniej; w łagodne i potężne ręce, które docierają aż do rdzenia duszy, które kształtują i stwarzają; w te ręce, przez które przechodzi tyle miłości, warto zawierzyć swoją duszę, zwłaszcza kiedy cierpimy lub doznajemy lęku. A gdy tak czynimy, jest w tym wielkie szczęście i wielka zasługa."

Pierre Teilhard de Chardin, Hymne de l'univers, Seuil 1951, s. 144-145

 

Jezus bez wahania uznał wolę swego Ojca w złej woli Żydów i Piłata. Idąc ze Jego przykładem, mamy oddawać cześć tajemniczej woli Ojca, ujawniającej się w ciężkich próbach, których nie udaje się nam uniknąć.

 

Pogodę, z jaką święci przyjmują wydarzenia sprzeczne z ich pragnieniami, można wyjaśnić ich niewzruszoną wiarą. Święci całkowicie przylgnęli do nauki zawartej w świętych księgach: skoro stale jesteśmy w ręku Boga, to nic na świecie nie dzieje się bez Jego przyzwolenia; Jego Opatrzność jest nieomylna.

(… )

 

Św. Augustyn zauważa, że kiedy święty mąż Hiob traci swe dzieci, dobra i zdrowie, nie mówi: „Pan mi dał, a szatan odebrał”, ale – będąc człowiekiem światłym – stwierdza: „Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” (Hi 1,21)

 

Nie trzeba dodawać, że Bóg nie jest sprawcą grzechów popełnianych na całym świecie wbrew Jego woli. Nie jest On też sprawcą policzka, który niesprawiedliwie otrzymujemy. Nie będąc sprawcą przewrotnej intencji, która kieruje ruchem ramienia, jest sprawcą samego ruchu, bowiem człowiek, tak jak każde inne stworzenie, sam z siebie nie ma istnienia ani ruchu; ma je od Boga, który działa w nim i przez niego. „W Nim bowiem żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” - mówi św. Paweł (Dz 17,28). „Wszystkie złe uczynki – konkluduje J.-B. De Saint Jure – należy przypisywać Bogu i człowiekowi jako uczynki, a wyłącznie woli człowieka jako błędne; zepsucie może bowiem wypływać tylko z zanieczyszczonego, a nie z czystego źródła”.

 

(… )

 

Wielu ludzi nie umie niestety uznać, że wola Ojca zawsze jest doskonała. „[Człowiek] woli mojej nie rozumie i osądza ją źle, jeśli nie doznaje jakiejś pomyślności, przyjemności lub cechy światowej. Gdy zniknie ta pomyślność, dzięki której jedynie kochał Mnie i pokładał we Mnie nadzieję, zdaje mu się, że opatrzność moja nic dla niego nie czyni i że nie otrzymuje on nic od mej dobroci; mniema, że wszystkiego mu brak i wszystko go opuściło. Zaślepiony własną namiętnością, nie widzi bogactwa, które tkwi w cierpieniu, ani owocu prawdziwej cierpliwości.” (cytat: św. Katarzyna ze Sieny, Dialog o Bożej Opatrzności czyli księga Boskiej nauki)

 

W Piśmie Świętym jest jeszcze inny tekst, który chrześcijanie zawsze chętnie rozważali, aby umacniać swoją wiarę w troskę Ojca o każde z Jego dzieci. Jest to fragment z Listu do Rzymian, w którym Apostoł stwierdza, że Bóg „z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra” (8,28).

 

Oto komentarz ojca Jean – Pierra de Caussade (XVIII w.) do tych słów: „Ponieważ wiemy, że działanie Boga obejmuje wszystko, kieruje wszystkim, sprawia wszystko oprócz grzechu, obowiązkiem wiary jest oddawać cześć temu działaniu we wszystkim, miłować je i przyjmować z otwartymi ramionami; wychodzić mu naprzeciw z radością i ufnością, we wszystkim wykraczając ponadto, co pozorne […]. Żyć wiarą znaczy zatem żyć radością, bezpieczeństwem, pewnością, ufnością we wszystkim, co w danej chwili trzeba uczynić i wycierpieć z Bożego nakazu. Każda tajemnica, jaka pojawia się w tym prowadzeniu przez Boga, ma ożywiać i podtrzymywać życie wiarą w to, że to Bóg popycha duszę i pociąga ją w burzliwe fale tak wielu cierpień, niepokojów, kłopotów, tęsknot, nagłych załamań; trzeba bowiem wiary, aby w tym wszystkim znaleźć Boga […]. Wiara przebija się przez to wszystko i opiera się na ręku Boga, który daje jej życie.” (cytat: o. Jean – Pierre de Caussade, L'Abandon à la Providence divine, DDB)

 

Opierając się na Piśmie Świętym i na komentarzach, jakimi opatrują je święci, możemy więc stwierdzić, że przypadek jest tylko pozorem, zasłoną, za którą kryje się opatrzność Stwórcy.

 

Boże, Twoja Opatrzność nigdy się nie myli w swoich zrządzeniach, pokornie Cię błagamy, abyś oddalił od nas wszystko, co nam szkodzi, i udzielił wszystkiego, co służy naszemu dobru (kolekta z IX niedzieli).

 

ks. Pierre Descouvemont, „Ręce Jezusa”

19.11.2012

Mk 13,24-32

 

„Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą.”

 

Przyjście Jezusa oznacza definitywny koniec tego wszystkiego, co jest mi znajome, co w sobie oswoiłam, czym żyję i w czym się poruszam.

 

To wszystko ulegnie całkowitej zmianie – jak gąsienica, która zmienia się w motyla.

Moje obecne życie jest taką gąsienicą. Życie przyszłe będzie zupełnie inne – tak odmienne, jak motyl od gąsienicy.

 

Przyjście Jezusa całkowicie zakończy to życie, które znam tu na ziemi.

 

Jezus dokona tego niespodziewanie.

Będą wprawdzie różne znaki, ale trzeba umieć je dostrzec i właściwie odczytać. Trzeba je dobrze zrozumieć.

 

Jestem przywiązana do swoich planów, nawet tych najdrobniejszych.

 

Dają mi one poczucie bezpieczeństwa i panowania nad sytuacją. Gdy dzieje się coś niespodziewanego, co niweczy moje plany, co zmusza mnie do ich zmiany, bardzo często pierwszym odruchem jest irytacja i złość, skierowana przeciwko przyczynie tych zmian.

 

Jak więc przyjmę przyjście Jezusa, który zmieni mi w ten sposób wszystko i to w sposób, któremu w żaden sposób nie będę mogła zaradzić, bo skończy się już czas mojego panowania nad moim życiem?

 

Im bardziej teraz wszystko, co mnie dotyczy, oddaję w Jego ręce (tzn. Jemu pozwalam decydować, co będzie się działo z moimi planami), tym mniej będzie przerażać mnie obraz Jego przyjścia.

 

Jezus przyjdzie, ale też przychodzi – tu o teraz.

To coś innego, niż: „ja odchodzę, umrę”.

 

Czasem, gdy było mi strasznie źle na ziemi, myślałam o własnej śmierci. Ale te myśli dotyczyły tylko mojego odejścia z tej ziemi, tego, kto będzie płakał, i co zrobią ci, którzy tu pozostaną.

 

Nie myślałam w kontekście, że moje odejście, śmierć oznacza także spotkanie z Jezusem.

 

Co Mu powiem, gdy Go zobaczę? Co Mu dam?

 

Dostałam od Niego mnóstwo talentów, gdy się urodziłam – jak każdy człowiek.

One wszystkie dane są mi w jednym celu – bym pracowała dla Królestwa Bożego. A konkretnie oznacza to wprowadzanie dobra, miłości, radości tam, gdzie jestem.

To jest moje powołanie.

 

Niestety, nie zawsze byłam i jestem dobrym pracownikiem, dobrym sługą.

 

Wiele z tych talentów zmarnotrawiłam, przeliczając je tyko i zastanawiając się, co to ja z nich nie zrobię – kiedy; ile zysku osiągnę.

A potem nie rozbiłam nic. Z różnych powodów.

 

Zamiast starać się dobrze przeżyć swoje życie, często starałam się je jedynie przetrwać, przeczekać. Byle do śmierci...

 

„...pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych...”

 

A teraz, gdy słyszę, że Jego aniołowie zbiorą wybranych, pojawia się lęk, że mnie wśród nich nie będzie.

 

Lęk jest tam, gdzie jeszcze miłość się nie wydoskonaliła.

 

Boję się przyjścia Jezusa, bo boję się, jak On na mnie spojrzy.

Boję się Jego niezadowolenia ze mnie – bo mam świadomość swoich braków i słabości, z którymi nic nie zrobiłam, którym pozwoliłam się rozrosnąć w moim sercu i którym pozwoliłam kierować moimi myślami, postępowaniem.

 

Nie dowierzam Jezusowej miłości i lękam się Jego sprawiedliwości.

 

„... blisko jest, we drzwiach.”

 

Dzisiejsza Ewangelia to dla mnie swoiste wezwanie do rachunku sumienia i nawrócenia.

 

Bo przyjście Jezusa dokonuje się tu i teraz; jest blisko, we drzwiach.

 

Jego przyjście jest bliżej niż dalej.

 

Skoro dostrzegam, co wymaga zmiany w moim życiu, skoro podpowiada mi to Duch Święty poprzez moje pragnienia (każdy człowiek chce być lepszy) i poprzez innych ludzi, to trzeba za tym iść. By nie żałować zmarnotrawionego czasu.

 

A jeśli nie stać mnie na takie radykalne nawrócenie, jak św. Pawła pod Damaszkiem, to zrobię jeden mały krok tu, drugi mały krok tam.

 

Pozwolę, by to uczynione dobro, zmienione nawyki zakorzeniły się w moim umyśle i sercu, w moim życiu, wrosły mocno i trwale – a potem zrobię kolejny krok.

 

Pomagać mi w tym będą Jego aniołowie, ale potrzebny jest mój trud, mój wysiłek.

 

Jeden krok bliżej – by ujrzeć Syna Człowieczego.

 

Naprawdę, nie potrzeba nic więcej.

18.11.2012

Mk 12,28b-34

 

cd medytacji

„Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego.”

 

Nie ma sprzeczności między przykazaniem miłości Boga ze wszystkich sił i miłości bliźniego.

 

Gdy całe swoje serce, całą swoją duszę, cały swój umysł i całą swoją moc oddam na wyłączność Bogu, dopiero wtedy będę dostatecznie wolna, by kochać prawdziwie: z cierpliwością, nie szukając swego, nie pamiętając o złu, które mi świadczono, ale przebaczając i troszcząc się nieustannie o dobro drugiego człowieka.

 

Żeby tak kochać Boga, muszę porządkować moje serce, duszę, umysł i moc i oczyszczać je (pozwolić, by Bóg je oczyszczał) od wszystkiego, co odwodzi mnie od Niego.

 

Muszę uczyć się przyjmować wszystkie doświadczenia w duchu zawierzenia Jego miłości, Jego dobroci.

 

A miłość bliźniego?

 

W przeciwieństwie do miłości do Boga, której do niczego nie można przyrównać, bo ona ma być największa, to miłość do bliźniego zależy od mojej miłości do mnie samej.

 

Jezus niczego nowego nie wymyślił.

On ukazał człowiekowi tę podstawową zależność: tak, jak traktuję siebie, tak też odnoszę się do innych.

 

A wszystko, co złe i niewłaściwe, ma swoje korzenie w braku miłości, a raczej w źle ustawionej miłości.

 

Bo brakiem miłości nie jest nienawiść, ale obojętność.

A jeśli brakiem miłości jest obojętność, to nienawiść będzie „miłością”, ale źle przeżywaną, wypaczoną.

 

Diabeł niczego nowego nie potrafi wymyślić, on potrafi jedynie to, co stworzył Bóg, zniszczyć, wypaczyć i dać człowiekowi karykaturę.

 

Nienawiść to karykatura miłości, jej odwrotność, a nie jej brak.

 

Może dlatego tak trudno ją odrzucić i zacząć kochać: najpierw siebie, później bliźniego.

 

Gdyż dać możemy tylko to, co sami posiadamy.

Gdy w moim sercu, myśleniu, słowach jest jedynie nienawiść, podejrzliwość, gorycz, niewiara i uprzedzenia wobec mnie samej, to to samo będę dawała innym. Może tylko bardziej to ukryję pod postacią kultury czy grzeczności.

Te właśnie elementy będą kształtowały moje myślenie i patrzenie na innych.

 

Obojętność wobec siebie byłaby tu lepsza. Ale nikt nie jest sam sobie obojętny.

 

Obojętność oznaczałaby swego rodzaju neutralność w spojrzeniu, a więc ułatwiłaby dostrzeżenie w sobie dobra i piękna, by móc się nimi zachwycić.

A zachwyt prowadzi do miłości.

 

Z nienawiścią jest trudniej.

Ona skupia myśli i spojrzenia tylko na tym, co złe, słabe, brzydkie w człowieku. Nie pozwala na dostrzeżenie piękna i dobra. Co więcej, zabrania patrzeć w kierunku piękna i dobra.

 

Czy więc ktoś, kto nienawidzi siebie, nie jest zdolny siebie pokochać?

 

Oczywiście, że jest zdolny!

Musi tylko włożyć w to dużo trudu.

 

A przede wszystkim musi zobaczyć, że to nie jest Boże spojrzenie na jego osobę.

Bóg tak na niego nie patrzy.

Jezus pokazał nam spojrzenie Boga.

Jego oczami patrzył na ludzką nędzę, słabość, brzydotę.

 

Muszę odnaleźć siebie na kartach Pisma Świętego, by doświadczyć tego spojrzenia, spotkania z Jezusem: w osobie paralityka, trędowatego, w osobie niewidomego i głuchoniemego. Jestem także cudzołożnicą , wystawioną na ludzki osąd i pośmiewisko, na ukamienowanie. Jestem faryzeuszem, grobem pobielonym. Jestem łotrem, wiszącym na krzyżu i zdradzającym Mistrza przyjacielem.

Jestem każdą z tysiąca osób, które Jezus spotkał – i które uleczył, uzdrowił, nauczył kochać samych siebie. Ale i których upominał, nawracał, pouczał.

 

„Miłować (… ) daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary.”

 

Tak naprawdę, jeśli będę potrafiła kochać siebie i bliźniego, mogę przestać się modlić i składać ofiary. Wejdę w świat wiary, więc świat praktyk religijnych stanie się zbędny. Będę modlić się „nieustannie” - jak mówi św. Paweł.

 

Miłość w oczach Boga jest czymś najcenniejszym.

A największą ludzką iluzją jest mniemanie, że potrafi kochać – co napisał św. Jan Kasjan.

 

Dlatego niemożliwe jest dobre, sprawiedliwe ocenienie człowieka, bo nie jestem w stanie zmierzyć (a czasem nawet i dostrzec) miłości, która w nim jest.

To może tylko Bóg.

 

(napisane w Krakowie, podczas Dni Duchowości Biblijnej, listopad 2012)

13.11.2012

Motto

 

 Nigdy nie wiesz, od czego jesteś uzależniony, dopóki sobie tego nie odmówisz.

 

dr Bohdan Woronowicz
 

13.11.2012

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd