Archiwum dla miesiąca: Luty 2011

Relacje

Życie duchowe bez relacji jest niemożliwe. Staje się bez-duszne. Relacji potrzebujemy jak powietrza do oddychania, są one środowiskiem życia. Rozwijają naszą osobowość, tożsamość, duchowość. Są warunkiem normalnego wzrostu. Relacje stanowią o nas. Dotykają naszej najgłębszej natury. (… ) Chodzi o relacje we wszystkich wymiarach egzystencji. Nasze życie, czy się do tego przyznajemy, czy nie, dopomina się o relacje z Bogiem, z drugim człowiekiem, z sobą samym. Tak jesteśmy stworzeni. „Zabić” relację z Bogiem, z drugim człowiekiem, z sobą samym, to w pewnym sensie „zabić” siebie. Jednak zabija nas nie tylko brak relacji. Zabijają nas również chore relacje. Zdrowe relacje nas rozwijają, chore – hamują, pierwsze leczą i ożywiają, drugie – ranią, a nawet uśmiercają. Zdrowe formują, chore – deformują. Zależą od siebie i nie da się ich oddzielić. Funkcjonują jak połączone naczynia. Dotyczy to najpierw relacji z Bogiem, ponieważ On otwiera nas na relacje ze wszystkimi, także z tymi, którzy wydają się nam dalecy. Relacja z Bogiem – dobra lub zła – kształtuje naszą relację z innymi i z sobą samym – dobrą lub złą. I odwrotnie, relacja z sobą samym – dojrzała lub niedojrzała – kształtuje nasze relacje z Bogiem i drugimi – dojrzałe lub niedojrzałe. Najważniejsze i pierwsze przykazanie dotyczy właśnie relacji: z Bogiem, z bliźnim, z sobą: „Będziesz miłował Pana Boga swego (… ) będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego” (por. Mk 12,30-31). Jest ono sercem duchowości chrześcijańskiej, ale także gwarancją jej prawdziwego przeżywania. Chroni przed odcieleśnieniem, spirytualizmem i fikcją.

 Życie duchowe jest czymś głęboko realnym, ponieważ jest ściśle związane z relacjami. Stąd kondycja naszych relacji wiele mówi o kondycji naszego życia duchowego. (… ) Opowiedz mi o swoich relacjach, a ja ci powiem, jaka jest twoja kondycja duchowa. (… ) W życiu duchowym, jeśli zależy nam na nim, trzeba często pytać o swoje relacje i je weryfikować.

 

Krzysztof Wons SDS "Kain i Abel są w nas"

28.02.2011

Stopnie do piekła

O pierwszym często słychać: to ciekawość.

Ciekawość świata stworzonego, jego praw, ale i ciekawość człowieka, jego istoty, jego tajemnicy.

Do piekła wiedzie ciekawość, która nie liczy się z żadną granicą i za wszelką cenę chce wiedzieć. Najlepiej wiedzieć wszystko, do samej podszewki.

Kryje się w tym ogromna pycha, że jest się w stanie pojąć swoim ograniczonym umysłem nieograniczoność świata i niepojętość drugiego człowieka.

Żeby zdobyć tę wiedzę, żeby zaspokoić tę chorobliwą ciekawość, człowiek nie liczy się z Bożym prawem, nie liczy się z wolnością drugiego człowieka. Stawianie mu granic odbiera jako coś złego, ale nie widzi, że to zło gnieździ się w nim samym. On uważa, że zły jest Bóg, zły jest ten, kto nie chce dać mu poznać swoich tajemnic.

To pierwsza nauka, którą człowiek nieumiejący stawiać granic własnej ciekawości wynosi z lekcji u ojca kłamstwa.

 

Wtedy wchodzi na drugi stopień, wiodący go do piekła: staje się podejrzliwy.

Podejrzliwość, której pozwolił zagnieździć się w swoim sercu, pozbawia go zaufania do Boga i do drugiego człowieka. Zaczyna więc bacznie obserwować, by swoje podejrzenia potwierdzić – i wszystko mu je potwierdza, bo mając wykrzywione patrzenie, wszędzie zobaczy zło, słabość, nieprawdziwość, tajemnice, drugie dno, ukryte intencje i motywacje.

Nie potrafi pogodzić się z faktem, że każdy z nas jest nieskończonym światem; że każdy z nas jest niepojęty również dla samego siebie i często każdy z nas postępuje tak a nie inaczej nie dlatego, że chowa coś przed innymi, ale dlatego, że sam często nie zdaje sobie sprawy z właściwych motywów, które nim kierują. Motywacje i intencje w każdym z nas są złożone i wielopiętrowe i potrzeba niezłej samoświadomości i mądrości serca, by wiedzieć, dlaczego tak, a nie inaczej się postępuje.

Tę samoświadomość zdobywa się latami. To ogromny trud dla każdego, ale człowiek z podejrzliwością w sercu i spojrzeniu to odrzuca. On WIE LEPIEJ, co myśli i co czuje drugi człowiek i czemu postępuje tak, a nie inaczej. I faktycznie, może wiedzieć i widzieć więcej. Bliźni najlepiej dostrzegają to, co chcemy przed samymi sobą ukryć. Ale mądrość kogoś, kto widzi więcej i lepiej polega na tym, że swoimi słowami nie łamie wolności w drugim. Nie gwałci jego wrażliwości i słabości. Nie narzuca się ze swoją opinią. Szanuje tempo poznawania samego siebie przez drugiego człowieka. Nie ukazuje prawdy, która mogłaby kogoś zabić.

 

Często w różnych tego typu rozmowach pada zdanie, że to przecież słowa Jezusa: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. To kolejna nauka, wyniesiona z lekcji u ojca kłamstwa: manipulowanie Bożym Słowem po to, by udowodnić swoje racje.

Naprawdę Jezus powiedział: „Jeżeli będziesz trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,31-32). Całe zdanie pokazuje sens tej wypowiedzi: ta prawda ma mnie wyzwalać, a nie ja mam kogoś czyjąś prawdą wyzwalać. Ta prawda wyzwala zresztą tylko w jednym przypadku: gdy trwa się w nauce Jezusa. Gdy jest się prawdziwie Jego uczniem. Czy ktoś z nas może powiedzieć, że zna całą prawdę o sobie? Że ją przyjmuje? Niewielu jest jednak takich ludzi na świecie.

 

Czy to znaczy, że widząc coś, co mi się nie podoba, mam milczeć? Tak i nie. Mam milczeć, jeśli idzie o ocenę czyichś intencji i motywacji. Jeśli idzie o uszanowanie tajemnicy czyjegoś bycia. Mam milczeć, dopóki dostrzegam podejrzliwość w swoim patrzeniu na drugiego człowieka, niewiarę w jego słowa. Jeśli natomiast widzę zło, które on czyni, wówczas mam zwracać na to uwagę – ale tej konkretnie osoby i to w cztery oczy. W innym przypadku to zwykła obmowa. A czasem może się okazać, że oszczerstwo i szarganie czyjegoś dobrego imienia.

 

Człowiek sam sobie stwarza piekło już tu, na ziemi: nadmierną ciekawością, podejrzliwością, nieuznawaniem czyichś granic. Warto oczyszczać swoje serce i umysł milczeniem, czyli ascezą słowa, a jeśli rozmawiać, to z człowiekiem, w którym nie ma podejrzliwości, w którym jest poszanowanie swojej i cudzej wolności, poszanowanie swojej i cudzej tajemnicy. Z takiej rozmowy nie tylko, że wychodzi się szczęśliwszym, podniesionym na duchu, ale można dzięki niej nauczyć się, jak rozmawiać, by szanować wolność i tajemnicę drugiego człowieka.

27.02.2011

O modlitwie

Teraz powoli wchodzi mi w krwiobieg, że Bóg jest ciągle obecny, bez względu na to, czy się modlę, pracuję, czytam, odpoczywam, spotykam z ludźmi, a nawet kiedy grzeszę. Modlitwa nie jest już dla mnie jednym z segmentów ogromnej budowli życia, bo Bóg jest cały czas. Z drugiej strony, kiedy wygospodarowuję kilkadziesiąt minut dziennie na dłuższą modlitwę, bardziej otwieram się na przemieniające działanie Boga. I paradoksalnie czasu mi przybywa, chociaż każdego dnia mam go tyle samo. Ileż to rzeczy człowiek robi niepotrzebnie, albo przed czymś ucieka, albo angażuje się w coś za bardzo. Na modlitwie to wychodzi jak na tacy.


Myślę, że poważna zmiana w moim podejściu do modlitwy zaszła wtedy, kiedy zacząłem inaczej postrzegać czas. Po pierwsze, kiedyś wstrząsnęło mną jedno zdanie z książki, że nie jestem właścicielem czasu, tylko jego dysponentem. Codziennie otrzymuję darmowo pełne 24 godziny, przeznaczone zarazem do twórczego wykorzystania, jak owe talenty z przypowieści. Próbuję zdawać sobie z tego sprawę szczególnie rano, przy przebudzeniu. Bycie w czasie nie jest nagrodą, która mi się należy z racji wspaniałych osiągnięć.


Po drugie, zasadniczo w życiu liczy się teraz, bo jutro jeszcze nie istnieje. To tylko lęk każe mi zamartwiać się o dzień jutrzejszy. Niby prosta konstatacja, ale wcale nie taka oczywista. I jeszcze jedno. Pewnego razu na mszy św. coś mnie wewnętrznie poraziło. Podczas słuchania Ewangelii. Św. Jan Chrzciciel zapytany, kim jest, odparł bez ogródek: „Ja nie jestem Mesjaszem”. Zastosowałem to wyznanie do siebie. I od tamtej pory często je sobie powtarzam. Jakież to uzdrawiające zdanie. Wystarczy sobie przypomnieć i od razu człowiek spokojniejszy. I „ma” więcej czasu.

o. Dariusz Piórkowski SJ

25.02.2011

Tajemnica kapłaństwa

Ktoś, kto zakłada firmę, chce mieć w niej porządnych ludzi. Nie zatrudni osób nieporządnych, bo uważa, że będą źle pracować. Według Pana Boga, jest to rzecz drugorzędna, jeśli człowiek ten działa w Jego imieniu. Wystarczy, żeby był, by przez tę obecność kapłana Pan Bóg bardzo intensywnie zadziałał. Tam, gdzie on jest, tam jest też tajemnica Boga. Jeśli jedzie tramwajem, tajemnica Boga też nim jedzie. Jeśli autobusem, i ona jest w autobusie. Kapłan musi mieć świadomość posiadania tajemnicy, straszliwej właściwie tajemnicy nad ciałem Boga. Tego sobie nie można wyobrazić, że Jaś Kowalski ma władzę nad ciałem Boga.

o. Joachim Badeni OP

25.02.2011

Dylemat

Muszę do następnego tygodnia podjąć decyzję, która może ogromnie wiele zmienić w moim życiu i w życiu naszej rodziny.

Mam wiele sygnałów, że inni (w tym najbliżsi) widzą sens decyzji na "tak". We mnie samej jest ogromnie wiele chęci, by w to wejść, ale... Czy to jest zgodne z wolą Pana Boga? Jak to rozeznać?

Skoro On jest zawsze pierwszy i dal mi takie, a nie inne pragnienia; skoro wcześniej dał doświadczyć, że mogę i potrafię, że to jest to, w czym się odnajduję, to może po prostu mam się zdecydować i w to wejść? I może tak naprawdę nie wstrzymuje mnie obawa, czy realizować będę Jego wolę, ale strach przed ogromem pracy i wyrzeczeń, jakie mnie czekają?

Nie można mieć wszystkiego, a podjęcie decyzji na "tak" wiąże się z paroma ważnymi ograniczeniami - przynajmniej tak to widzę z perspektywy dnia dzisiejszego. Choć, jak znam życie, On znajdzie sposób, by zrekompensować mi każdą rezygnację :D

Więc czego się lękam? ;-) Oddania siebie w Jego ręce?

"Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu, On sam będzie działał" (Ps 37,5) - ile jeszcze potrzebuję znaków?

Czas przestać się obijać i wziąć się do roboty...

24.02.2011

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd