List od Heroda

Kategoria Notes . xadams piątek grudzień 28, 2007

Piątek 28.12.2007 - Święto Świętych Młodzianków

Jestem kimś znanym w historii świata. Ona osądziła mnie jak wielu innych, z nieubłaganą sprawiedliwością, uznała za winnego i pogrzebała. (…) Nazywam się Herod – przydomek „Wielki” nadałem sobie sam. Wyobrażałem sobie, że zasłużę na ten przydomek dzięki monumentalnym budowlom, jak Świątynia Jerozolimska, którą się chlubiłem. (…) Moje imię jednakże żyje dalej z powodu mojej strasznej zbrodni i żyć będzie jak długo istnieje ta Ziemia – także wtedy, gdy inne osobistości będą zapomniane. Żyje ono nadal z powodu mordu, jakiego dokonałem na małych, niewinnych dzieciach. Kazałem zabić niektórych chłopców w Betlejem i okolicy. Wiele rzeczy czas pokrywa zapomnieniem. Jednak 2000 lat nie wystarczają jeszcze, żeby zapomnieć o mojej, Heroda zbrodni.(…)
Nie żądam oczyszczenia. Przelana krew nie daje się obmyć. Nie wymagam przebaczenia. Tylko Bóg może go użyczyć. Historia nie udziela przebaczenia. Żądam tylko, żebym nie był więcej w tej dziedzinie kwalifikowany jako największy zbrodniarz. Dawno już zostałem prześcignięty przez innych. Stawiam wniosek, żeby moje imię przestało być używane jako symbol ohydnej zbrodni popełnionej na niewinnych dzieciach. (…) Wy, ludzie XX stulecia, którzy z pogardą wypowiadacie moje imię, mówicie o nim dzieciom jako o wstrętnym symbolu zbrodni – co wy sami wyprawiacie? (…)
Czy wasze dzieci, wasze niewinne dzieci, wasze bezbronne dzieci są bezpieczne wobec waszego egoizmu? Ile ich mordujecie każdego roku na tym małym kawałku ziemi, który nazywacie Ojczyzną? Czy są to może setki tysięcy pomordowanych, niewinnych, nienarodzonych, bezbronnych dzieci? Setki tysięcy niemych ust, które zamilkły na zawsze, którym było wzbronione uśmiechnąć się kiedykolwiek, zapłakać, tylko oskarżyć?
O Betlejem, jakim mało znaczącym epizodem byłeś ty! Tam przynajmniej walczyły matki na śmierć i życie, choć nadaremno, o życie swoich dzieci. A dzisiaj? Matki żebrzą przed komisją, żeby dziecko, które przeszkadza ich wygodzie zostało skazane na śmierć. (…)
Zostałem przez wasze przestępstwa dalece prześcignięty. Wy wszyscy, którzy wymieniacie moje imię w związku z Betlejem, zapomnijcie Heroda! Zostawcie go w spokoju! Był on przecież w porównaniu z wami tylko nędznym partaczem!
A ty, historii świata, szukaj prawdziwych imion przestępców dwudziestego wieku! Jeśli masz odwagę, sporządź listę nazwisk katów i straszne wykazy mordowanych niewinnych dzieci tego czasu! Ja stawiam wniosek o rehabilitację swojej osoby!
Chcę innym pozostawić pierwsze miejsce zbrodni dokonanych na niewinnych dzieciach, tym, którzy na nie bardziej ode mnie zasługują. A jeśli dla was, ludzie kultury, humaniści, chrześcijanie, mój wniosek posuwa się za daleko, pozwalam sobie zauważyć, że sumienia, którego ja wówczas nie miałem, wy także nie posiadacie. Wiarę w Odkupienie do wiecznej szczęśliwości, której ja nie znałem, wy dawno utraciliście – i nie szukajcie wytłumaczenia w zmęczonych nerwach.

Osąd waszych czynów – także pozostawiam nieubłaganie sprawiedliwej historii.

(jest to fragment artykułu “Morderca z Betlejem prosi o rehabilitację. List Heroda do ludzi XX wieku” z “Der Fels” tłum. ks. Stanisław Pisarek, zamieszczonego w Gościu Niedzielnym w 1991 r. - jeśli ktoś byłby zainteresowany całością, to się zmobilizuję i przepiszę)

Ujrzał i uwierzył

Kategoria Notes . xadams piątek grudzień 28, 2007

Czwartek 27.12.2007 - Święto św. Jana Ewangelisty (J 20,1-8 )

Co takiego zobaczył ów drugi uczeń, czyli Jan, że od razu uwierzył w Zmartwychwstanie Jezusa? Przecież nie mógł to być jedynie pusty grób, który dla kobiet był jedynie świadectwem, iż zabrano ciało Pana. Zarówno ks. Edward Szymanek w „Wykładzie Pisma Świętego Nowego Testamentu”, jak i Giuseppe Ricciotti w „Życiu Jezusa Chrystusa” twierdzą, iż wywnioskował to z faktu, że w wypadku zabrania zwłok „nie zostałyby one odwinięte z opasek, a chusta nie byłaby zdjęta”.
Mimo wszystko nie wydaje się, żeby był to dowód na tyle przekonywujący, żeby na jego podstawie bez żadnych wątpliwości uznać fakt Zmartwychwstania.

Próbując dociec tego, co tak naprawdę zobaczył Jan, ks. Antonio Persili wysuwa ciekawą koncepcję, wynikającą z jego wieloletnich badań dotyczących tego wydarzenia.

Dla lepszego jej zrozumienia najpierw kilka informacji wstępnych. Otóż umarli byli przez Żydów grzebani w swoich ubraniach. Jednakże szaty Jezusa stały się własnością żołnierzy. Dlatego też zakupiono kilka metrów płótna (Mk 15,46), które następnie pocięto na kawałki, aby okryć, zawinąć i związać ciało Jezusa. Przede wszystkim odcięto płótno na całun, w który owinięto ciało. Było to niezbędne do tego, aby nie dotknąć bezpośrednio zwłok i nie ściągnąć na siebie nieczystości. Poza tym Prawo zakazywało pozostawiania krwi z ran człowieka zmarłego w wyniku urazu, a gdyby rozlała się na ziemię, wówczas trzeba było tę ziemię pochować wraz z umarłym. Dlatego też całun miał temu zapobiec.
Dziwny jednak wydaje się fakt, że Ewangelie mówią o owinięciu ciała w płótna, Jan dodaje również wzmiankę o wonnościach, nigdzie natomiast nie ma mowy o obmyciu i namaszczeniu olejami ciała Jezusa. Były to przecież, według rabinów, czynności obowiązkowe. Różnie próbowano ten fakt interpretować: brakiem czasu, brakiem wody, prowizorycznością pogrzebu… Tymczasem jeden z przepisów Prawa zakazywał obmywania zmarłego z ranami zewnętrznymi – grzebano go razem z „krwią życia”.

Wspomniany ks. A. Persili dokonuje takiej rekonstrukcji:
„Ciało Jezusa zostało przygotowane do pogrzebu w następujący sposób. Najpierw zostało zawinięte w wielkie płótno (całun). Następnie przystąpiono do czynności owijania ciała opaskami (othonia) wylewając w tym czasie do wewnątrz i na zewnątrz nich wonności. Tej czynności owijania i związania towarzyszyło zastosowanie dwóch chust: pierwsza wewnątrz całunu, gdzie spełniała funkcję opaski podtrzymującej podbródek; druga na zewnątrz, dla uzupełnienia owinięcia i związania”

Opaski między innymi zapobiegały nadmiernemu ulatnianiu się wonności, a stałoby się tak w przypadku kontaktu całunu z powietrzem. Podobną rolę pełniła chusta na głowie – chroniła przed zbyt szybkim wyparowaniem roztworu mirry i aloesu. Poza tym jest bardzo prawdopodobne, że miała zakrywać również całun przesiąknięty w tym miejscu krwią z ran twarzy i głowy.

Wracając jednak do tematu głównego. Jan pochyliwszy się zobaczył „keimena ta othonia”
Vulgata tłumaczy to: „linteamenta posita”
Biblia Tysiąclecia natomiast: „leżące płótna”

Jednakże „płótno” czy też „tkanina z lnu” określane było w języku greckim terminem „sindon” – jak np. Mk 15,46. Dlatego też w tym przypadku bardziej precyzyjne byłoby użycie słowa „opaski”, a nie „płótna”.
Słowo „keimena” to imiesłów czasownika „keimai”, który według słownika klasycznego języka greckiego oznacza:
„leżeć, być rozpostartym, siedzącym, wyciągniętym, horyzontalnym; mówi się o jakiejś rzeczy niskiej w przeciwstawieniu do wysokiej, podniesionej, jak na przykład spokojne morze wobec morza wzburzonego”.

Wobec powyższego Persili wyciąga następujące wnioski:
„Znaczeniem, jakie Jan chce nadać temu czasownikowi, jest uwypuklenie tego, że najpierw opaski były uniesione („jak wzburzone morze”), ponieważ wewnątrz było ciało; po Zmartwychwstaniu natomiast opaski były zniżone, rozpostarte („jak spokojne morze”), leżąc na tym samym miejscu, gdzie znajdowały się, kiedy zawierały zwłoki Jezusa. (…) Vulgata tłumaczy imiesłowem „posita”, który dobrze oddaje wyobrażenie opasek rozpostartych i pustych, ponieważ czasownik „ponure” znaczy właśnie „kłaść na dół”. Dlatego dwa słowa „keimena ta othonia” musi się tłumaczyć jako „opaski rozpostarte”, ale nienaruszone, nie uszkodzone. (…) Stanowią one pierwszy ślad Zmartwychwstania: było bowiem absolutnie niemożliwe, żeby ciało Jezusa, po prostu reanimowane, wyszło z opasek lub żeby zostało wyniesione, czy to przez przyjaciół, czy też wrogów, bez rozwinięcia tych opasek albo, w każdym razie, bez naruszenia ich w jakiś sposób.”

Jest to już wystarczający powód do uwierzenia w Zmartwychwstanie, jednakże w grobie było jeszcze coś więcej. Oto Piotr po wejściu do grobu, oprócz owych „rozpostartych opasek” ujrzał jeszcze „chustę leżącą nie razem z płótnami, ale oddzielnie zwiniętą w jednym miejscu”.

Tak podaje Biblia Tysiąclecia, jednakże Persili twierdzi:
„Nieszczęśliwe tłumaczenie niszczy cudowny ślad, jaki ewangelista z wielką troskliwością uwypuklił oraz opisał zwięźle i wyraziście.”
Następnie zaś na podstawie szczegółowej analizy językowej, która jest zbyt obszerna, aby ją tutaj przytaczać, wykazuje, że wiersze od 3 do 7 należałoby przetłumaczyć następująco:

„”(Jan) pochyliwszy się, spostrzega rozpostarte opaski, ale nie wszedł. Przychodzi tymczasem Szymon Piotr, który szedł za nim, i wchodzi do grobu, i przygląda się rozpostartym opaskom oraz chuście, która była na Jego głowie, ale nie rozpostartej z opaskami, ale przeciwnie, owiniętej w jedynej pozycji”.

Tak więc po zniknięciu ciała, opaski którymi je owinięto, jako cięższe, opadły na całun i przybrały pozycję „rozpostartą”. Natomiast chusta na głowę, jako lżejsza i mniejsza, dodatkowo jeszcze „usztywniona” wysuszaniem się ciekłych wonności, pozostała w takiej pozycji jak wówczas, kiedy jeszcze owijała głowę zmarłego.

Brak śladów włamania i naruszenia płócien, z których nikt nie mógł wyjść lub zostać wyciągniętym oraz chusta „owijająca” puste już miejsce – były wystarczającymi dowodami, świadczącymi o Zmartwychwstaniu Jezusa.

Taką możliwość dopuszcza również Craig S. Kelner w „Komentarzu historyczno – kulturowym do Nowego Testamentu”:

„Chusta, którą przykrywano twarz, była nie tylko „złożona”, lecz „zwinięta”, co wskazywałoby na staranny sposób, w jaki to uczyniono albo, że w dalszym ciągu była zwinięta w taki sposób, w jaki umieszczono ją na głowie Jezusa, co znaczyłoby, że Jego ciało zmartwychwstało wprost z płócien i chust, jakimi było owinięte.”Jan “ujrzał i uwierzył”, ale “błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”

Niebo otwarte.

Kategoria Notes . xadams piątek grudzień 28, 2007

Środa 26.12.2007 - św. Szczepana, męczennika

Pewien władca, krótko po objęciu tronu postanowił w jednym dziele zebrać całą mądrość ludzką. Zadanie to zlecił nadwornym mędrcom, którzy w tym celu przemierzyli wzdłuż i wszerz całe królestwo. Minęło wiele lat i praca ta w końcu została ukończona. Dzieło jednak liczyło kilkaset opasłych tomów. Władca był już w podeszłym wieku, więc nie starczyłoby mu już życia, aby wszystkie przeczytać. Na jego życzenie wybrano więc te, które wydawały się najważniejsze. Po kilku latach czytania, król poważnie zachorował, gdy zaczęła się agonia poprosił, by spróbowano, jeśli to możliwe, w jednym zdaniu oddać treść ksiąg, których już nie zdoła przeczytać. Wówczas jeden z mędrców odpowiedział:

“Ludzie rodzą się, cierpią i umierają”

I wydawać by się mogło, że nawet Kościół w pewien sposób tę prawdę potwierdza, kiedy po wczorajszym radosnym świętowaniu Uroczystości Bożego Narodzenia każe nam dzisiaj obchodzić Święto św. Szczepana, pierwszego męczennika i do rozważenia podaje jakże trudne słowa Chrystusa, które przed chwilą słyszeliśmy w Ewangelii.

Czy jednak trzeba to czynić teraz, psując ten jakże serdeczny, ciepły nastrój. Czy nie lepiej byłoby przez kilka dni zachować tę świąteczną atmosferę?
A może jednak to nie Kościół ją “psuje”, ale my - wypaczając w jakiejś mierze istotę świętowania? Przecież przyjście Pana Jezusa na świat, opisane przez Ewangelistów w jakże oszczędny, niemalże “suchy” sposób, nie dokonało się w sielankowej atmosferze. Poprzedzone było - jak wspominałem w niedzielę - koniecznością dokonywania dramatycznych wyborów przez Maryję i Józefa. Później zaś daleka, trudna droga i zatrzaśnięte drzwi domów. Co czuła Maryja, kiedy nie było dla nich miejsca w gospodzie? Co czuł Józef, kiedy w swojej rodzinnej miejscowości nie mógł znaleźć dachu nad głową dla mającej rodzić Maryi? I później - proroctwo Symeona o mieczu, który przeniknie serce Maryi, nienawiść Heroda, strach i ucieczka do Egiptu…

Tymczasem te trudne i bolesne wydarzenia przykrywamy mgłą sentymentalizmu, przyozdabiamy różnokolorowymi świecidełkami, ludowymi obyczajami i zasypujemy górą prezentów. Po dwóch dniach zaś wstajemy od suto zastawionych stołów i z sakramentalnym zdaniem: “Święta, święta i po świętach” wracamy do codziennej rzeczywistości. Czy jednak coś w nas się zmienia? Bo przecież świętowanie nie polega na objadaniu się, wysypianiu, śpiewie kolęd czy wzruszaniu się przy żłóbku. Świętowanie to czas ofiarowany Panu Bogu, czas modlitwy, refleksji nad sobą, czas łaski i umocnienia na drodze naszego życia. Albowiem my również “Rodzimy się, cierpimy i umieramy”. Od narodzenia towarzyszy nam trud i cierpienie, czy to fizyczne, czy duchowe - i tak aż do śmierci. Jednakże dzięki tym Narodzinom, które wczoraj świętowaliśmy, Narodzinom, które dla Syna Bożego były początkiem ziemskiej drogi na śmierć krzyżową - śmierć św. Szczepana wspominana przez nas dzisiaj stała się narodzinami - narodzinami dla nieba. Dzięki temu także i nasza śmierć może stać się bramą do nieba. Bo “kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”.

Wiemy jednak, że nie jest to łatwe - wytrwać w wierności Chrystusowi. Znamy swoje słabości, upadki, szamotanie się ze złem, z grzechem w naszym życiu. I czasami mamy pretensje do Pana Boga, że nam nie pomoże. Jednakże warto się zastanowić, czy nie jest odwrotnie? Czy to nie my zamykamy się czasem i nie korzystamy z Bożej pomocy i łask jakich pragnie nam udzielić? Ze zdumieniem bowiem obserwuję postawę wielu ludzi, którzy do spowiedzi chodzą jedynie od święta - dwa razy w roku.
Co powiedzielibyśmy o małżeństwie, w którym mąż i żona byliby skłóceni ze sobą przez większość roku, a godzili się jedynie na chwilę - na Boże Narodzenie i Wielkanoc - a po nich znowu trwali w niezgodzie? Cóż to byłoby za małżeństwo i cóż za miłość? A przecież sakrament pokuty nazywamy inaczej sakramentem pojednania - pojednania się z Bogiem, którego obraziłem przez grzech, tracąc przez to łaskę uświęcającą, wchodząc w stan “skłócenia” z Nim. Jeśli więc nie ma we mnie pragnienia jak najszybszego pojednania się z Nim - to cóż to za chrześcijaństwo i cóż za miłość do Niego?
Poza tym sakrament pokuty jest istotnym elementem pracy nad sobą. Z doświadczenia wiemy, że po spowiedzi mamy więcej i sił i chęci, by walczyć ze swoimi słabościami, panować nad słowami, pilnować swojego postępowania. Później jednak, z biegiem czasu, to wszystko słabnie. Także więc i z tego powodu spowiedź powinna odbywać się w miarę często. Niektórzy mówią, że nie mają z czego się spowiadać - a Jan Paweł II spowiadał się co dwa tygodnie. Czyżby był większym grzesznikiem od nas? Nie sądzę - on po prostu wiedział jaka jest wartość sakramentu pokuty i korzystał z tej łaski danej nam od Boga. Niczego nie zmienimy, niczego w sobie nie poprawimy jeśli i my z niej nie będziemy często korzystali.
I wreszcie - spowiedź otwiera nam drogę do przyjmowania tego największego daru jakim jest Komunia Święta - mamy możliwość przyjęcia samego Pana Boga, możemy karmić się Jego Ciałem. Gdybyśmy nie jedli - nie będziemy się dziwić, że jesteśmy coraz słabsi, że coraz mniej potrafimy zrobić - to takie naturalne i oczywiste. Tymczasem niekiedy długi czas nie przyjmujemy Komunii i dziwimy się, że coraz więcej zła w naszym życiu, kłótni, komplikacji, upadków i grzechów, że nie potrafimy poradzić sobie z sobą, z problemami. Nie dziwmy się - to też jest naturalne i oczywiste.

Obyśmy więc korzystali z tych łask, które Bóg nam daje i wytrwali do końca - a wtedy i przed nami, tak jak przed św. Szczepanem, otworzy się niebo.

Nic więcej…

Kategoria Notes . xadams wtorek grudzień 25, 2007

Boże Narodzenie 2007

 

W tym roku mnie przypadło w udziale wygłoszenie kazania na Boże Narodzenie. I muszę przyznać, że wśród tego przedświątecznego zabiegania i spowiedzi, niewiele było czasu, aby nad nim się zastanowić. Dlatego też z pewnymi objawami paniki i przerażenia uświadomiłem sobie przedwczoraj wieczorem, że jeszcze nic nie przygotowałem. Poszukałem więc mądrej księgi o Bożym Narodzeniu, wziąłem kartkę papieru, długopis i zasiadłem w fotelu. Wtem… zobaczyłem postać łudząco podobną do Chrystusa z mojego obrazka prymicyjnego. Byłem przestraszony. Zdobyłem się jednak na odwagę i powiedziałem:
„Panie Jezu, Ty wiesz, że jutro mam powiedzieć kazanie. Wiesz, że do kościoła przyjdzie mnóstwo ludzi. Podczas tego najpiękniejszego dnia w roku będą oczekiwali czegoś niezwykłego, wyjątkowego, czegoś, co ich zachwyci, zafascynuje, porwie swoim pięknem i otworzy serca na Boga. Jakich słów mam użyć, co powiedzieć, aby wyszli z kościoła lepsi, radośniejsi, bardziej kochający Ciebie i swoich braci?
On - pomyślał przez chwilę, a potem Jego twarz rozjaśnił uśmiech. „Wiem o czym powinieneś mówić - usłyszałem.
Serce zaczęło mi bić szybciej, a przez głowę przelatywały, ze wstydem przyznaję, niezbyt skromne myśli. Sam Pan Jezus powie mi, co mam mówić. Toż to będzie rewelacja! Wszyscy będą słuchać z zapartym tchem. Nikt nie zaśnie, nie będzie nerwowo spoglądał na zegarek, nie pomyśli o czymś innym. Być może napiszą o tym w gazetach. A już na pewno pokolenia kleryków w seminariach będą, na przykładzie tego kazania, uczyć się jak i co należy mówić ludziom. Cały zamieniłem się w słuch, aby nie uronić ani jednego słowa.

„Powiedz im - usłyszałem - że ich kocham miłością nieskończoną, miłością tak wielką, że nawet się nie wahałem przyjść na ziemię. Dla każdego z nich. Ja - Bóg, Wszechmogący, Stwórca nieba i ziemi. Pan całego wszechświata - stałem się Człowiekiem, stałem się ich Bratem.

Przyszedłem na świat jako małe bezbronne dziecko, aby nikt, nawet ci najsłabsi, nie bali się do Mnie przyjść.

Przyszedłem na świat w ubogiej stajni, aby nikt, nawet ci najbiedniejsi, opuszczeni i bezdomni nie czuli się onieśmieleni blaskiem i przepychem.

Przyszedłem na świat obierając sobie za Matkę ubogą dziewczynę z Nazaretu i zwykłego cieślę za Opiekuna, aby nikt, nawet ci prości i niewykształceni nie byli zażenowani i skrępowani zwracając się do mnie. Powiedz im, że stałem się człowiekiem, aby wszystko, co ludzkie mogło okazać się święte: ich praca i zmęczenie, ich ludzka miłość, samotność, cierpienie…”

Kiedy słuchałem Jego słów, mój początkowy entuzjazm powoli opadał, a w jego miejsce zaczęło wkradać się rozczarowanie. Gdy skończył zapadło milczenie, a On patrzył na mnie wyczekująco. Wreszcie, nie śmiąc spojrzeć Mu w oczy powiedziałem:
„Panie Jezu, przecież oni to wszystko już wiedzą. Tyle razy już o tym słyszeli - na katechezach, kazaniach. Takimi słowami już się dzisiaj nikogo nie zachwyci, ani nie porwie za sobą. Takie słowa nie wzbudzą już dzisiaj w nikim radości. Tu trzeba czegoś więcej.”

On uśmiechnął się tak jakoś smutno i rozłożywszy bezradnie ręce powiedział:
„Ale Ja nic więcej nie zrobiłem. Niczego więcej im nie dałem - tylko samego siebie.”

Wtedy właśnie… Wtedy się obudziłem. Paliły się wszystkie światła, zegar pokazywał, że zbliża się dwunasta, a mądra książka leżała obok fotela. W pokoju oczywiście nie było nikogo. Lecz ja wciąż widziałem te ręce rozłożone bezradnie, a w uszach dźwięczały ostatnie słowa:
„Ale Ja nic więcej nie zrobiłem. Niczego więcej im nie dałem - tylko samego siebie.”
I wtedy zrozumiałem, że nawet najwspanialsze kazanie niewiele zmieni, jeśli ta prawda nas nie zachwyca i nie daje radości. Na nic się nie zda porażająca elokwencja ani wyszukana retoryka, jeśli wśród tych wszystkich bożonarodzeniowych świecidełek, figurek, prezentów i suto zastawionych stołów, nie odkryjemy Tego, który przychodzi, aby dać nam samego siebie.

Zegar na wieży kościelnej wybił północ, książka pozostała na podłodze, a ja położyłem się spać. Dlatego właśnie moi drodzy, zamiast wygłosić wspaniałe i mądre kazanie, chciałbym jedynie złożyć wam dzisiaj życzenia: Aby Chrystus tak naprawdę narodził się w Waszych sercach i był źródłem prawdziwej radości na każdy dzień Waszego życia.

Zabłysło Światło

Kategoria Notes . xadams poniedziałek grudzień 24, 2007

Pasterka 2007

Późnym, zimowym wieczorem idziesz przez las. Ciemność i chłód wciskają się w najdalszy kąt twojej duszy. Pomiędzy ogołoconymi z liści konarami drzew zawodzi wiatr. Każdy potrącony kamień, każdy trzask łamanej gałązki sprawia, że twoje serce zaczyna ci bić szybciej, choć wiesz, że oprócz ciebie nie ma wokół nikogo. Odruchowo wtulasz głowę w ramiona słysząc trzepot skrzydeł przelatującego ptaka i zatrzymujesz się przed krzakiem, który w słabej poświacie księżyca przybrał fantastyczne kształty. Jesteś przeraźliwie sam, zagubiony, bezradny.
A przecież wystarczy trochę światła, aby poczuć się zupełnie inaczej. Zobaczyć las zaścielony kobiercem iskrzących się białych płatków śniegu i ogrzać twarz w promieniach słońca, przenikających między konarami drzew. Cieszyć się z dobroci Boga - Stwórcy.

Działo się to w noc podobną do dzisiejszej. Mała dziewczynka szła boso wśród ciemności, ulicą. Jej małe stopki były sinoczerwone z zimna. Tak samo przemarznięte były jej rączki, w których trzymała koszyk z zapałkami na sprzedaż. Tego dnia nikt nie kupił od niej ani jednego pudełka i dlatego bała się wrócić do domu bo ojciec by ją zbił - była głodna, zmarznięta i smutna. Śnieg zaczął padać i jego płatki osiadały na jej włosach. W domach paliły się świeczki, a w powietrzu unosił się zapach pieczonej gęsi. Wcisnęła się w kąt, między dwa domy i aby się rozgrzać zapaliła zapałkę. W jej świetle zobaczyła nagle duży piec w którym wesoło migotały płomienie, lecz kiedy wyciągnęła zziębnięte nóżki, aby je ogrzać, zapałka zgasła i piec zniknął. Kiedy zapaliła następną ukazał się jej stół uginający się pod ciężarem smakowitych potraw i słodyczy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę jak bardzo jest głodna. Lecz kiedy sięgnęła ręką aby czegoś skosztować znowu wszystko zniknęło. Światło trzeciej zapałki ukazało jej ogromną choinkę pełną lampek, bombek i innych ozdób, a także prezentów, które pod nią leżały. Lecz i tym widokiem nie cieszyła się długo - wszak zapałki tak szybko gasną.
W świetle kolejnej zobaczyła babcię - jedyną osoba, która była dla niej dobra, lecz już nie żyła. Babciu - wykrzyknęła - zabierz mnie ze sobą. Wiem, że kiedy zapałka się wypali znikniesz jak wszystko inne.
Dziewczynka szybko potarła wszystkie zapałki. Zapłonęły tak, iż stało się jasno jak w dzień, a babcia wzięła dziewczynkę w ramiona i poniosła do nieba.
Z nastaniem poranka, znaleziono małą dziewczynkę z różowymi policzkami i uśmiechem na wargach - zamarzniętą na śmierć. Lecz ci, którzy ją żałowali, nie mieli pojęcia o tym z jakim uczuciem szczęścia i radości poszła z Babcią tam, gdzie nie było już ani zimna, ani głodu, ani strachu.

Powiesz, że to bajka. Rzeczywiście, ale jakże piękna i jak bardzo prawdziwa. Tak często bowiem nasze życie przypomina ową wędrówkę przez ciemny las - pełną strachu, samotności, zagubienia. Tyle w naszym życiu spraw trudnych, których nie da się wyeliminować, pytań, na które nie znajdujemy odpowiedzi i niepokojów, które nie tylko nie maleją, ale wręcz rosną z czasem. Tyle bólu, cierpienia i łez, które będziemy musieli zabrać ze sobą do grobu. Co zatem robić? Czy tak jak niektórzy zapalać kolejno jedną po drugiej zapałki ludzkiego pocieszenia, którymi jakże często są pieniądze, alkohol, ciało drugiego człowieka, takie czy inne, wątpliwej wartości rozrywki? Lecz ich blask i ciepło są tylko ułudą i kiedy gasną - bardzo szybko - wtedy noc wokół nas staje się jeszcze czarniejsza i bardziej przerażająca. Więc może warto przypomnieć sobie wówczas słowa proroka Izajasza, które dzisiaj słyszeliśmy:

“Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką.
Mieszkańcom kraju mroków zabłysło światło.”

To właśnie Chrystus jest tą światłością świata. Światłością rozpraszającą ciemności zła, grzechu, nienawiści. Światłością, dzięki której sens ma zarówno nasze cierpienie, ból, jak i wszelkie dobro, które czynimy. Nie możemy więc zadowalać się blaskiem sztucznych ogni i lampek na choince. Trzeba nam otworzyć oczy i zobaczyć prawdziwe Światło. Tylko wtedy bowiem możemy mieć nadzieję, że nadejdzie taka chwila, kiedy Chrystus weźmie nas w ramiona i poniesie do nieba, tam, gdzie nie będzie już ani zimna, ani głodu, ani strachu.

Życzenia

Kategoria Zapiski na marginesie . xadams poniedziałek grudzień 24, 2007

Konstandins Kawafis w jednym z moich ulubionych wierszy “Gdy Strażnik ujrzał światło” pisał kiedyś:

“Upragniony sygnał wreszcie rozbłysnął.

Ale gdy szczęście przychodzi,

zwykle niesie mniejszą radość niż ta,

której czekano”


I tak dzieje się niestety, ze wszystkimi ludzkimi marzeniami i wyobrażeniami szczęścia…
Dlatego nie życzę spełnienia marzeń czy pragnień - lecz po prostu, byście byli naprawdę SZCZĘŚLIWI

Nadchodzi…

Kategoria Notes . xadams poniedziałek grudzień 24, 2007

Poniedziałek 24.12.2007 (Łk 1,67-79)

Wigilia - jeden z najbardziej zabieganych dni w roku. Tyle trzeba jeszcze zrobić - przygotować świąteczne potrawy i stół wigilijny, zapakować prezenty pod choinkę, zatelefonować z życzeniami do paru osób, odwiedzić kogoś bliskiego… Pośród tego rozgorączkowania i szalonego tempa rozlegają się słowa Zachariasza, cichego i pokornego kapłan Starego Testamentu, który przypomina nam o tym, że Pan nawiedził lud swój i go wyzwolił, że okazał miłosierdzie naszym ojcom i wspomniał na swoje święte Przymierze, że ludowi swemu daje poznać zbawienie, że zajaśnieje tym, co w mroku i cieniu śmierci mieszkają, aby nasze kroki skierować na drogę pokoju.

Kiedyś, przed laty, Jan Paweł II przemawiając z okazji Świąt Bożego Narodzenia pytał:
“Czyż świat nie mógłby wsłuchać się w świadectwo nocy betlejemskiej? Czy nie powinien posłuchać głosu Boga, który rodzi się w ubóstwie?… Czyż Bóg nie powinien wreszcie usłyszeć naszego milczenia, tak aby w ciszy mogła dotrzeć do Niego modlitwa i błaganie tak wielu ludzi dobrej woli? Błaganie tak wielu udręczonych serc, głos tak wielu milionów ludzi, którzy głosu nie mają?”

Obyśmy potrafili w tej krzątaninie wokół naszych “udanych” świąt usiąść u stóp Pana w ciszy i pokorze serca i znaleźli czas na stanięcie przed Bogiem w pokornej adoracji. Czy może bowiem być coś bardziej stosownego na tę noc jak ciche i pełne oczekiwania czuwanie?

Do Jezusa przychodzimy tak samo ubodzy jak niegdyś pasterze - nie mamy niczego, co moglibyśmy Mu dać. Dzisiejszej nocy to On rozdaje dary. Ten, który z miłości przyjął ludzkie ciało, aby wśród nas zamieszkać i za nas oddać swoje życie.
Bogaty - choć przyszedł na świat w ubóstwie.
Jest mądrością wieków - choć narodził się wśród bydląt.
Przyszedł jako bezradne niemowlę - choć Jego misją było ocalenie zagubionych.

Bóg nawiedził lud swój - przygotujmy Mu miejsce w naszych sercach, aby mógł tam przebywać przez wszystkie dni naszego życia - a wtedy skieruje nasze kroki na drogę pokoju.

I wtedy przyszedł anioł…

Kategoria Notes . xadams wtorek grudzień 18, 2007

Wtorek 18.12.2007
i IV Niedziela Adwentu 23.12.2007 - Rok A (Mt 1,18-24)

Można wnioskować, że Józef nic wcześniej nie wiedział o poczęciu Jezusa. Dowiaduje się dopiero teraz, po powrocie Maryi od Elżbiety, czyli około pięć miesięcy po zwiastowaniu, najprawdopodobniej zauważając fizyczne zmiany u narzeczonej. Nie znając prawdziwej przyczyny miał prawo po ludzku rzecz biorąc uznać, że został zdradzony. Czy znając Maryję przeczuwał, że wydarzyło się coś nadprzyrodzonego? Nie wiadomo, tradycja chrześcijańska w tym względzie jest niejednolita. Niektórzy Ojcowie Kościoła uważali, że Józef był dręczony niepokojem, co do stanu Maryi. Inni pisarze twierdzili, że Józef wiedział już wcześniej o planie Boga, a chciał oddalić się od Maryi ze względu na swoją pokorę. Takie jednak tłumaczenie jest jednak sprzeczne z opisem Mateusza, w którym dopiero później anioł przekazuje Józefowi wyjaśnienia. Święty Hieronim natomiast podaje (i to jest chyba najbardziej prawdopodobne rozwiązanie), że z jednej strony Józef rzeczywiście „sprawiedliwy”, lecz równocześnie wierzy w niewinność Maryi. Wobec tego znajduje się w sytuacji wydawać by się mogło, bez wyjścia:

„Jakże więc Józef ukrywając uchybienie swej żony może być nazwany sprawiedliwym? Jest to dowód na korzyść Maryi, bo Józef, znając Jej czystość i zdumiony tym, co zaszło, pokrywa milczeniem to, czego tajemnicy nie zna” (Hieronim „In Math” 1,19)

Biorąc pod uwagę zwyczaje i prawa, Józef mógłby dać Maryi list rozwodowy i Ją oddalić. Jednakże doprowadziłoby to do Jej zniesławienia, a być może nawet naraził na niebezpieczeństwo ukamienowania. Z drugiej jednak strony każdy uczciwy i prawy Żyd, przekonany o winie narzeczonej nie tylko mógł, ale wręcz zobowiązany był ten fakt ujawnić, a narzeczoną oddalić. W przeciwnym bowiem wypadku groziło mu oskarżenie o pochwałę zła i współuczestniczenie w nim.

Pismo Święte pisze na temat zaistniałej sytuacji bardzo oszczędnie. Jednakże biorąc pod uwagę powyższe zwyczaje i kulturę, a także postacie Józefa i Maryi, można z dużą dozą prawdopodobieństwa spróbować odtworzyć przebieg wydarzeń i tok myślenia Józefa:

Józef i Maryja są już małżeństwem, chociaż nie nastąpiło jeszcze przeprowadzenie Maryi do domu Józefa. Okazuje się, że Maryja jest brzemienna. Można się jedynie domyślać, co Józef przeżywał – zakochany tak bardzo, że zgodził się na życie w czystości byleby tylko być z Maryją, teraz dowiaduje się, że urodzi ona dziecko, którego nie jest ojcem. Co może w takiej sytuacji zrobić? Pierwsza myśl, jaka przychodzi nam do głowy to – przebaczyć, nic nie mówić publicznie, udać, że dziecko jest Jego. Tylko, że łatwo się tak myśli siedząc przed komputerem i nie mając takiego problemu – tym bardziej, że trzeba pamiętać zarówno o mentalności ówczesnych Izraelitów jak i specyficznej sytuacji Józefa i Maryi. Być może z czasem, Józef tak by zrobił – jednakże w tym momencie targany sprzecznymi uczuciami – bo i ogromna miłość i niedowierzanie i fakty – bo przecież dziecko istnieje, i rozgoryczenie i smutek - nie wyobraża sobie wspólnego życia. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było oddalenie Jej. Jednakże gdyby to zrobił publicznie i oficjalnie, musiałby podać powód takiej decyzji – gdyby podał prawdziwy, Maryja zostałaby oskarżona o cudzołóstwo i groziłoby Jej ukamienowanie. Trudno przypuszczać, żeby Józef był w stanie do tego dopuścić. Innym wyjściem byłoby kłamstwo, co do powodu oddalenia – a więc grzech – tego również chciał uniknąć. Tak więc pozostało mu tylko jedno wyjście - oddalić Ją potajemnie. Porozmawia więc z Maryją bez świadków i oddali Ją. Gdyby jednak został w Nazarecie czekałyby go nieustanne pytania ze strony ludzi, krewnych, przyjaciół, rodziny Maryi, być może potępienie, że oddalił matkę swojego nienarodzonego jeszcze dziecka, być może podejrzenia, że ojcem jest ktoś inny. Czy potrafiłby żyć w takiej atmosferze, czy potrafiłby – choćby tylko na ulicy – spotykać Tę, którą ukochał nade wszystko, spojrzeć Jej w oczy? Jeśli jednak odejdzie z Nazaretu wszystko się ułoży – to prawda, że ludzie go potępią, że zostanie zniesławiony bo wykorzystał dziewczynę, a potem Ją zostawił i uciekł haniebnie – ale to o Nią przecież chodzi. Jej będą współczuć, żałować Ją i nikt złego słowa nie powie…

I wtedy przyszedł anioł…

Rodowód

Kategoria Notes . xadams wtorek grudzień 18, 2007

Poniedziałek 17.12.2007 (Mt 1,1-17)

Przodkowie Jezusa - święci i grzesznicy, wielcy i niewiele znaczący… Przez nich Pan Bóg konsekwentnie realizował swój plan zbawienia i nawet ze zła potrafił wyprowadzić dobro…

Podobnie jest i dzisiaj - wśród naszych przodków, w naszych rodzinach także są różni ludzie…
A Pan Bóg dalej konsekwentnie realizuje swój plan zbawienia i także dzisiaj nawet ze zła potrafi wyprowadzić dobro…

Wątpliwości

Kategoria Notes . xadams niedziela grudzień 16, 2007

III Niedziela Adwentu Rok A - 16.12.2007 (Mt 11,2-11)

„Ciemność jest tak ciemna – a ja jestem samotna, niechciana, opuszczona. Samotność serca, które pragnie miłości, jest nie do wytrzymania. Gdzie jest moja wiara? Nawet głęboko we mnie nie ma nic prócz pustki i ciemności. Mój Boże, jak bolesny jest ten nieznany ból. Boli nieustannie. Nie mam wiary. Nie potrafię wykrztusić słów i myśli, które kłębią mi się w głowie i zadają ból niewypowiedzianej agonii. Tak wiele pytań bez odpowiedzi żyje we mnie. Boję się je odsłonić, boję się bluźnierstwa. Jeśli jest Bóg, niech mi przebaczy. (…) Kiedy próbuję wznieść moje myśli do nieba, pojawia się taka więzienna pustka, te myśli wracają jak ostre noże i ranią głęboko moją duszę. Miłość – słowo, które nic nie mówi. Powiedziano, że Bóg mnie kocha, a tymczasem ciemność, chłód i pustka są tak wielkie, że moja dusza nic nie czuje. Zanim zaczęła się praca, była tak wielka jedność: miłość, wiara, zaufanie, modlitwa, ofiara. Czy popełniłam błąd, poddając się ślepo wezwaniu Najświętszego Serca?”

Są to słowa Matki Teresy z Kalkuty (więcej tutaj - Artykuł). Dzisiaj natomiast słyszymy o wątpliwościach tego, który przez samego Chrystusa nazwany był największym wśród zrodzonych z niewiasty. Skoro zatem oni tego doświadczali, to tym bardziej i nas to nie omija.

Bylebyśmy tylko - mimo tych wątpliwości - potrafili wytrwać w wierności Bogu…

Powered by Wordpress
theme by evil.bert