Archiwum dla miesiąca: Październik 2010

O przyjaźni

To nie jest przyjaźń, jeśli:

- uczucie spadło na ciebie nagle - przyjaźń potrzebuje czasu, żeby powstać, ona rośnie, dojrzewa;

- czujesz się cały czas odświętnie - przyjaźń to relacja powszednia;

- masz poczucie, że się spalasz, przeżywasz burze, jesteś na huśtawce - przyjaźń to uczucie względnie spokojne i stabilne;

- widzieliście się niedawno, a potrzeba zobaczenia tej osoby zaczyna dominować nad innymi sprawami - przyjaźń nie jest tak nagląca i jeśli nic szczególnego się nie dzieje, potrafi czekać na spotkanie;

- masz poczucie, że niesie cię jak na skrzydłach - przyjaźń chodzi po ziemi;

- masz nieodpartą chęć, żeby wziąć go za rękę, pogłaskać po włosach, znaleźć się w jego ramionach - w przyjaźni kontakt fizyczny zdarza się tylko przy pewnych okazjach (np. o przyjaciela można oprzeć się podczas podróży, uściskać, kiedy stało się coś ważnego);

- pragniesz wyłączności - przyjaźń akceptuje, że w życiu przyjaciela inne osoby też są ważne, może i ważniejsze.

Anna Dodziuk

- cały artykuł poświęcony jest wprawdzie przyjaźni między mężczyzną a kobietą, ale myślę, że w/w zasady dotyczą każdej relacji przyjacielskiej i każdą można w nich przejrzeć jak w lustrze

30.10.2010

Moje "amatorstwo"

Słuchanie Chrystusa Pana naprawdę i na dobre jest dla nas kwestią życia i śmierci.

Ale największym dla nas niebezpieczeństwem jest nie tyle niesłuchanie Chrystusa, ile słuchanie go po amatorsku.

Amatorstwo w stosunku do Słowa Bożego jest dlatego naszym największym niebezpieczeństwem, że zachowując z Nim pewien kontakt, mamy „czyste sumienie”.

W życiu, które powinno wciąż rodzić się i odradzać z tego Słowa, znajdować w Nim stałość i siłę, otrzymywać od Niego codziennie nie tylko przykłady, ale aktualny plan drogi, przypowieść o siewcy powinna być ustawicznym ostrzeżeniem.

Być amatorem w stosunku do Słowa Bożego to najpierw brać je i porzucać, zostawiać je poza naszym umysłem, „na drodze”, dostatecznie daleko, aby zaledwie dojrzane światło nie wpłynęło na nasze życie, postawy, czyny. Pluszczemy się chwilkę w Ewangelii, a potem pozwalamy jej żywej wodzie wyparować lub osuszamy ją ręcznikiem.

Być „amatorem” w stosunku do Słowa Boga to także coś z Niego wziąć i coś zostawić, poniechać.

Nie należy mylić wewnętrznego natchnienia, upodobania, które daje Duch Święty, gdy „tropimy” myśli, uczucia, wolę Chrystusa – z pewnymi „ciągotami”, jakie budzi w nas intelektualne badanie studiowanych tekstów, ani z chęcią usprawiedliwienia – przy pomocy przypadkowo wyłowionych ustępów – jakiejś doraźnej tendencji, albo jeszcze ze zwykłym lenistwem: czyta się to, co jest pod ręką, przed oczami, „na chybcika” i zamyka się Biblię czy Ewangelię z poczuciem spełnionego obowiązku.

Być amatorem to także wierzyć „przez pewien czas”. Rzucamy się na jakiś przykład, jakieś wezwanie Chrystusa, a potem pozwalamy sobie zapomnieć, jak gdyby to, czego wymaga się od nas zawsze, było tylko jednorazowym zaproszeniem.

„Amatorstwo” to wreszcie i może przede wszystkim uprawianie w stosunku do Słowa Bożego „konwersacji” o Nim, nawet z Nim, a nie dokonywanie „konwersji”, nawrócenia, dla którego zostało powiedziane wszystko, co mówi Chrystus Pan.

Madeleine Delbrêl

30.10.2010

Samotność i więzi

Ludzka więź nie powinna być jednak natrętną formą ucieczki od samotności. Zdolność do przebywania w samotności jest jedną z cech dojrzałej osobowości, bez której nasze spotkania zbyt szybko stają się niespokojnie bliskie i symbiotyczne.

(... )

Dojrzałe i intymne ludzkie więzi (gdzie słowo intymność należy rozumieć o wiele szerzej niż tylko w wymiarze seksualnym) są możliwe tylko tam, gdzie szanuje się samotność drugiej osoby. Z drugiej strony nie ma prawdziwej, pełnej pokoju i twórczych myśli samotności bez bliskich relacji. Przemienia się ona wtedy w dezintegrujące osamotnienie czy izolację. W języku polskim odróżniamy przecież samotność od osamotnienia.

W prawdziwie szczęśliwych związkach jest dużo miejsca dla samotności, w której rodzi się pragnienie jeszcze bliższej więzi. Kochać drugiego człowieka to także troszczyć się o jego samotność, która jest częścią miłości, a nie jej sprzecznym pragnieniem. 

Ks. Krzysztof Grzywocz

29.10.2010

Motto

Nikt nie może się tłumaczyć, ponieważ każdy może kochać Boga, a On nie żąda od duszy niczego innego poza tym, by Go miłowała, gdyż On ją miłuje i jest jej miłością.

Im bardziej się będziesz modlił, tym większego doznasz oświecenia; im bardziej będziesz oświecony, tym głębiej i intensywniej będziesz widział Najwyższe Dobro, najlepszy Byt; im głębiej i intensywniej Go zobaczysz, tym bardziej Go pokochasz; im bardziej Go pokochasz, tym bardziej będziesz się Nim rozkoszował i tym lepiej Go zrozumiesz i będziesz w stanie Go zrozumieć. Stopniowo osiągniesz pełnię światła, bo zrozumiesz, że nie możesz zrozumieć.

bł. Aniela z Foligno

25.10.2010

Odpowiedź

Co jest dla Pani najważniejsze w życiu?

Wiele rzeczy było dla mnie ważnych. Przede wszystkim ciekawość świata i chęć poznawania go. Kolejna sprawa to porządkowanie tego, co poznane, i szukanie jakiegoś centrum, na którym należałoby się skupić. Najpierw takim centralnym punktem był drugi człowiek i więź z nim. Dopiero później to zainteresowanie człowiekiem rozszerzyło się na Kogoś większego niż on. Być może wpływ na to rozszerzenie miało rozczarowanie człowiekiem, nie konkretnym, ale istotą ludzką w ogóle. Dostrzeżenie ludzkich granic, w tym także własnych, sprawiło, że zaczęłam poszukiwać wartości, przekraczając człowieka, i skierowałam się ku religii.

Z wykształcenia jest Pani psychiatrą i wiele lat kierowała Pani oddziałem psychiatrycznym. Czy rozczarowanie człowiekiem wiąże się z Pani profesją?

Nie, psychiatria nigdy mnie nie rozczarowała.

Czy jednak człowiek zraniony, bo taki z pewnością trafia na oddział psychiatryczny, nie był źródłem rozczarowania?

Na pewno nie, ponieważ granice człowieka chorego można w jakiś sposób określić. Moje rozczarowanie dotyczyło człowieka zdrowego jako istoty władającej światem, która przypisuje sobie sprawowanie władzy nad przedmiotami i ludźmi. Ten typ człowieka mnie rozczarował. Z chorymi po prostu byłam i pomagałam im. Traktowałam ich jako osoby mi powierzone, dlatego z mojej strony nie pojawiały się jakieś oczekiwania wobec nich. A rozczarowanie przecież jest owocem oczekiwania niespełnionego. Wobec chorych nie miałam oczekiwań, nie mogli więc mnie rozczarować.

Z czym zatem wiązało się Pani rozczarowanie człowiekiem?

Trudno to określić, ponieważ tak naprawdę składa się na to suma wielu rozczarowań. W dzieciństwie patrzymy na rodziców jak na istoty doskonałe, w okresie dojrzewania poznajemy ich granice i to pierwszy etap naszego rozczarowania. Później nierzadko doznajemy odrzucenia ofiarowanej innym przyjaźni - to też element rozczarowania. Poznajemy ludzkie losy i widzimy w nich załamania, i to zawinione załamania. Dostrzegamy opanowanie przez jakieś uzależnienie. Wszystko to staje się źródłem rozczarowania. Generalnie mówiąc, wiąże się ono z niemożnością przekroczenia przez człowieka pewnych granic.

(... )

Czy zdaniem Pani, by skierować się ku Bogu, człowiek musi przejść etap rozczarowania sobą i innymi ludźmi?

Nie wiem. Taka była moja droga. Spotykam jednak ludzi, którzy otwierają się na Pana Boga w sposób naturalny, tak jak rozwija się kwiat: od razu rozkwita w nich powołanie, a nawet ludzka świętość. Przypuszczam, że są ludzie, którzy otwierają się na Boga w sposób bezpośredni i zostaje im oszczędzone to rozczarowanie. Chociaż z drugiej strony, chyba nikomu nie zostaje oszczędzone rozczarowanie samym sobą.

Nikomu, kto choć w minimalnym stopniu patrzy na siebie krytycznie.

Człowiek musi dostrzec własne granice i zrozumieć, że jest istotą stworzoną.

Czy jednak owo rozczarowanie sobą i człowiekiem w ogóle nie prowadzi do nihilizmu? Nie znajdujemy wartości w sobie i nie widzimy jej także gdzie indziej.

Człowiek nie przestaje być wartością tylko dlatego, że jest istotą skończoną i ma swoje granice. Wartością pozostaje. Zawsze miałam poczucie wartości człowieka i nie czułam się zagrożona nihilizmem. Myślę, że także dlatego mogłam podjąć zawód, który kierował mnie ku ludziom i ich potrzebom.

(... )

Najważniejszą sprawą w owym dialogu z Bogiem jest modlitwa, z którą nierzadko mamy niemałe trudności. Jak dziś - w świecie obojętnym religijnie, by nie powiedzieć areligijnym - uczyć modlitwy i wychowywać do niej?

Istotne w tym wychowaniu byłoby nastawienie na refleksję. Życie modlitwy może rozwinąć się tylko na bazie refleksyjności - nad sobą, nad wydarzeniami z naszego życia, nad innymi ludźmi. Każda refleksja rodzi pytania, na które szukamy odpowiedzi. Znajdujemy je, odkrywając własne pragnienia i obawy, dostrzegając swoje granice i ucząc się w ten sposób wewnętrznej szczerości wobec siebie. Na tej bazie może rozwijać się modlitwa jako relacja z Bogiem, któremu mogę postawić różne pytania i wiem, że Bóg może mi udzielić na nie odpowiedzi. Tworzę w ten sposób pewną relację - uznaję swoją zależność od Boga i ostatecznie ku Niemu zaczynam kierować swoje pragnienia i poszukiwania. Dziś człowiek paradoksalnie chce uczestniczyć w rekolekcjach i szuka ich, ponieważ w pewnym momencie postawił sobie pytania i odkrył w sobie pragnienia, na które współczesna kultura masowa nie daje mu żadnych odpowiedzi. Najważniejsze jednak jest tu owo uczucie refleksyjności, a nie znalezienie odpowiedzi na wszystkie pytania, co starają się uczynić niektóre media. Trzeba nam wyłączyć się z tego powszechnego naśladownictwa, z kręgu różnorakich idoli. W tym widzę szansę na rozwój naszej modlitwy osobistej.

Ważne jest więc stworzenie pewnego klimatu do tej modlitewnej refleksji. Kiedy jednak wchodzimy do kościoła na niedzielną Mszę świętą, brakuje przestrzeni do refleksji.

Miałam na myśli tylko jedną ścieżkę modlitwy - modlitwę osobistą. Nie mówiłam o przeżywaniu modlitwy w parafii, w kościele czy na Eucharystii. Rzeczywiście jednak mam wrażenie, że wnętrze kościoła zubożało. W moich wspomnieniach z dzieciństwa, na przykład w maju, w środku kościoła znajdowało się morze kwiatów i płonących świec. Bogactwo wrażeń zmysłowych stwarzało pewien klimat, który dawał poczucie uczestnictwa w wartości. Dziś pod tym względem kościoły wydają się zubożone, ich wystrój stał się dużo skromniejszy. Nie ma już na przykład tylu świec. A one są dla mnie czymś żywym. Płomyk świec się rusza, wypala, zmienia w hołd składany Panu Bogu. Lampki naftowe czy światła żarówki są dla mnie martwe. Wydaje mi się, że także ludzie młodzi tak postrzegają światło świec. Propaguje się przecież kolacje przy świecach, by zaakcentować w ten sposób uroczystość chwili. Myślę, że w jakimś stopniu zagubiliśmy wartości, które pomagały przeżywać sacrum.

Świętowanie ze świecami wprowadziliśmy w celebrowaniu świeckich uroczystości, a w kościołach mamy do czynienia z czystym pragmatyzmem elektrycznych żarówek.

A to zubaża. Podobnie jest w przypadku muzyki sakralnej. Jeśli w kościele słyszę ten sam typ muzyki, co z odbiornika radiowego albo telewizyjnego, to nie mam poczucia, że wchodzę w inną sferę. Piosenki, które świetne sprawdzają się przy ognisku, w czasie wędrówek czy nawet pielgrzymek, stają się obce, jeśli przenieść je do kościoła. Kiedy byłam w Sodalicji Mariańskiej dziewcząt, śpiewałyśmy: "Królowej swej ja wierność przysięgałam...". Teraz słyszę: "Panience swej piosenkę na dobranoc...". Jest różnica, która zabija atmosferę. Poza tym dziś kościoły - poza nabożeństwami - zamyka się często na cały dzień. Nie mogą więc być azylem. Przed szybą drzwi nie czuję się wewnątrz świątyni, a sama świadomość, że zastanę drzwi kościoła zamknięte, nie pobudza mnie, by do niego wstąpić. Chroni się wartości materialne przed ewentualnymi złodziejami, ale jednocześnie zamyka się wartości, które są tam niezależnie od tego, czy trwa w kościele jakieś nabożeństwo, czy nie.

Epoka tych żywych symboli zdaje się już minęła, ale mimo wszystko pozostała tęsknota za świętowaniem. Jak dziś stwarzać atmosferę prawdziwego świętowania?

Nie wiem, czy mogę udzielić odpowiedzi na to pytanie, ponieważ jestem prawdziwym antytalentem, jeśli chodzi o świętowanie. Raczej uczestniczę w święcie niż je przygotowuję. Natomiast jeśli chodzi o świętowanie w kościele, to brakuje mi w naszych świątyniach atmosfery ciszy, nawet tam, gdzie przez cały dzień wystawiony jest do adoracji Najświętszy Sakrament. Nieraz trudno znaleźć chwilę, by pobyć przed Jezusem w ciszy: albo ludzie śpiewają, albo zbierają się różne grupy i zaczyna się recytacja tekstów modlitewnych. Wtedy nie dowierza się samej Obecności. Muszę przyznać, że bardzo brakuje mi atmosfery adoracji. Nawet w czasie Eucharystii zauważyłam, że kiedy kapłan odprawiający Mszę wprowadza moment ciszy - chociażby po wygłoszeniu kazania - nagle w tej ciszy w kościele narasta napięcie. Czuje się nerwowe oczekiwanie na ciąg dalszy. Jakbyśmy nie umieli przebywać w ciszy, a przecież cisza to szkoła uczenia się Bożej obecności.

Elżbieta Sujak

25.10.2010

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd