Archiwum dla miesiąca: Maj 2012

Mk 16,15-20

 

„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu.”

 

Ewangelia – Dobra Nowina, że Bóg kocha człowieka i że zawsze jest po jego stronie.

 

To nie jest moja prywatna sprawa.

Mam o tym mówić „wszelkiemu stworzeniu”. Mam głosić Ewangelię, a nie psychologizować, moralizować, podchodzić do człowieka i życia ekonomicznie czy socjologicznie.

 

To ma być dla mnie najważniejsza, najlepsza nowina: Bóg mnie kocha – zawsze i wszędzie.

 

Co ja naprawdę głoszę? Czy to, co przekazuję innym, jest Ewangelią?

 

Za słowami muszą iść czyny: jak u tej kobiety z Nigerii, której zabito męża i spalono dom, która straciła nogę, nie ma pieniędzy na leczenia, a teraz zniknęły jej dwie córki i nie wiadomo, co się z nimi dzieje...

 

Głosić Ewangelię w cierpieniu, to milczeć, zamiast oskarżać Boga i człowieka.

 

W głoszeniu Ewangelii nie ma wakacji, nie ma przerwy.

 

Głoszenie wynika z wiary: jeśli naprawdę wierzę w Jedynego, który jest Miłością i który mnie kocha, to w chwilach ogromnego bólu i cierpienia – gdy oprę się na tej wierze – będę starała się przyjmować ten ból jak Jezus. To On i Jego Męka będzie dla mnie wzorem w przeżywaniu tego, co bolesne, męczące, złe.

 

Mogę nie rozumieć, po co ten ból; mogę uważać, że jest on bez sensu, ale jeśli Jedyny go na mnie zesłał bądź dopuścił bym cierpiała, to widocznie jest lub był powód; to widocznie jest to mi potrzebne lub dla mnie konieczne.

 

Wtedy, jak Jezus, muszę dać się ukrzyżować, muszę zgodzić się na śmierć – bym mogła zmartwychwstać.

 

Ale tak przeżywać ból i cierpienie mogę jedynie, jeśli wierzę w Boga Ojca i Syna i Ducha Świętego.

 

Cierpienie staje się pytaniem o wiarę.

 

„Na chorych ręce kłaść będą i ci odzyskają zdrowie.”

 

Iluż ludzi chorych uzdrowiłby Pan poprzez moje ręce, gdybym prawdziwie i mocno w Niego wierzyła: w Jego miłość ku nam, w Jego żywą Obecność i nieustanne zatroskanie?

 

Czemu nigdy, podczas bolesnych zwierzeń, nie zaproponowałam wspólnej modlitwy? A przecież byłoby to czytelne świadectwo, że wierzę w pomoc Kogoś większego ode mnie. Byłoby to wyraźnym aktem oddania Jemu trosk i kłopotów z wiarą, że tylko On może pomóc. I pomoże.

 

Myśl o wspólnej modlitwie nie pojawiła się nawet w mojej głowie. W duchu modliłam się sama za tę osobę, jej sprawę, prosiłam o światło Ducha Świętego, ale wspólnej modlitwy nie zaproponowałam.

 

A przecież cuda to nie magia, nie hokus pokus, zależne od człowieka.

 

Cud to działanie Boga, które można dostrzec. To zawsze odpowiedź na wiarę człowieka. Moja niewystarczająca do cudu wiara mogłaby zostać wsparta wiarą drugiego człowieka, gdybyśmy się wspólnie pomodlili.

 

„Oni zaś poszli i głosili Ewangelię wszędzie, a Pan współdziałał z nimi i potwierdzał naukę znakami, które jej towarzyszyły.”

 

Żeby iść i głosić Ewangelię wszędzie, muszę mieć wiarę. Każdy ochrzczony winien głosić Ewangelię.

 

Tymczasem uznano, że głoszenie Ewangelii obowiązuje jedynie ludzi, którzy są księżmi, zakonnicami, katechetami.

Wydaje się, że głosić Ewangelię może tylko ten, kto ma wiedzę (bo studiował teologię) lub z racji „zawodu”.

 

A Jezus do mnie mówi: „Głoś Ewangelię! Wszędzie! Ja będę z tobą. Będę z tobą współpracował, potwierdzał znakami Moją naukę. Idź! Głoś!”

 

Mam głosić Ewangelię. Robię to, gdy narzeczonym mówię o Bogu.

 

On mnie prowadzi tam, gdzie mam głosić. Ja mam tylko być posłuszna wezwaniu i mam swoją uwagę kierować na Niego. Mam swoje życie odczytywać w świetle Ewangelii – w nim także działa Bóg i dokonuje wielkich dzieł.

 

Mam głosić Dobrą Nowinę o miłości Boga do człowieka. To ją mam rozważać i zgłębiać, a nie moją czy cudzą słabość i grzeszność.

 

Głoszenie zaczyna się od najbliższego otoczenia: męża, dzieci, krewnych. Potem w pracy, w sklepie, w urzędzie...

 

Wszędzie mam głosić, że Bóg kocha ludzi – a ludzie powinni Mu na tę miłość odpowiedzieć miłością...

21.05.2012

J 15,9-17

 

„Jak mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem.”

 

Nie będę potrafiła kochać, jeśli nie doświadczę miłości.

 

Z różnych powodów nie doświadcza się miłości w rodzinach, ze strony drugiego człowieka – znajomych, przyjaciół. Ludzie nie potrafią kochać, a brak miłości zawsze rani.

 

Ja też nie potrafię kochać i też ranię ludzi mi bliskich i tych mniej lub zupełnie mi nie znanych.

 

Czymkolwiek czuję się zraniona czy dotknięta ze strony drugiego człowieka, tym samym ranię i dotykam innych ludzi. Tylko że tego nie dostrzegam. Zobaczyć tę prawdę mogę tylko w świetle Bożej łaski.

 

Skoro więc nie umiem kochać i ranię innych, czy mogę coś w tym temacie zmienić?

Skoro, być może, nie nauczono mnie w dzieciństwie miłości, skoro nie otrzymałam jej tyle, ile potrzebowałam, ze strony ważnych dla mnie osób – czy można tu coś zmienić? Czy raczej „skazana” jestem na to, by nie umieć kochać i by ranić?

 

Można wszystko zmienić, bo jest Ktoś, Kto od zawsze mnie kocha i daje mi tę Miłość tak, jak powinnam ją otrzymać.

 

To Bóg Ojciec.

 

Jeżeli nie przyjmę, nie uwierzę, że moje istnienie zawdzięczam Jego miłości, że wszystko dobro, które otrzymałam w swoim życiu, pochodzi od Niego, pozostanie mi jedynie smutek i beznadzieja. Rozpacz.

 

Jeżeli jednak – na przekór podszeptom złego ducha – wyznam wiarę w Boga, który jest Miłością, będę mogła czerpać z tej Miłości.

 

Otworzę się na Nią, by uleczyła moje rany, by prostowała to, co pokrzywione, wypaczone, błędne w moim patrzeniu i myśleniu.

 

Tylko otwierając się na Nią, mogę Jej doświadczyć.

 

Tylko kontemplując Ją, rozważając Jej obecność w świecie, mogę uczyć się kochać i okazywać miłość innym, także sobie.

 

Bóg mnie kocha, bo mi przebacza zło.

 

Ja kocham, bo przebaczam zło.

 

Brak miłości rani i zabija. Przebaczenie leczy i ożywia.

 

„To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem.”

 

Jezusa przykazanie wzajemnej miłości opiera się na przebaczeniu. To fundament.

 

Jeśli nie przebaczę, nie postąpię dalej.

 

Mogę mieć usta pełne słów zrozumienia wobec innych, pełne życzeń dobra innym, ale jeśli w sercu nie wybaczę im tego, że są tylko słabymi ludźmi, to wszystko będzie fałszem i iluzją miłości. I za słowami nie pójdą czyny.

 

Każde moje nieprzebaczenie wypływa wprost z tego, że gdzieś w głębi serca obwiniam innych za to, że nie umieją kochać. Nie potrafią kochać, więc ranią. Tylko że i ja jestem tym „innym”. Też nie umiem kochać i też ranię. I też sobie nie umiem tego wybaczyć.

 

Skoro Jezus przykazuje mi, bym kochała, a więc przebaczała, to znaczy że mogę tego dokonać. Jest to w zasięgu moich możliwości. Czegokolwiek bym nie doświadczyła, jakichkolwiek zranień i krzywd nie doznała – mogę to wszystko przebaczyć – dzięki mojej decyzji i współpracy z Jego łaską.

 

„Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał.”

 

Jezus umiłował ludzi. Na swoich uczniów nie wybrał herosów i bohaterów, ale zwykłych rybaków, celników, grzeszników. Ludzi słabych, popędliwych, bojaźliwych, nie umiejących kochać.

 

Jezus wybrał mnie, bo wie, że jest we mnie pragnienie kochania. To samo pragnienie jest w sercu każdego człowieka, choć nie wszyscy je sobie uświadamiają.

 

Każdy człowiek jako uczeń Jezusa jest wybrany, by kochać.

 

Jeżeli odpowiem „tak” na ten wybór, jeżeli choć spróbuję kochać, będę przynosiła owoc w postaci dobra.

 

Dobro to jedyny owoc, który trwa w nieskończoność.

 

Często wydaje się, że jedyne, co istnieje i trwa, to zło. Ale to kłamstwo diabła. To nie jest prawda.

 

Owszem, zło istnieje, ale do trwania potrzebuje pokarmu. Potrzebuje mojej złości, niechęci, gniewu, irytacji, uprzedzenia, nienawiści, braku przebaczenia. Gdy przestanę karmić zło, ono ginie.

 

Dobro nie potrzebuje niczego do trwania. Ono jest. Gdy raz powstanie, trwa na wieki.

 

W mojej pamięci do dzisiaj żywe są wszelkie okruchy dobra, które dostałam, czasem od zupełnie przypadkowych ludzi.

 

I to dobro, kiedyś mi uczynione, dalej działa: gdy je wspominam, owocuje we mnie radością, wdzięcznością, pokojem serca, uśmiechem i życzliwością.

 

Każde dobro, które ja uczyniłam, trwa nadal.

 

Im więcej miłości we mnie, tym więcej dobra mogę uczynić.

13.05.2012

J 15,1-8

 

„Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który go uprawia.”

 

Jezus jest Krzewem Winnym. Prawdziwym. Inne krzewy to „podróbki”, to fałsz.

 

Owocem tego Krzewu jest Miłość. Bóg Ojciec „uprawia” ten Krzew, by owocował On miłością. Obficie owocował.

 

Mnie w ten Krzew wszczepiono po to, bym i ja owocowała miłością.

 

Czemu jedna latorośl wszczepia się w krzew, a inna usycha?

Jedna „pozwala”, by zaczęły w niej krążyć soki głównego krzewu. Gdy nie „zasklepia” się na to, co stanowi serce krzewu: na krążące w nim soki, odżywcze wody i minerały, substancje pokarmowe, wtedy może się tym karmić sama. Wtedy latorośl zaczyna żyć i sama zaczyna wydawać takie same owoce, jak krzew.

 

Sucha latorośl „zasklepiła” się. Nie chce dopuścić do tego, by i w niej zaczęły krążyć te ożywcze soki. Nie otwiera się na nie. Trwa w zamknięciu. Przyłożona do życiodajnego krzewu, a jednak oddzielona barierami, których nie chce/nie potrafi zburzyć.

 

Zaczyna usychać.

 

Wszystko we mnie, co oddzielam od Jezusa, zaczyna usychać. Od Jezusa oddziela mnie grzech.

 

Ta dziedzina mego życia, jestestwa, w której jest obecny grzech, nie może żyć. Uschnie.

 

Wtedy przychodzi Ogrodnik i to, co suche, martwe, gnijące – odcina i wypala.

 

To boli, ale jest to konieczne Boże działanie, bym została uleczona, bym zaczęła zdrowieć. Bym zaczęła żyć i owocować.

 

To, co suche, nieowocujące, przeszkadza. Dobrze, że Bóg to usuwa. To jest coś, co tak naprawdę nie jest mi potrzebne.

 

Na początku, gdy zostanie to odcięte, odczuwam jakiś brak, niepokój, bo przyzwyczajam się i do tego, co we mnie suche, brzydkie.

 

Ojciec wie najlepiej, co jest dla mnie dobre i dobrą jest rzeczą oddać się w Jego ręce, by mnie „uprawiał”. Dopiero wtedy zaczynam owocować.

 

„Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was.”

 

Trudne jest trwanie w Jezusie.

 

Gdy zaczyna się czas oczyszczania, chciałoby się uciec, znieczulić. Chciałoby się „zamknąć” na odczuwanie bolesnych, przykrych doświadczeń.

 

Ale każde zamykanie się, znieczulanie to odchodzenie od Winnego Krzewu. Na końcu jest wtedy jeszcze większy ból i posucha. Brak życia.

 

Tylko moja decyzja, że będę trwała – wbrew wszystkiemu i wszystkim – w tym, czego nauczał Jezus – tylko to powoduje, że Jezus jest we mnie.

 

To „wytrwanie w Jezusie” to nie od razu oddawanie życia za nieprzyjaciół.

 

To rzeczy zwykłe, banalne, np.:

  • słowo „przepraszam”, gdy kogoś – nawet niechcący – dotknę czy zranię

  • milczenie zamiast raniących słów, gdy ktoś mnie dotknie, zrani

  • nieustanne burzenie w sobie murów, które budują we mnie mój egoizm, próżność, urażona godność

  • nieustanne przyjmowanie czyjejś słabości, nieumiejętności w duchu ascezy, wyrzeczenia się tego, co dobre, w imię większego dobra – miłości

 

Te drobne kroki wytrwałości z mojej strony będą owocowały coraz głębszą zażyłością z Jezusem – bo bez Niego nic nie mogę uczynić...

 

„... beze Mnie nic nie możecie uczynić.”

 

Tyle w moim życiu działania, aktywności, która tak naprawdę jest wielkim NIC.

 

COŚ robię tylko wtedy, gdy robię to z Jezusem, tzn. z miłością.

 

Najdrobniejsza rzecz, najbardziej błaha, niedostrzegalna wręcz – uczyniona z miłością, życzliwością, uśmiechem – jest czymś większym niż największe nawet dzieło, podziwiane przez innych, w którym nie ma miłości, a jest tylko zaspokajanie swojej próżności, egoizmu czy chęci władzy.

 

Z tym, że i wielkie dzieła, podziwiane przez innych, także są czynione z miłością.

 

Obecność miłości w danym dziele nie zależy od wielkości dzieła, tak samo jak wielkość dzieła nie zależy od miłości.

 

Tylko twórca (dużego czy malutkiego dzieła) może ocenić, ile z tego, co robił, robił z Jezusem, a ile z własną lub cudzą próżnością, egoizmem.

 

Tylko czas pokazuje, które dzieło będzie się rozwijało i trwało – i jakie wyda owoce.

 

Zapraszam Cię, Panie, do mojego życia.

Chcę wszystko czynić z Tobą. Ucz mnie tego, proszę, bo często o Tobie zapominam i zaczynam działać sama, po swojemu.

Prowadź mnie ścieżką wytrwałości w chwilach zwątpienia, trudu, bólu. Przemieniaj, usuwaj wszystko to, co Tobie we mnie przeszkadza.

Ja pousuwałabym moje słabości – Ty je zostawiasz.

Może to właśnie dzięki nim trwam w Tobie? Dziękuję Ci za moje słabości.

Może to one otwierają mnie na Ciebie, na ożywcze soki, krążące w Winnym Krzewie? Dziękuję Ci za moje słabości.

Może to tylko dzięki nim owocuję czasem miłością? Dziękuję Ci za moje słabości.

06.05.2012

Motto

Co my mamy w rękach? Słowa, siedem sakramentów i poczucie bycia razem jako wspólnota Kościoła. Wystarczy na smoka.

bp Grzegorz Ryś 

04.05.2012

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd