Archiwum dla kategorii 'artykuliki'

Wielkopostna zamiana miejsc

Dobrze jest czasem zamienić się miejscami – może niekoniecznie fizycznie, bo tak się nie da, ale spróbować wejść w sytuację i odczucia drugiego człowieka i jego oczami popatrzeć na swoje życie i postępowanie.

Czas Wielkiego Postu konfrontuje nas z cierpieniem i męką Jezusa: odrzucenie Go przez ludzi, znieważanie, oplucie, wyśmianie, biczowanie, droga krzyżowa i cierpienie na krzyżu. Odnajdujemy się w tym bardzo łatwo – co chwilę spotyka nas cierpienie i krzyż. Bez patrzenia na krzyż Jezusa, bez Jego łaski trudno jest człowiekowi swój krzyż nieść i zaakceptować to, że tu na ziemi krzyż będzie nam towarzyszył zawsze.

Łatwo jednak zapominamy, że w Piśmie Świętym oprócz Jezusa i Jego męki jest jeszcze druga strona: oprawcy i ci, którzy do tej męki się przyczynili w sposób pośredni – wybierając podczas sądu Barabasza, to znaczy dając swoje milczące pozwolenie na śmierć Jezusa.

Warto spojrzeć na siebie i pod tym kątem: ile we mnie jest oprawcy, ile we mnie żołnierza, który wyśmiewa i kpi ze słabszego od siebie? Jak często i komu zadaję ciosy, policzkuję słowem lub ręką? Komu zakładam cierniową koronę, komu nie przebaczam i za wszelką cenę dążę do skazania go, do wystawienia go przed sąd ludzkiej opinii, spojrzenia? Ile razy umywam ręce, bo boję się postąpić wbrew temu, co mówią i robią inni ludzie? Jak często przeinaczam fakty i cudze słowa, by potwierdzić swoje mniemanie, by zyskać posłuch dla swojego działania?

Często jest w nas pełno oburzenia i złości na tych, którzy męczyli Jezusa, ale za rzadko zdajemy sobie sprawę z tego, że postępujemy identycznie, jak Jego oprawcy, tylko że wobec męża lub żony, wobec dziecka, wobec kolegi z klasy czy pracy. Jest w nas ta sama złość i mściwość, co w nich. Jest w nas to samo wyżywanie się na słabszych, ta sama agresja wobec tych, którzy myślą lub postępują inaczej, niż byśmy oczekiwali.

I łatwo się z tego rozgrzeszamy. Co więcej, dajemy sobie prawo do takiego zachowania czy myślenia nie dostrzegając, że to już nie jest chrześcijaństwo, tylko pogaństwo i barbarzyństwo. Wyżej stawiamy swój dobrostan i dobrobyt, niż Boga i cierpienie Jezusa.

Bo tak do końca nie wierzymy w słowa Chrystusa: „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych – Mnieście uczynili” (Mt 25,40)

W 2006r. na ekrany kin trafił film „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” Marka Koterskiego. Może warto w Wielkim Poście 2010r. spojrzeć na swoje postępowanie, na swoje słowa i myśli i zastanowić się, na ile „wszyscy jesteśmy oprawcami Chrystusa”.

02.02.2010

Adventus czyli przyjście

            Adwent to czas bardzo potrzebny nam, chrześcijanom XXI wieku, bo z jednej strony czas ten przypomina nam o tym, że kiedyś, 2000 lat temu Bóg naprawdę przyszedł na ziemię, a z drugiej strony może uczyć nas czegoś bardzo trudnego – czekania.

            Bóg przyszedł na ziemię. Łatwo to napisać, trudniej w to naprawdę uwierzyć. Bóg – Stwórca Kosmosu, Stwórca najmniejszych mikroorganizmów i najpotężniejszych wulkanów. Pan rządzących nimi praw. Bóg, dzięki któremu żyję ja i moi najbliżsi.

Bóg – Ktoś Niepojęty, Przedwieczny, Istniejący. Gdyby człowiek miał kreślić scenariusze Jego przyjścia na ziemię, pewnie byłoby w nim wiele grzmotów, piorunów, błyskawic, huraganów i innych bardzo widowiskowych zjawisk, podkreślających wagę tego, co się stało. Trudno byłoby odrzucić takiego Boga. Zmusiłby człowieka do wiary w siebie.

A tymczasem Bóg Jedyny i Prawdziwy narodził się jako Dziecko. Mały, słaby człowieczek, potrzebujący ludzkiej troskliwości i życzliwości, by przeżyć. Paradoks. Bóg, który do istnienia potrzebuje człowieka? Co to za Bóg? Co On może? Łatwo Go odrzucić i o Nim zapomnieć, nie zauważając jednej najważniejszej rzeczy – taki Bóg do niczego człowieka nie przymusza. Człowiek naprawdę jest istotą wolną i może pogardzić swoim Stwórcą.

            Człowiek nie dostrzega, że to właśnie obdarowanie go wolnością świadczy o prawdzie Bożej Miłości. Bo co to byłaby za Miłość, która by zmuszała, zniewalała?

            Czy więc można uznać, że Bóg potrzebuje człowieka? Tak, potrzebuje, ale nie do tego, by istnieć, ale potrzebuje człowieka tak, jak ktoś, kto kocha, potrzebuje tego, kogo kocha. Potrzebuje, by obdarowywać, by uszczęśliwiać, by z nim być, bo w tym wspólnym przebywaniu dwóch zakochanych istot znajduje się cały sens istnienia. Teologowie wyjaśniają, że dlatego Bóg jest Jeden, ale w Trzech Osobach – by okazywać sobie nieustającą Miłość.

            Ale wracając do człowieka i do pamiątki narodzin Boga na ziemi. Trudno ludziom współczesnym uwierzyć w Bożą Miłość – bezwarunkową, niezmierną i nieogarnioną, wieczną, bo przykładają do Niej ludzkie miary i patrzą na Nią przez pryzmat swoich wyobrażeń. Człowiek nieustannie „tworzy” sobie Boga na swój obraz i podobieństwo. Wprowadza elementy handlu: „Ja Tobie codziennie cały różaniec, a Ty mi zdrowie i pieniądze”. W patrzeniu na Boga kryje się cały ocean lęków i uprzedzeń, często wyrastających na niechęci do siebie samego, do własnej słabości i brzydoty: „Muszę być idealny i perfekcyjny, nie mogę się rozzłościć, nie mogę grzeszyć, to jest złe, to jest niedobre – jak będę grzeszył, to Bóg mnie zostawi i ześle na mnie wszelki plagi”. „Nic dziwnego, że w moim życiu Bóg zsyła tyle cierpienia – muszę cierpieć, jestem nic nie wart, jestem śmieciem.” Tylko że Bóg, jeśli kocha, jeśli prawdziwie szaleje z miłości do człowieka, nawet na największego zbrodniarza nie popatrzy w ten sposób. Złe mogą być ludzkie uczynki, wartość człowieka jednak pozostaje niezmiennie wielka – człowiek – każdy człowiek! - jest umiłowanym dzieckiem Boga! Bóg nieustannie troszczy się o każdego z nas, nieustannie wyciąga do nas ręce, nieustannie nas słucha – i daje nam dobro, o które prosimy. Ojciec Joseph Marie Verlinde uważa nawet, że zbyt długie proszenie Boga o coś tak naprawdę oznacza niewiarę w to, że On słucha i że spełni. Mamy być wytrwali, ale wytrwali w przebywaniu w Jego obecności, w szukaniu Jego Oblicza, a nie wytrwali w namolnym dopraszaniu się czegoś. On zna nasze słowa, zanim je wypowiemy. I spełni wszystko, o co poprosimy, ale zrobi to jak Bóg – po swojemu i w czasie, który uzna za stosowne. Tak zrobił przecież z przyjściem Mesjasza. Nikt ze współczesnych Jezusowi nie spodziewał się, że Mesjasz narodzi się w stajni. Nikt nie spodziewał się, że wybawi naród, umierając na krzyżu jak ostatni złoczyńca.

To On jest Bogiem, nie my. Adwent nas tego uczy. Bóg rządzi światem, Bóg kieruje naszymi losami, nawet wtedy, gdy my nie widzimy, nie czujemy tego bezpośrednio. My mamy jedynie ćwiczyć się w cierpliwym oczekiwaniu na Jego przyjście. Nie – bezczynnym, ale cierpliwym, tj. pełnym zaangażowania w czynienie dobra innym ludziom i w szukanie śladów Bożej obecności w tym, co się wydarza, co się dzieje. Cierpliwym, czyli pełnym ciszy i skupienia pozwoleniem Bogu być zaskakiwanym tym, co będzie się działo w moim życiu.

„Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię” Mt 5,5

18.11.2009

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd