Archiwum dla miesiąca: Grudzień 2010

Józef - mąż sprawiedliwy

Jeśli dobrze rozumiem paradoksy naszej wiary, to wolna wola człowieka bez uszczerbku współistnieje z wszechwiedzą i, co jeszcze bardziej zdumiewające, z wszechmocą Stwórcy. Więc Józef nie wydaje się skazany na bycie opiekunem Marii i jej Dziecka, a zaledwie do tego sprowokowany, o to poproszony. Mógł się sprawdzić lub nie; inna sprawa, jak wówczas potoczyłyby się jego losy. A może, niezależnie już od peszącego pytania o to, czy można się Bogu skutecznie przeciwstawić, nasze życie i my to jedno i to samo? Może nasze biografie to po prostu rozpisane w czasie, ułożone w liniowym porządku nasze charaktery? I w tym sensie decyzja Józefa, by wesprzeć Marię, nie mogła być inna nie dlatego, że Bóg tak chciał, ale ponieważ Józef był właśnie tym, a nie innym człowiekiem, stopniowo odkrywającym, kim jest: mężczyzną roztropnym, sprawiedliwym, pobożnym? Współczującym?

Jerzy Sosnowski

30.12.2010

Motto

Świadomy wybór radości jest nieodłącznie związany ze świadomym wyborem człowieka, jako naszego bliźniego.

brat Alois z Taize

30.12.2010

Wieczne nieprzygotowanie

Ale chyba istotniejszym aspektem całej sprawy jest radykalna wyjątkowość dziejów Zbawienia. Wcielenie łamie porządek świata, Wcielenie wprowadza w świat tajemnicę, którą można ujmować tylko antynomiami: Bóg-człowiek, moc truchleje, ogień krzepnie, blask ciemnieje. W Betlejem wydarzyło się coś, co mimo wspaniałości dogmatu chalcedońskiego nieskończenie przerasta nasze myślenie, naszą możliwość pojmowania. Co to znaczy, że Bóg stał się człowiekiem, że Jezus z Nazaretu był w pełni i Bogiem, i człowiekiem?

Funkcją rytuału jest oswojenie świata. Dzięki obrzędom świat natury staje się do pewnego stopnia zrozumiały, a człowiek jakoś potrafi nad nim zapanować. Wcielenie natomiast przekracza porządek natury. I Wcielenie, i celebrowane w Wielkanoc Zmartwychwstanie to te szczególne wydarzenia, których znaczenia nie da się ani sprowadzić do praw świata natury, ani oswoić rytuałem.

Słynny 119 fragment z Heraklita w interpretacji Heideggera brzmi: miejscem zamieszkiwania jest dla człowieka przestrzeń otwarta na uobecnienie się Boga (Tego, którego oswoić nie można). Ten paradoks – to, co  oswojone, jest jednocześnie tym, co jest otwarte na coś, czego oswoić się nie da – chyba dobrze pokazuje nasze kłopoty z rytuałem. Betlejemska szopka pozostaje na obrzeżach wieczerzy wigilijnej, podobnie jak narodziny Jezusa dokonały się na obrzeżach miasta Betlejem. Wcielenie zastaje nas niegotowymi. Niegotowa była Maria w chwili Zwiastowania, niegotowy był Józef, kiedy dowiedział się o tej sprawie. Niegotowe było Betlejem, niegotowi byli pasterze. W gruncie rzeczy zasiadający do wigilijnej wieczerzy Polacy, wierzący i oczekujący na Wcielenie, powtarzają w swoim rycie ten właśnie mityczny scenariusz: bycia niegotowymi wobec tajemnicy. Mimo dwóch tysiącleci chrześcijaństwa, mimo dobrej woli i osobistych przygotowań, ryt wigilijny jest uobecnieniem tej samej prawdy – nieprzygotowania człowieka wobec Tajemnicy. Siedząc więc przy świątecznym stole, jesteśmy i zaskoczonym Józefem, i śpiącymi pasterzami, ale też Piotrem, Janem i Jakubem bezradnymi wobec tajemnicy na górze Tabor, i tymi samymi zaspanymi apostołami w Ogrodzie Oliwnym. I w tym najgłębszym sensie rytuał wigilijny mówi nam coś prawdziwego o nas. Otwiera nas na tę prawdę o człowieku, choć zapewne wolelibyśmy, by otwierał nas na prawdę o Bogu.

A może przy wigilijnym stole dokonuje się coś jeszcze? Może należałoby powtórzyć – znowu za Heideggerem – inne słowa Heraklita, które filozof z Efezu wypowiedział do zaskoczonych podróżnych, siedząc przy chlebowym piecu. Przybywający do niego goście spodziewali się zastać wielkiego myśliciela dostojnie skupionego na tym, co najważniejsze. A zastali zmarzniętego, owiniętego w derkę człowieka, trywialnie grzejącego się przy piecu. I tym, którzy się spodziewali nie wiadomo czego, mądry Heraklit opowiedział: „Tu też są bogowie”.                

Dobrosław Kot

27.12.2010

Dwa cierpienia

Wielu mądrych ludzi, należących do różnych tradycji religijnych czy filozoficznych, dostrzegało, że ogromna część cierpienia obecnego w świecie rodzi się z lgnięcia, skłonności, przywiązania, które ostatecznie jest przywiązaniem do własnego „ja”. Otwartość na świat, lecz ustrukturyzowana przez cały system moich oczekiwań, upodobań, niechęci. Drugą stroną lgnięcia jest zaś awersja. Jak pisze Eckhart, cierpienie rodzi się również z „nie”: nie tego oczekiwałem, nie tak sobie wyobrażałem tę chwilę, ten dzień, to życie. Uciszyć swoje ego to przyjąć, co jest, bez różnicowania w odniesieniu do własnej korzyści bądź szkody. Albowiem jeśli żyję już nie ja, jeśli mojego ego już nie ma, kogo może spotkać krzywda?

Może spotkać Tego, który żyje we mnie, który się we mnie rodzi, którym się staję. On jednak przyszedł właśnie „na tę godzinę”, nosić nasze choroby, grzech, cierpienie świata. Czyż miał oczekiwania względem okoliczności swoich historycznych narodzin? Lojalności przyjaciół? Godnej śmierci? Nie szukał tego, co korzystne dla siebie, lecz tego, co dobre dla innych. Uciszenie „ja” usuwa wiele cierpienia. Ale – jeśli jest powiązane z czujną uważnością – nie całe. I On nie był przywiązany do swojego „ja”, a odczuł lęk przed „tą godziną”, pocił się krwią, krzyczał: „Pragnę!”.

Czujna, nieegocentryczna uważność to przyjęcie całej rzeczywistości jak siebie samego. Z tej perspektywy można wyróżnić dwa rodzaje cierpienia. Pierwsze, to cierpienie ego. Gdy umiera ego, znika i cierpienie. Pozostaje jednak jeszcze cierpienie świata: tych, których kocham jak samego siebie.

Cierpienia pierwszego rodzaju dobrze jest pozbywać się bez zwłoki, wraz z jego nadejściem. Jak czegoś, co wpadło do oka, drażni i rani, ale przez to właśnie, przez ból, który sprawia, radykalnie ogranicza zdolność widzenia innych ludzi. Nie widzimy bowiem innych nie tylko z powodu łez napływających do oka, w którym tkwi obce ciało. Zadra w oku ukierunkowuje moją uwagę właśnie na oko, na łzy, na ból, na mnie samego. Gdy zaś moje oczy są czyste i sprawne, zapominam, że je mam, skupiając swą uwagę na świecie wokół. Nie myślę, że patrzę – widzę. Kto zatem oczyści swoje oczy, odzyska sprawność wzroku i uważnie rozejrzy się wokół, zobaczy piękny świat, ale i spostrzeże tych, którzy mają źdźbła w swoich oczach, których trapią inne choroby, którym dzieje się krzywda.

Jeśli drogą do rozwiązania problemu cierpienia pierwszego rodzaju jest zgoda na nie, przyjęcie go tak samo, jak i tego, co przyjemne, to na drugi rodzaj zgody być nie może. Potrzeba zdecydowania, aktywności, wysiłku, by świat stawał się choć trochę lepszym miejscem do mieszkania. Wieloznaczność języka greckiego ukrywa jeszcze jeden sens Jezusowej odpowiedzi na pytanie faryzeuszy o przyjście królestwa Boga: królestwo nie przyjdzie przez wypatrywanie go, jest w naszym zasięgu, w naszych rękach – od nas zależy jego przychodzenie.

Tym niemniej pierwszym krokiem budowania królestwa, w którym każda łza zostanie otarta, także jest przyjęcie: wrażliwa uważność rodząca współczucie. Śmiać się z tymi, którzy się śmieją, lecz i płakać z tymi, którzy płaczą. By jednak płakać z płaczącymi, najpierw trzeba usłyszeć ich płacz; rozpoznać jego przyczyny, poczuć ból, który jest jego źródłem. Taki, jakim jest. Bez odnoszenia go, porównywania do własnego, kiedyś przeżytego lub właśnie doświadczanego bólu. Bez nieco nerwowej próby usunięcia go jako czegoś, co psuje harmonię naszego obrazu świata. Bez próby wykorzystania sytuacji do udoskonalenia obrazu samego siebie – dobroczyńcy bliźniego. Często ze zgodą na dodatkowy ból, wynikający z bezradności.

Przyjęcie jest początkiem drogi wytrwałego wysiłku, prowadzonego nadzieją, że królestwo, choć jest jak ziarnko gorczycy i rośnie powoli, stanie się jak wielkie drzewo.

Chrystus się rodzi. We mnie i w tobie. Im zaś bardziej się w nas rodzi, tym bardziej rany świata stają się naszymi ranami, tym więcej płaczów słyszymy, tym cięższe brzemię niesiemy, tym więcej mamy siły, by iść. Aż dojdziemy i będziemy pocieszeni.

Wszyscy.

Piotr Sikora

27.12.2010

Rodzina

W rodzinie rodzą się i zespalają wszystkie więzi. Tylko w rodzinie człowiek może się harmonijnie rozwijać. Wszystko, co dzieje się w rodzinie, kształtuje przyszłe, społeczne postawy dziecka. Jeśli w rodzinie zabraknie miłości, opieki, wzorców i przykładów, dziecko w dorosłym życiu nie będzie potrafiło odnaleźć się w społeczeństwie. Dom rodzinny to nie miejsce, w którym mieszkamy. Dom rodzinny to miejsce, w którym nas chcą, rozumieją i kochają.

bp Bogdan Wojtuś

26.12.2010

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd