Archiwum dla miesiąca: Marzec 2012

Ćwiczenie na Wielki Post - cierpliwość

Tak czasem jest, że Pan wprowadza w samo sedno - i nigdy nie zostawia samemu: Ćwiczenie na Wielki Post - cierpliwość

26.03.2012

Kościół naszym domem

- Ks. J.M. Rokosz: - Wiele się dzisiaj mówi o tym, że Kościół jest wspólnotą. Co wobec tego ma zrobić chrześcijanin, którego obecność innych ludzi wokół męczy, który nie lubi wspólnych modlitw, a swoją wiarę wolałby ograniczyć wyłącznie do osobistej relacji z Bogiem. Czy powinien obawiać się o swoje zbawienie ktoś, kto nie chce utrzymywać bliższych więzi z tymi, z którymi dzieli tę samą wiarę w Jezusa Chrystusa?

 

- Ks. M. Kozak: - Lekki niepokój o swoje zbawienie jeszcze nikomu nie zaszkodził. Myślę, że mówiąc o cudzie Kościoła, musimy uważać, by nie zatrzymać się tylko na powierzchni, lecz otworzyć serce na całą głębię jego misterium. To, czy ktoś kogoś lubi, czy nie, czy lepiej czuje się w grupie, czy w samotności, czy lepiej śpiewa mu się w niedzielę na Mszy czy rano przy goleniu, mówi więcej o naszych uczuciach, cechach osobowości i wyrobieniu towarzyskim niż o przeżywaniu tajemnicy jedności we wspólnocie wierzących. Dla opisania tej tajemnicy Kościół posługuje się raczej słowem communio niż wspólnota, i może czyni tak m. in. dlatego, aby ustrzec nas przed jej spłyconym rozumieniem.

 

- Czy jest to jedynie kwestia językowa? Nie tracimy chyba zbyt wiele, zastępując nieco obce słowo „communio“ swojsko brzmiącym określeniem „wspólnota“. Tym bardziej, że to pierwsze kojarzy nam się raczej z „przyjmowaniem komunii“ niż z jakąś więzią spalającą Kościół.

 

- Niestety, tracimy bardzo wiele, co gorsza, wydaje nam się, że tracimy to co najistotniejsze. Kościół oczywiście jest „wspólnotą“, ale wspólnotą można również nazywać plemię Indian, grupę mieszkańców jednego osiedla, ludzi związanych wspólnym interesem, mamy tuż obok Wspólnotę Niepodległych Państw, a na naszym podwórku np. Europejską Wspólnotę Energii Odnawialnej. Można wymienić mnóstwo różnorodnych zgromadzeń określających się mianem wspólnoty; opierają się one na jakimś wspólnym, przyjętym przez wszystkich fundamencie. Kościół, choć w zewnętrznych przejawach podobny do innych ludzkich organizacji, to jednak w istocie jest kompletnie odmienny. Jest wiele wspólnot ożywianych różnymi ideałami, i jest jeden Kościół, którego sercem jest communio, oparty na fundamencie nie z „tego świata“.

 

- Chodzi o to, że został założony przez Chrystusa i zmierza do domu Ojca?

 

- To prawda, ale nie tylko początek i cel jest tutaj istotny. Kościelna więź miłości jest darem przychodzącym z góry, udziałem w jedności Trójcy Przenajświętszej. To Duch Święty wszczepia w nas Chrystusa i czyni dziećmi Ojca, On spaja Kościół i sprawia, że jest to więź dająca życie i zbawienie. To nie harmonia uczuć, wzajemna sympatia, wspólne spędzany czas czy towarzyska ogłada są znamienne dla wspólnoty Kościoła.

Powróćmy na chwilkę do „chrześcijanina odludka“ z początku naszej rozmowy. Jeśli modli się razem ze swoim sąsiadem na Mszy św., mimo iż ciężko mu znieść to, że tamten fałszuje; jeśli nosi w sercu ducha wybaczenia i pojednania, chociaż zbytnio by nie płakał, gdyby ów sąsiad przeniósł się o trzy ulice dalej; jeśli modli się o błogosławieństwo Boże dla niego, mimo iż są zwolennikami innej partii, kibicują innej drużynie piłkarskiej i nigdy w życiu nie pogadają ze sobą przy piwie, to istnieje między nimi prawdziwa communio, więź płynąca z „krwi i ciała“, ale wyrastająca z wszczepienia w Chrystusa, budowana przez Ducha Świętego. Nasz odludek może być głębiej zanurzony w misterium Kościelnej jedności niż grupa przyjaciółek, które śpiewają w kościelnym chórze, od lat spotykają się na tej samej Mszy św., zawsze w tym samym gronie, modlą się tylko za siebie, a każda nowa chórzystka, która nie podziela ich ocen i poglądów, po trzech próbach chóru nie wytrzymuje i odchodzi.

 

- Sugeruje Ksiądz, że można niewiele interesować się ludźmi, a mimo to w jakiś duchowy sposób być „zanurzonym po uszy“ w jedności Kościoła?

 

- Nie, taka sytuacja jest raczej niemożliwa. Bardziej chodziło mi o wyraźne zaakcentowanie natury tej duchowej więzi decydującej o istnieniu Kościoła. Doskonale ukazuje to biblijny obraz krzewu winnego i latorośli. Jeśli gałązki trwają w winnym krzewie, to żyją i są ze sobą połączone, nawet jeśli jedna rośnie w prawą stronę, a druga w lewą, a ich listki stykają się w niewielu punktach. Suche latorośle, bez życia, odcięte od krzewu, nawet jeśli są tak splątane, że trudno je rozdzielić, pozostają jedynie kupką gałęzi przeznaczonych na spalenie. Owszem, człowiek pozostający w głębokiej więzi z Chrystusem, prowadzony przez Ducha Świętego, może mieć trudności w budowaniu relacji z innymi ludźmi. Przebaczanie, nadstawianie drugiego policzka, znoszenie wad i przypadłości drugiego człowieka może dla niego stanowić problem i wymagać wewnętrznych zmagań. Nigdy jednak drugi człowiek nie może być mu kompletnie obojętny, nie wspominając o nienawiści. Chrystus oddał życie za wszystkich ludzi, Duch, ktory nas ożywia, jest duchem miłości. Myślę, że każdy chrześcijanin może uznać za swoją zasadę rozróżniania, którą podał Rabbi Mosze Leib z Sasowa: „Jeśli chcecie wiedzieć, czy to, co czynicie, jest sprawiedliwe, zapytajcie, czy to przybliża was do ludzi. Jeśli nie, zmieńcie kierunek, ponieważ to, co nie zbliża was do ludzi, oddala was od Boga. Jeśli miłość Boga oddala was od ludzi albo umniejsza waszą miłość do ludzi, to musi ona być fałszywa“.

 

- Jeśli „communio“ jest darem, to czy można mówić o roli człowieka w budowaniu tej kościelnej jedności? Czy wystarczy jedynie otworzyć sie na tchnienie Ducha Świętego i czuwać nad miłością i otwartością w relacjach z ludźmi?

 

- Jestem przekonany o tym, że głęboka więź z Chrystusem i uległość Duchowi Świętemu ma tu fundamentalne znaczenie. Jeśli ich zabraknie, to mnożenie grup, spotkań, ćwiczeń w komunikacji itp. jest trochę jak toczenie po płycie lotniska samolotu, któremu odcięto skrzydła. Musimy również pamiętać o tym, że przyjmowanie Bożych darów to także spora praca i wysiłek, podobnie jak czuwanie nad miłością i otwartością, które mają objąć także ludzi dalekich i różnych od nas. Inny człowiek to nie wróg, nieprzyjaciel to ukochany, a ten, co mnie rani, może być posłańcem Boga. Myślę , że obecnie szczególnie ważne jest zaakceptowanie i umiłowanie też prawdy, że wspólnota Kościoła ma strukturę hierarchiczną. Dzisiaj nie kocha się biskupa, raczej się go krytykuje, atakuje i odrzuca. Święty Ignacy, biskup antiocheński, wieziony do Rzymu na męczeńską śmierć, na jednym z postojów napisał w liście do Polikarpa: „Trwajcie w łączności z biskupem, aby i Bóg był z wami. Moje życie ofiarowuję za tych, którzy są posłuszni biskupowi, kapłanowi, diakonom; obym wraz z nimi miał udział w Bogu“. Chyba sporo nam brakuje do takiego zrozumienia i umiłowania kościelnej jedności.

 

- Czy dałby Ksiądz jakąś radę tym chrześcijanom, którzy nie należą do żadnej konkretnej wspólnoty – na jakich drogach mogą głębiej przeżywać misterium Kościoła „communio“?

 

- Zawsze należą do wspólnoty parafialnej, no i warto się trochę rozejrzeć, posłuchać, czy Bóg nie zaprasza do jakiejś konkretnej grupy...

 

- Tak, ale są ludzie chorzy, w podeszłym wieku, bardzo zaangażowani zawodowo i tacy, którzy z różnych innych względów nie są w stanie uczestniczyć w dodatkowych spotkaniach...

 

- Wszystkich wiernych Kościół wzywa do rozwijania i krzewienia „duchowości komunii“. To oczywiście badzo szeroki temat, wart osobnej rozmowy. Chciałbym zasugerować dwie proste praktyki, które mogą być wielkim krokiem w stronę „communio“. Po pierwsze warto szeroko otworzyć swoją modlitwę wstawienniczą. Jest sprawą oczywistą, że modlimy się za te osoby, z którymi jesteśmy związani, i za te sprawy, które nas dotyczą. Istnieje jednak także odwrotna zależność: modlitwa podjęta w intencji jakiejś sprawy czy osoby buduje więź i odpowiedzialność. Po drugie spróbujmy postrzegać i budować nasze religijne praktyki jako relacje osobowe. Bardzo dzisiaj tego brakuje w naszej pobożności. Ktoś, kto spowiada się z nieobecności na niedzielnej Mszy św. , najczęściej widzi w tym tylko złamanie przykazania, a nie to, że opuścił grono najbliższych mu osób i zlekceważył zaproszenie Jezusa, który oddał za niego życie. Często nasze przeżywanie grzechu i nawrócenia nie ma niemal żadnego odniesienia do Boga. Kręcimy się wokół naszego pępka. Zrobiliśmy coś, co nie odpowiada naszemu wyobrażeniu porządnego chrześcijanina, wiec idziemy do spowiedzi, żeby znowu się nim poczuć. Tymczasem grzech to zerwanie komunii z miłującą nas osobą i otwarcie się na relację z demonem. Nawrócenie to powrót do miłości, to pogłębienie lub ponowne nawiązanie naruszonej lub zerwanej relacji, a nie przywrócenie nam dobrego mniemania o sobie. Popatrzmy na naszą modlitwą. W rozmowie z drugim człowiekiem rzadko pozwalamy sobie na tak niski poziom wsłuchania się i uwagi i na tak wielkie lekceważenie i niedbałość, jakie towarzyszą naszej codziennej modlitwie, gdy stajemy z Bogiem twarzą w twarz. Przykłady można mnożyć, wszędzie brakuje żywej relacji między osobami, a ona właśnie jest podstawą komunii.

 

- Podsumowując, możemy stwierdzić, że każdy z nas mógłby uczynić wiele, aby Kościół stawał się rzeczywiście domem i szkołą komunii.

 

- Tak, więcej niż czynimy, i więcej, niż przypuszczamy, że możemy zrobić.

 

- Dziękuję za rozmowę.

 

artykuł z kwartalnika "Z Niepokalaną" 1 (69) 2012

 

Ks. Michał Kozak, ur. 1961 r., marianin, doktor teologii. Jest członkiem zarządu Polskiej Prowincji Zgromadzenia Księży Marianów, dyrektor domu rekolekcyjnego „Betlejem“ w Sulejówku, rekolekcjonista i spowiednik. Łączy dwie pasje: teologię i wędkarstwo.

25.03.2012

Wspomnienie

Wczoraj w godzinach popołudniowych tragicznie zginął ks. Tadeusz Kwitowski.

 

Czy każde zło jest grzechem? Kiedy grzech staje się ciężki? - to jego ostatnie słowa dla nas...

 

Zubożyło się nasze życie...

25.03.2012

J 12,20-33

„Panie, chcemy ujrzeć Jezusa.”

 

Czy ja chcę ujrzeć Jezusa? Co robię, by Go zobaczyć w drugim człowieku? Czy np. idę na Mszę Św. wcześniej, by na Niego „popatrzeć” oczami wiary, czy raczej wpadam do kościoła na ostatni moment?”

 

„Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity.”

 

Obumieranie to trudny temat. I bolesny.

Ziarno pszenicy obumiera. Wydaje wprawdzie dzięki temu plon – inne ziarna pszenicy – ale siebie w ten sposób „uśmierca”, niszczy.

Istota tego ziarna jest w innych ziarnach, ale te ziarna nie są tym samym ziarnem, które obumarło. Ono żyje w nich, ale samo przestało istnieć.

 

Często boję się „obumrzeć” w jakimś fragmencie mojej istoty, bo boję się utraty siebie. Wydaje mi się, że gdy stracę siebie, zostanie we mnie pustka. Tymczasem dopiero gdy „obumrę”, gdy radykalnie od czegoś odejdę, coś utracę, może w tym miejscu pojawić się coś nowego.

 

Jest to trudna decyzja, bo oparta jedynie na zaufaniu w słowo Jezusa, że obumieranie przynosi plon.

 

Wprawdzie widzę ten efekt w Jego życiu: Jego śmierć zaowocowała, ale nie zawsze wierzę, że będzie tak i w moim życiu.

 

„Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne.”

 

Moje życie nie jest mną, a ja nie jestem moim życiem.

Moje życie to dar od Boga. Wszystko, co stanowi moją istotę, mam od Niego i wszystko jest mi darmo dane.

 

Kocham moje życie, tzn. dziękuję za nie Bogu. Cieszę się, że istnieję, że żyję.

 

Jezusowi nie chodzi o to, by na siebie i swoje istnienie patrzeć z niechęcią, wrogością. By negować ich sens, by siebie niszczyć i okaleczać, zabijać.

Tak samo mówił przecież o nienawiści wobec najbliższych, a jednak wiem, że nie mam ich nienawidzić, ale kochać.

 

Jezusowi chodzi to o to, by nie przywiązywać się do tego, co posiadam, co stanowi o moim istnieniu; także do mojego życia.

Moje życie nie jest dane mi po to, bym jedynie o nie dbała, chuchała i żądała, by wszystko ułatwiało i uprzyjemniało moją egzystencję.

 

Moje życie zostało mi dane po to, bym uczyła się kochać, bym wzrastała w miłości: do Boga, siebie samej, do bliźniego.

 

Tym darem mam się dzielić z innymi.

Dar ma to do siebie, że obdarowany może z nim zrobić, co zechce. Może z radością przyjąć i z niego korzystać, ale może też przyjąć z obojętnością i odłożyć na wieczne zapomnienie.

 

Jeśli daruję innym moje życie, to muszę mieć świadomość, że mój dar może być różnie przyjęty i potraktowany. I że obdarowany ma do tego prawo.

 

Nie jest łatwo być odrzuconym darem, ale to nie znaczy, że dar mego życia mam schować przed innymi. Nie wolno mi działać pod wpływem uczucia rozżalenia i smutku, pretensji.

 

Jeśli przywiążę się do mojego życia, trudno mi będzie się nim dzielić z innymi. Być dla innych. Żyć dla nich.

 

Jeżeli przywiążę się do tego, co posiadam, tzn. do mojego życia, nie będę umiała służyć Jezusowi. Będę szła za tym, co służy mojemu życiu, a nie za Jezusem.

 

„A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie Ja jestem, tam będzie i mój sługa.”

 

Czy chcę służyć Jezusowi? Czy chcę wypełniać wszystko, co mi poleci? Czy Jego wolę i Jego zdanie uważam za lepsze od moich, więc nimi się kieruję w swoim myśleniu i postępowaniu?

 

Czy chcę być służebnicą, nastawioną w swoim myśleniu i działaniu na to, czego chce ode mnie Pan?

 

A jeśli On zechce, bym oddała Mu wszystko? Bym oddała Mu tych, których kocham? Jeśli zażąda trudu i wysiłku przebaczenia tym, którzy mnie skrzywdzili? Jeśli od tej pory mam nie wspominać o swoich krzywdach, odwrócić się od przeszłości i patrzeć w przyszłość? Jeśli mam zaprzestać roztrząsania dawnych, minionych spraw?

 

A jeśli prowadzi mnie do wyniszczenia się w działaniu nudnym, męczącym, nie dającym żadnej chwały? Jeśli moje życie ma być ukryte przed światem? Jeśli w moim życiu ma być krzyż odrzucenia, pogardy, niezrozumienia, wykpienia i wyśmiania, a ja nadal mam kochać i błogosławić tym, którzy mi złorzeczą?

 

Czy w takich sytuacjach będzie we mnie wiara w dobroć i mądrość Boga? Czy będę Go kochała i czuła się dobrze w Jego obecności? Czy będzie we mnie nadzieja, że to, co mnie spotyka, ma sens i jest dla mnie dobre, bo On z największego cierpienia i zła wyprowadzi dla mnie dobro?

 

Sługa idzie za Jezusem, tzn. że Jezus przeszedł przez wszystko jako pierwszy. To, co mnie spotykało, spotyka i będzie spotykać, jest tym, czego Jezus także doświadczył.

 

On mnie poprzedza, dlatego mówi, że może Mu służyć tylko ten, kto idzie za Nim. Bo na tej drodze sługa będzie czerpał siłę i moc od swego Pana. Pan jest z nim nieustannie na tej drodze.

 

„A jeśli ktoś Mi służy, uczci go mój Ojciec.”

 

Jak służyć Jezusowi?

Przede wszystkim tak, jak Maryja. Ona jest najdoskonalszą służebnicą Pańską.

Robi to, co konieczne w danej sytuacji. Rozważa wszystko, co ją spotykało w życiu: dobro i zło. Jest pełna uwielbienia za dobro, które potrafi dostrzec w dużo większej i głębszej perspektywie. Zło przyjmuje z zaufaniem, że Bóg jest od niego większy i wszystko może. Cierpi, ale nikogo nie oskarża. Milczy i nie wysuwa się na pierwszy plan poza tymi sytuacjami, gdy to konieczne.

Służy Jezusowi swoją obecnością i miłością. Służy milczeniem i zaufaniem.

Gdy nie rozumie, milczy i rozważa.

Najważniejszy jest dla Niej Bóg i Jego wola, ponieważ jest w Niej miłość do każdego człowieka i chce zbawienia wszystkich ludzi. Zależy Jej na drugim człowieku tak, jak Bogu zależy na nim.

Nie przeszkadza Jej bycie narzędziem w Jego ręku.

W zamian ma całą Jego czułość i miłość.

 

Służba Jezusa nie zakończyła się na krzyżu. Ona zakończyła się chwałą Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia.

 

Ojciec uczcił Syna, wskrzeszając Go z martwych.

 

Służba Jezusowi też tak się kończy: ja zmartwychwstanę do życia. Dzieje się tak nie tylko w wymiarze kosmicznym – zmartwychwstanie mojego ciała po rzeczywistej śmierci na końcu czasów – ale dotyczy też codziennego obumierania dla Jezusa w tym, co mnie więzi i zniewala.

 

Zmartwychwstanie wiąże się z przemianą wewnętrzną. Im częściej obumieram i zmartwychwstaję, tym więcej we mnie nowego człowieka.

 

To jednak wymaga trudu i pracy.

Uczczenie przez świat przychodzi znacznie szybciej i łatwiej. To kusi.

 

„A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie.”

 

Jest nadzieja dla wszystkich, którzy są z dala od Jezusa: dzięki Jego śmierci krzyżowej wszyscy zostaną przyciągnięci do Niego. Będą z Nim. To ogromna nadzieja. Także dla mnie.

25.03.2012

J 7,40-53

„Czy Pismo nie mówi...”

 

Pismo mówi, że jest Jeden Bóg. I że Jego myśli górują nad myślami ludzkimi. Żydom trudno było uwierzyć w Boga, który jest Jeden, ale w Kilku Osobach – że ten Jeden Bóg ma Syna. Syn Boga to też Bóg. No to jest już dwóch Bogów, a Pismo mówi, że...

A czy chrześcijanie naprawdę wierzą w Jednego Boga w Trzech Osobach, czy raczej każda z tych Osób jest dla nich odrębnym Bogiem? Wiara w Trójcę nie jest prosta, a zastanawianie się nad tym prowadzi do coraz większej ilości pytań.

Inna rzecz, że tym, którzy interesują się Bogiem i prawdziwie szukają Prawdy o Nim, On wychodzi naprzeciw i światłem Ducha Świętego (Trzecia Osoba Boska) prowadzi i wyjaśnia.

 

Dla Żydów Mesjasz był oczekiwanym Pomazańcem, który łączył w sobie cechy króla, kapłana i proroka. Jezus był postrzegany jako prorok, ale król i kapłan – już nie. Choć chciano Go obwołać na króla – gdy rozmnożył chleb i nakarmił tłumy.

 

Żydzi mieli z osobą Jezusa problem. A czy ja mam? Kim On dla mnie jest? Jeżeli jest Panem, czemu Mu nie służę? Jeżeli jest Bogiem, czemu nie robię wszystkiego tak, jak On mówił, by robić?

 

W Piśmie Świętym są odpowiedzi na wszystkie moje pytania i wątpliwości. Potrzeba jednak z mojej strony pokornego uznania, że to Słowo zawsze będzie większe ode mnie; że treści w Nim zawarte mogą wzbudzić we mnie niepokój i wątpliwości; że mogą prowadzić mnie do zanegowania mojego dotychczasowego patrzenia na Boga, na świat.

 

Mogą prowadzić mnie do tego, że zacznie sypać się obraz Boga, który noszę w swoim sercu i umyśle.

 

Trzeba wytrzymać to napięcie, które pojawia się w sercu, gdy okazuje się, że coś, co uważałam za prawdziwe, nie jest takie do końca. Że Prawda może wyglądać inaczej, niż sądziłam.

 

Trzeba zgodzić się na trud rozważenie innego sposobu patrzenia i działania, niż mój. Nie wolno przy tym wejść w lęk, że „inny” niż mój oznacza, że mój jest gorszy. Jak każdy człowiek jestem przywiązana do swojego punktu widzenia i swojego sposobu myślenia, postrzegania. Czasem aż utożsamiam z nim samą siebie. To błąd. Moje myślenie nie jest mną, a ja nie jestem moim myśleniem i patrzeniem. Gdy uważam inaczej, zanegowanie mojego punktu widzenia mogę uznać za atak na siebie. Wtedy zaczynam siebie i swój punkt widzenia bronić, a nie zastanawiam się i nie rozważam tej nowości, inności, która przede mną jest postawiona.

 

Inny sposób patrzenia oznacza inny sposób patrzenia. Może być lepszy jedynie w tym znaczeniu, że daje odpowiedzi na więcej pytań, niż mój lub jest bardziej logiczny i w większej ilości punktów jest zgodny z Pismem Świętym. Ale to nie znaczy, że ja jestem gorsza, bo do tej pory myślałam w sposób, który właśnie zaczyna mi się rozsypywać.

 

"I powstało w tłumie rozdwojenie z Jego powodu."

 

Można na Boga patrzeć przez pryzmat litery Prawa, ale można spojrzeć przez pryzmat Ducha Słowa.

Całe Pismo Święte mówi o miłości Boga do człowieka.

 

Istnieję tylko dlatego, że On mnie stworzył z miłości. Istnieję po to, by On mógł mnie kochać. Nie muszę nic robić, by na tę miłość zasłużyć. Ona JEST.

 

Bóg wzywa mnie tylko do jednego: bym Go pokochała. Ponad wszystko i ponad wszystkich.

Bym postawiła Go na pierwszym miejscu nie ze strachu, lęku, czy spodziewanych korzyści (że wtedy wszystko się we mnie i wokół mnie uporządkuje i będzie na właściwym miejscu), ale dlatego, że Go pokocham.

 

Jeżeli Go pokocham, uwierzę w Jego miłość, wtedy w tym duchu będę czytała Jego słowa, skierowane do mnie w Piśmie. On będzie mnie uczył, co to znaczy kochać i jak należy to robić.

 

Wtedy na bliźnich popatrzę jak na tych, których Bóg kocha. Oni istnieją, bo Bóg ich pokochał i będzie ich kochał wiecznie.

 

Wtedy moje relacje z nimi będą nakierowane na to, byśmy wspólnie uczyli się kochać Boga i jak najlepiej, najpełniej odpowiadać na Jego miłość.

 

"Czy ktoś ze zwierzchników lub faryzeuszy uwierzył w Niego?"

 

Nie zawsze jednak wszystko jest czytelne i jednoznaczne. W końcu chodzi o relację Boga, Stwórcy i Ojca i człowieka – stworzenia i dziecka.

Dlatego jest Kościół czyli moja matka, która prowadzi mnie w wierze. To „zwierzchnicy”, którzy mają obowiązek badania, co jest dobre i słuszne na tej drodze.

 

Często jednak odpowiedzialność zawiązana z prowadzeniem innych sprawia, że człowiek zamknie się na Ducha miłości. Łatwiej jest kierować się Literą. Duch wymaga zaangażowania i zaufania, że nie wszystko zależy ode mnie.

 

Mogę „ubóstwić” własną odpowiedzialność i zamknąć się na głos słabszych lub mniej wykształconych w wierze. A przecież często przez nich przemawia Bóg.

 

Tak dzieje się w domu, gdy rodzice nie słuchają słów dzieci z uwagą, nie rozmyślają nad nimi, nie szukają w nich prawdy i dobra, ale oceniają to, co usłyszeli przez pryzmat tego, kto to powiedział.

 

Ale jest też i tak, że można schować się za „zwierzchnikami i faryzeuszami” - wtedy, gdy boję się zmienić coś w swoim postrzeganiu, myśleniu. Gdy wygodniej mi zrzucić na kogoś odpowiedzialność za swoje życie.

 

Trudno jest prowadzić drugiego człowieka, a jednocześnie dać mu tyle wolności, by sam podejmował decyzje, nawet błędne.

 

"I rozeszli się – każdy do swego domu."

 

I zamykają się „we własnym domu”, tzn. nie chcą prawdziwie spotkać się z drugim człowiekiem. Każdy idzie do siebie: do swojego dotychczasowego patrzenia, sposobu myślenia i odbioru świata. Każdy zamyka się we własnym poczuciu stabilizacji i bezpieczeństwa doskonale znanych schematów postępowania.

24.03.2012

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd