Archiwum dla miesiąca: Maj 2011

O modliwie

On sprawia, że coś przemienia się w modlitwę, czyli w spotkanie z Nim. Jego śladów można doszukać się wszędzie, także poza kręgiem nadzwyczajnych przypadków, jak ten wspomniany powyżej, choć wizyty boskiego Gościa są wtedy bardziej dyskretne i rozpoznaje się je dopiero post factum. W jednym i drugim przypadku to owoce spotkania są najważniejszym kryterium autentyczności całego doświadczenia. Każde pomnożenie wiary, nadziei i miłości to niewątpliwy ślad wtargnięcia w naszą rzeczywistość Najwyższego. I odwrotnie, każde ich pomniejszenie czy jakiekolwiek zło stawia pod znakiem zapytania boskie pochodzenie inspiracji, a przynajmniej to, co z nią zrobiliśmy. Na żaden relatywizm czy rozmycie kategorii dobra i zła nie ma tu miejsca.

(… )

Modlitwa jest czymś niezwykle prostym, dlatego że to nie człowiek jest w niej najważniejszy, a Bóg. Dobrze - odpowie ktoś trzeźwo - ale jak Boga odnaleźć i jak postawić się w Jego obecności? To łatwe i trudne zarazem, ale mieści się w lakonicznym: „wystarczy być". Wystarczy być, bo to przede wszystkim Bóg pierwszy wychodzi z inicjatywą spotkania, a Jego słowa i czyny są zawsze pierwsze i uprzedzają nasze działanie, na przykład dzieło stworzenia, odkupienia. To dlatego każdy, kto czyta Pismo Święte, może je traktować jako słowo skierowane do siebie osobiście i intymnie. Każde zdanie, choćby to skierowane do Mojżesza na pustyni: miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą (Wj 3, 5), może nabrać aktualności tu i teraz, jak to potwierdzają liczne historie świętych czy choćby wspomnianych Simone Weil i Etty Hillesum. I nieważne, czy znajdujemy się właśnie w średniowiecznej katedrze, czy też w łazience; czy jesteśmy zatwardziałymi grzesznikami, czy też świętymi. Nic i nikt nie może postawić granicy inicjatywie Tego, który - tak jak Mojżeszowi na pustyni - każdemu z nas chce objawić swoje tajemne imię. Na tym zasadza się prostota owego „wystarczy być". Trudność polega na wytrwaniu w tej prostocie.

 

Od zarania dziejów człowiek unika spotkania z Bogiem. To pierwsza i zasadnicza konsekwencja upadku ludzkości, owego tajemniczego grzechu pierworodnego. To z jego powodu tak trudno stanąć twarzą w twarz z Tym, który objawia się jako Jestem, Który Jestem (Wj 3, 14). I mniejsza o to, czy spotkanie przebiega pod znakiem tremendum czy fascinosum. Istotne jest to, że człowiek nie jest w stanie go znieść. Paradoksalnie spotkanie z Bogiem jawi się jako coś śmiertelnie niebezpiecznego, wobec czego nieświadomie włączają nam się mechanizmy obronne. W tym duchu rozumieć można zarówno prośbę skierowaną do Mojżesza w czasie wędrówki przez pustynię: Rozmawiaj ty z nami. [...] Ale Bóg niech nie rozmawia z nami, abyśmy nie pomarli! (Wj 20, 19), jak i opory podmiotu lirycznego w przytaczanym na wstępie wierszu George'a Herberta. O czymś podobnym, choć ujętym od innej strony, świadczy też zdanie skierowane do św. Katarzyny ze Sieny, której Najwyższy powiedział: „Ja jestem tym, który jest, a ty jesteś tą, która nie jest". Słowa te podkreślają nie tylko nieskończony dystans, jaki dzieli Boga i stworzenie, ale także fakt rozmywania się obecności człowieka w obliczu Boga, jego nieustanne ukrywanie się i zasłanianie. Czysta i prosta obecność w obliczu Boga wydaje się ponad nasze siły.

(… )

Co takiego porażającego jest w spotkaniu Boga twarzą w twarz? W Starym Testamencie to może jeszcze było zrozumiałe, ponieważ Bóg objawiał się w sposób budzący trwogę i podziw, ale po przyjściu Jezusa Chrystusa i Jego objawieniu miłości Boga wszelkie opory powinny ustąpić. Jednak jest inaczej. A może - paradoksalnie - to właśnie miłość i dobroć Boga tak nas onieśmielają, krępują, a nawet przerażają? Bóg stworzył nas z miłości i dla miłości, byśmy będąc na Jego obraz i podobieństwo, stali się Jego partnerami w miłości. Miłość polega na całkowitym oddaniu się drugiemu, na bezwarunkowym darze z siebie. Jakże jednak trudno oddać się całkowicie i bezwarunkowo... Nic bardziej cudownego - nic bardziej przerażającego. To, co stanowi sedno tak wszędzie opiewanej miłości romantycznej, o której każdy w głębi serca marzy, w rzeczywistości jest drogą przez mękę. Oddać się całkowicie komuś drugiemu, to - w optyce upadłego stworzenia - znaczy zaprzeć się siebie, stracić zupełnie kontrolę nad własnym życiem, a to jest dla nas synonimem śmierci, zniewolenia, utraty własnej podmiotowości. Kto o zdrowych zmysłach pozwoli sobie na to? Stąd być może te ciągłe uniki i wikłanie się w sprzecznościach. Mówimy na modlitwie: „święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja", a jednocześnie świadomie bądź nie oczekujemy, że to nasze imię będzie błyszczało, a sprawy potoczą się zgodnie z naszą wolą i naszymi wyobrażeniami o życiu. I wszyscy przerabiamy tę lekcję w kółko, święci i nieświęci.

(… )

„Nie jest rzeczą łatwą być upadłym stworzeniem" - pisze amerykańska karmelitanka Wendy Mary Beckett. Prawda może niezbyt odkrywcza, ale właśnie dlatego tak często lekceważona i pomijana. Z tego względu ciągle ulegamy tej samej, starej szatańskiej pokusie, by być jak Bóg (por. Rdz 3, 5), co w praktyce wyraża się w chorobliwej trosce o kontrolę nad własnym życiem i w poczuciu, że jesteśmy jego panami. Lęk przed utratą tych złudnych atrybutów boskości przeszkadza w powrocie do właściwego kształtu rzeczy i pierwotnego porządku, by Bóg był Bogiem, a człowiek człowiekiem. Rację ma Beckett, gdy naśladując styl Ewangelii, pisze, że w naszym wnętrzu często dochodzi do takiego dialogu - Dusza: „Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić?"; Jezus: „Ja chcę, ale czy ty tego chcesz?". Bo choć mówimy jedno, to często pragniemy czegoś innego. Czy podobny paradoks nie jest treścią cytowanego wiersza Miłość? Jak trudno zaufać Bogu i w prostocie oddać się w Jego ręce. Jak trudno uwierzyć w czułość i troskliwość miłości, którą nas otacza. Jak trudno przyjąć do wiadomości, że nawet włosy na naszej głowie są policzone (por. Mt 10, 3 0), zwłaszcza gdy dotyka nas jakieś zło. Konieczne jest nawrócenie.

Stanisław Morgalla SJ

27.05.2011

Motto

Ludzie często nie zdają sobie sprawy z tego, że ich słowa mówią o nich więcej, niż chcieliby o sobie powiedzieć...

ks. Artur Stopka

26.05.2011

Słuchanie

Biblia często powtarza, że przyczyna wielu naszych grzechów tkwi w nieprawidłowym słuchaniu. Trudności w tym względzie powoduje treść przesłania, ale jeszcze bardziej nasza naturalna tendencja do koncentrowania się na sobie, a nie na osobie mówiącej. Na przykład, jeśli ktoś bliski zaczyna mówić, zdarza się, że my już z góry wiemy, co powinniśmy odpowiedzieć. Operujemy założeniami i utartymi przekonaniami, które uważamy zawsze i wszędzie za słuszne. Wystarczy, że ktoś otworzy usta i zasygnalizuje temat, a w naszym umyśle, jak w komputerze, błyskawicznie otwiera się plik z gotowym tekstem. I nie słuchamy, bo przecież znamy jego problem. Nic nas już nie zaskoczy.

(… )

Kiedyś podczas Mszy św. poruszył mnie fragment z Ewangelii św. Marka, skądinąd znany i chyba aż nazbyt oklepany. Oto do Jezusa przychodzi uczony w Piśmie i pyta, które z przykazań jest najważniejsze. Na co Chrystus odpowiada: "Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden" (Mk 12, 29), po czym mówi o przykazaniu miłości względem Boga i człowieka. Co wtedy zrozumiałem? Nie będę w stanie kochać Boga i bliźniego, jeśli wpierw nie nauczę się słuchać. Miłość i słuchanie to dwie strony tego samego medalu. Jeśli poświęcam komuś uwagę, potwierdzam jego wartość. Jeśli słucham, pragnę dobra dla tego, kto mówi.

Słuchanie, podobnie jak miłość, jest dialogiem i zawsze budzi w nas rezonans. Nie jesteśmy jednak gitarowym pudłem, lecz żywymi ludźmi z krwi i kości. Dlatego czyjaś opowieść może przypomnieć nam o bolesnych doświadczeniach z przeszłości albo uzmysłowić to, co przeżywamy obecnie, ale nie chcemy o tym myśleć. W tym sensie nawoływanie Jeremiasza budziło w mieszkańcach Jerozolimy lęk przed unicestwieniem, przed zniewoleniem, przed utratą niezależności i kontroli. Wywróciło do góry nogami ich obraz Jahwe, który nie powinien dopuścić do katastrofy, chociaż z drugiej strony nie dbali o zachowywanie Jego przykazań. Jego apele wydawały się tak nieprawdopodobne, że uznali proroka za obłąkańca. Kto nie kocha, ten nie słucha.

Jeszcze jedno. Nie wiadomo dlaczego czasem sądzimy, że słuchanie wymaga od nas słownej reakcji. Coś przecież trzeba powiedzieć, myślimy sobie. Czy rzeczywiście? Na ogół pierwszym życzeniem mówiącego jest bycie wysłuchanym. Owszem, nie ma nic zdrożnego w tym, że instynktownie chcemy coś poradzić. Szkopuł w tym, że najczęściej odzywamy się w nieodpowiednim momencie. Przerywamy proces słuchania, który kształtuje w nas właściwą odpowiedź. Zbytni pośpiech prowadzi do projekcji naszych wyobrażeń i doświadczeń, które nie zawsze są istotną pomocą i wsparciem dla osoby mówiącej. Oczywiście, nasza wiedza i przeżycia odgrywają znaczącą rolę w dialogu, ale ludzie są tak różnorodni, iż nie można wszystkich oceniać przez pryzmat własnych doświadczeń. Czas słuchania jest czasem dochodzenia do zrozumienia. Odpowiedź przyjdzie sama. Nieraz może to być tylko kiwnięcie głową. Wystarczy. Nie trzeba na siłę wygłaszać całej tyrady, aby osoba mówiąca poczuła się zrozumiana. Gdybyśmy rzeczywiście słuchali do końca, być może łatwiej pojęlibyśmy, o co chodzi Bogu, współmałżonkowi, dziecku, penitentowi, sąsiadowi.

Czasem zastanawiam się, czy słów Jezusa, które wprawdzie dotyczą sytuacji nadzwyczajnej, nie należałoby rozszerzyć na codzienne życie i każdą formę dialogu międzyludzkiego: "Kiedy was wydadzą, nie martwcie się o to, jak ani co macie mówić. W owej bowiem godzinie będzie wam podane, co macie mówić, gdyż nie wy będziecie mówili, lecz Duch Ojca waszego będzie mówił przez was" (Mt 10, 19-20). Jeśli autentycznie słuchamy drugiego człowieka, zwłaszcza tego, którego kochamy, kto wie, czy Duch Święty nie podpowiada nam stale, jak i co odpowiedzieć. Ten głos można usłyszeć, jeśli trochę dłużej przytrzymamy usta zamknięte na kłódkę.

 

Dariusz Piórkowski SJ

25.05.2011

Ewangelizacja

Dzisiejszy komentarz na portalu skłonił mnie do zastanawiania się, jak to z tą ewangelizacją jest. Choć domniemuję, co Autorka chciała powiedzieć, to jednak dwa fragmenty spowodowały, że nie zgadzam się z ogólną tezą zawartą w tym komentarzu.

 

A oto te dwa fragmenty:

 

„Problem bezowocności dzisiejszej ewangelizacji jest eklezjologiczny – przypomina słowa watykańskiego dokumentu – chodzi w nim o umiejętność lub nieumiejętność kształtowania Kościoła jako prawdziwej wspólnoty , autentycznego braterstwa – jako ciała”. I dodaje: ostatecznie tym, kto ewangelizuje, nigdy nie jest pojedynczy, choćby najwybitniejszy człowiek, zawsze Kościół – wspólnota. Co więcej: ważniejsze jest to, czym jest i jaka jest, nie co robi.

(... )

Mamy żyć tak, by przez nas (nie przeze mnie!) można było zobaczyć Boga, który jest wspólnotą Osób.

 

Czemu się z tym nie zgadzam? Bo w takim razie – zgodnie z zawartymi w zacytowanych fragmentach „tezami” - Karol de Foucauld nie miał nic wspólnego z ewangelizacją. Żył sam, na pustyni, wśród muzułmańskich plemion. Ani wspólnoty, nawet najmniejszej, ani Kościoła – w sensie wspólnoty dużo większej. Nic.

 

No i faktycznie ;-) Nikogo nie nawrócił, ergo nikt nie zobaczył w nim Boga ;-)

Ważne, że Bóg zobaczył w nim człowieka :-)

Zastanawiające jednak, że papież tę ewangelizację w jego działalności zobaczył:

 

„Jak Brat Karol, starajmy się czerpać z tajemnicy Eucharystii i kontemplacji siłę do życia i dawania świadectwa, które stanowi nasz osobisty wkład w ewangelizację .”

 

Bo czym jest ewangelizacja? To dzielenie się Dobrą Nowiną o Jezusie Chrystusie. Dzielenie się na wielu poziomach – nie tylko tym największym, wspólnotowym, ale też tym najmniejszym – pojedynczym. Nie uważam, by sensowne było oddzielanie jednego od drugiego.

Bo co to znaczy, że „rzeczywistość wewnętrzna skrzeczy”? To, że we wspólnocie są słabi, grzeszni ludzie? Czy to, że nie wierzą w Jezusa Chrystusa? Jeśli są ułomni, słabi, nie umieją kochać, czy to znaczy, że nie ewangelizują, czyli nie przekazują Dobrej Nowiny o tym, że Bóg właśnie takich popaprańców sobie upodobał i za nich oddał życie?

A co to znaczy, że nigdy nie ewangelizuje pojedynczy człowiek, zawsze Kościół? Jak to ma wyglądać na misjach? Przecież tam ten Kościół odbierany jest przez pryzmat pojedynczego człowieka. Zawsze Kościół jest tak odbierany – przy czym tym człowiekiem nigdy nie jestem ja (ochrzczony), a raczej ten drugi, np. ksiądz, katecheta, sąsiad. Na misjach ten podział (ja nieochrzczony – Kościół) jest czytelniejszy. W krajach, które dawno temu przyjęły chrzest i które od nowa trzeba ewangelizować, ten podział się rozmywa. Może właśnie to trzeba ludziom uświadamiać – że z racji włączenia podczas chrztu w Kościół – już dają świadectwo, już ewangelizują – bądź nie.

A znowu wyrażenie „by do wspólnoty mogli się przysiąść ludzie i ogrzać” - hmmm, owszem,w grupie, gdzie panuje radość i szczęście, dobrze jest przebywać, ale i tak kontaktuję się z pojedynczym człowiekiem i jeden będzie mi bardziej odpowiadał, a drugi mniej. Czasem w danej wspólnocie będę ze względu na tego jednego człowieka i to kontakt z nim będzie mnie „ogrzewał” - ale czy to ewangelizacja? Czy może raczej szukanie zaspokojenia różnych głodów, jakie w sobie nosimy? A wspólnotę ludzi, którzy są ze sobą szczęśliwi, można zakwestionować i przypisać im cechy towarzystwa wzajemnej adoracji, gdy jakieś głody zaspokojone nie zostaną.

Często „wina” za brak „zewangelizowania” nie leży we wspólnocie, a w tym, kto do niej przychodzi. Bo jeżeli nie szuka Chrystusa, to wtedy najmniejsza rzecz będzie mu przeszkadzała. Jeżeli zaś przyjedzie do wspólnoty ze względu na Niego, mimo wielu wspólnotowych niedociągnięć – zostanie.

„Wezmą i Boga, jeśli będzie dla nas ważny.” - no właśnie. Ten Bóg to tak jakby na doczepkę. Nic dziwnego, że gdy skończą się dobre dni, gdy lepiej pozna się ludzi i dostrzeże się ich wady i błędy, które mają wszyscy i które w pewnym momencie zawsze zaczynają uwierać, wówczas zaczynają się pretensje i niesnaski. „A myśmy się spodziewali...”

 

A swoją drogą, czy mogę uznać siebie za osobę „zewangelizowaną”? Czy jest we mnie silna, mocna świadomość Boga i Jego zbawczego działania w moim życiu? Znam mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa, ale czy ten fakt mnie przemienił? Hmmm, jeśli ewangelizacja ma prowadzić do nawrócenia, to na pewno jeszcze do końca mnie nie „zewangelizowano” :D

 

Właśnie, jaka jest zależność między ewangelizacją a nawróceniem? Muszę się nad tym zastanowić ;-)

 

PS. Wyłączyłam komentowanie tego wpisu, ponieważ nie mam ochoty na dyskusję w tym temacie :-) jeśli ktoś poczuł się tą decyzją dotknięty - trudno, musi jakoś z tym żyć :D

25.05.2011

J 14, 27-31a

Jezus przypomina nam dziś, że stoczył zwycięską walkę z „władcą tego świata”, czyli złym duchem. Zwycięską, ponieważ zły duch „nie miał nic swego” w Jezusie. Zastanówmy się, czy w nas zły duch ma coś swego. Czy coś w nas należy do niego? Czy ma jakąś swoją przestrzeń?


(... )


Jezus daje nam pokój. Zły duch nie znosi pokoju. Im więcej weźmiemy pokoju od Jezusa, tym mniej miejsca w nas będzie miał zły duch. A pokój, który daje Jezus jest owocem Jego miłości do nas i naszego naśladowania Go.

Mieczysław Łusiak SJ

24.05.2011

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd