Archiwum dla miesiąca: Kwiecień 2012

Mt 28,8-15

 

„A oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: Witajcie!”

 

Każdego ranka, zaraz po przebudzeniu, Jezus staje przed mną i mówi do mnie: „Witaj!”

Czy rozpoczynam swój dzień pokłonem przed Nim i czy jest we mnie ogromna radość, szczęście z tego powodu, że mój Pan, Mistrz, jest przy mnie i mogę Go dotknąć (w Komunii Świętej)?

 

Życie niesie ze sobą najrozmaitsze problemy: w pracy, w domu, ze zdrowiem, z dziećmi. Brak pieniędzy, brak miłości, samotność, choroby, śmierć. Troska o chleb, o pieniądze na rachunki. Codzienność.

 

I do niej wchodzi Jezus – Żyjący, Zmartwychwstały, Działający – i wita mnie u progu nowego dnia, u progu moich codziennych zajęć, zwykłych spraw i problemów.

 

Czy to dostrzegam? Czy chcę się z Nim spotkać i na Jego słowo czułego powitania odpowiadam z radością?

 

Jeśli On jest przy mnie, cóż złego może mnie spotkać?

 

„A Jezus rzekł do nich: Nie bójcie się!”

 

Jezus wita mnie z radością, uśmiechem i uspokaja: „Nie bój się!”

 

„Nie bój się Mnie!

Nie lękaj się życia – tego, co ono ze sobą niesie. W każdej chwili jestem przy tobie i nic, nawet grzech i śmierć, nie sprawią, że odejdę.

Jestem we wszystkim – z tobą.

Nie bój się ludzi. Oni są Moim darem dla ciebie – i zadaniem.

To dzięki nim możesz się rozwijać i wzrastać w miłości.

Nie bój się – oddaj Mi wszystkie swoje lęki i strachy, które paraliżują twoje działanie i które sprawiają, że zamykasz się w sobie, w swoim pokoju, w swoim mieszkaniu.”

 

„Idźcie i oznajmijcie moim braciom: niech idą do Galilei, tam Mnie zobaczą.”

 

Jezus nie wymaga ode mnie heroicznych czynów. Jego polecenia są zwyczajne, dotyczą mojej codzienności.

Czasem tylko mam być posłańcem dla innych – gdy trudno im uwierzyć w Zmartwychwstałego.

Ale też nie mogę sprawić, by oni uwierzyli. To ich wysiłek i trud. To oni mają „iść do Galilei” - wrócić do początku swojego spotkania z Jezusem: momentu chrztu, może bierzmowania lub innej chwili w swoim życiu, gdy spotkali Jezusa, gdy usłyszeli Jego głos, spojrzeli w Jego oczy.

 

„... po naradzie dali żołnierzom sporo pieniędzy...”

 

Ciekawe, ile pieniędzy arcykapłani dali żołnierzom, by ci kłamali na temat tego, co widzieli?

 

Jaka ilość pieniędzy uśpiłaby i moje sumienie, że przestałabym w złu widzieć zło, że zamknęłabym oczy na niegodziwość, niewłaściwe postępowanie?

 

Każdego można kupić, mnie też.

Trzeba tylko wiedzieć, co mu zaoferować i ile. Nie zawsze musi to być pieniądz – może to być poczucie władzy, pochlebstwa i dowartościowywanie, oferowanie fałszywego, bo budowanego nie na Bogu, poczucia bezpieczeństwa itp.

 

Najczęściej jednak w tle przekupstwa jest pieniądz. Pieniądz zniewala człowieka najmocniej, bo tworzy iluzję, że stanowi rozwiązanie ludzkich problemów.

 

Owszem, ludziom bogatym żyje się lżej i wygodniej – ale za jaką cenę?

 

Jezus przed bogactwem ostrzegał – nie dlatego, że jest ono czymś złym, ale dlatego, że tylko człowiek mocno zakorzeniony w Bogu nie pozwoli, by bogactwo go zniewoliło.

 

Jeżeli nic nie mam lub mam niewiele, mogę lepiej zobaczyć prawdę o sobie. Doświadczam wtedy zależności – od Boga i ludzi. A z tym wszyscy mamy problem.

 

Gdy mam wiele (a posiadanie pieniędzy kusi do ich wydawania), odwracam oczy od siebie, nie widzę, nie dostrzegam wielu spraw we mnie samej. Przede wszystkim nie dopuszczę do siebie doświadczenia własnych ograniczeń i słabości. Moją uwagę odciągną zakupione rzeczy, zafundowane wrażenia i przeżycia.

 

Czasem zbyt lekko traktuję ostrzeżenia Jezusa. Nie przejmuję się nimi, bo w swojej pysze uważam, że mnie one nie dotyczą, że sobie z tym świetnie daję radę.

 

Do czasu, aż nie utracę pieniędzy.

Kim bez nich wtedy będę we własnych oczach?

  • gdy nie mogę kupić prywatnego leczenia lub gdy nie stać mnie za odwdzięczenie się komuś za ogromną pomoc;

  • gdy grozi mi eksmisja z mieszkania, bo nie mam pieniędzy na zapłacenie rachunków;

  • gdy moje święta są tak samo ubogie jak codzienne dni;

  • gdy dzieciom nie mogę kupić lepszych ubrań, komputera itp., a one przez to doświadczają szyderstwa i kpin ze strony rówieśników, itd. itp.

 

Pieniądz rządzi światem – często to słyszę, czasem powtarzam.

Na ile rządzi mną?

A na ile rządzi moim życiem, moim myśleniem Jezus Zmartwychwstały?

22.04.2012

J 6,16-21

 

„O zmierzchu...”

 

W tym ewangelicznym opowiadaniu wiele jest słów, opisujących czas i odległość.

 

Pan Bóg jest Stwórcą czasu i przestrzeni, ale czas i przestrzeń nie ograniczają Go. On nie podlega pod ich prawa.

 

Dzień to alegoria mojego życia.

Ranek, brzask, świt to moment, gdy się rodzę. Moje dorastanie prowadzi do południa, które określa moment mojego istnienia jako osoby dorosłej, dojrzałej. I zaczyna się poprzez popołudnie zmierzanie w kierunku zmierzchu, tj. w kierunku czasu, gdy moje działanie staje się spokojniejsze, a ja już nie mam tyle siły co wcześniej. Moje życie staje się nacechowane z jednej strony przygotowaniem do nocy, a z drugiej – oczekiwaniem na nią. Noc zaś to kres dnia, mojego życia. To czas odpoczynku.

 

Również wiele spraw ma taki przebieg: coś się rodzi (jak nowy dzień), rozwija i zaczyna się kończyć. Można powiedzieć, że wszystko się kończy, zmierzcha.

 

Jest tylko jedna „rzecz”, której to nie dotyczy: miłość.

Wprawdzie każda miłość ludzka ma swój początek, ale nie ma kresu – jak i człowiek.

 

Natomiast miłość Boga nie ma ani początku, ani końca. Jak On sam.

 

To, że żyję, istnieję, nie zawdzięczam temu, że On mnie kiedyś zaczął kochać.

Nie. On mnie kocha od zawsze.

Istnieję, bo ta miłość mnie stworzyła. Moje istnienie ma początek, ale Boża miłość do mnie nie ma początku. Ani końca.

 

„Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł”

 

Kiedy w moim życiu przychodzi czas ciemności, trudno jest wierzyć i ufać. Wiara to nie zawsze pewność; to czasem borykanie się z pytaniami, wątpliwościami.

 

Ale w tej ciemności wiara wskazuje jedyny kierunek dla moich myśli i pragnień: Jezusa.

Mam Go oczekiwać. Mam nie martwić się tym, że „ Jezus jeszcze do mnie nie przyszedł”.

 

Co pomaga w tym nie martwieniu się? Praca, zajęcie, działanie.

 

Uczniowie czekali na Jezusa, płynąc do Kafarnaum.

W płynącej łodzi nie można siedzieć bezczynnie, nic nie robiąc. Trzeba ze sobą współpracować.

Uczniowie mogli siedzieć w łodzi i wpatrywać się w ciemności, wypatrując Jezusa. Nie zrobili tego. Czekając, zajęli się zwykłymi sprawami, najprostszymi czynnościami, dzięki którym ich łódź podążała w wyznaczonym kierunku.

 

Przede wszystkim wpatrywanie się w ciemność jest dla człowieka niebezpieczne, bo ciemność pochłania.

 

Nie wolno skupiać się na złu, „kontemplować” je, rozważać. Wtedy traci się serce, poddaje się zwątpieniu i rozpaczy.

 

Trzeba mieć świadomość, że zło jest, istnieje. Zobaczyć je w swoim życiu, ale nie skupiać na nim swojej uwagi, nie kręcić się wokół niego.

 

Od zła i ciemności należy się odwrócić; odwrócić swój wzrok i uwagę i skierować je ku zajęciu, pracy, drugiemu człowiekowi, Bogu.

 

Tylko wtedy w ciemnościach zobaczę Jezusa. Zobaczę Światłość świata.

 

„...ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się.”

 

Jezus kroczy po jeziorze – jest Panem natury, panuje nad nią.

Zbliża się do łodzi, mimo że ona płynęła – przekracza prawa fizyki. Czas nie ma nad Nim władzy. Jego działanie jest niepojęte, przekracza ludzkie wyobrażenia.

 

Nic dziwnego, że uczniowie się przestraszyli.

 

Przeważnie to właśnie strach, niepokój, przerażenie pojawiają się we mnie, gdy prawdziwie spotykam się z działaniem Boga, a nie ze swoim wyobrażeniem tego działania.

 

Przerazić mnie może niesamowitość, niepojętość tego działania. Strach budzi się, gdy w obliczu Jego działania dostrzegam własną niedoskonałość, ograniczoność.

 

Jezus nie podlega prawom fizyki. Czas, przestrzeń, a nawet śmierć nie mają nad Nim władzy.

Nade mną mają.

Gdy ucieka mi pociąg, pojawia się niepokój związany z czasem i przestrzenią.

Gdy nieobecni są moi najbliżsi, bo wyjechali gdzieś daleko i ich nie widzę, pojawia się niepokój związany z przestrzenią.

Gdy umiera ktoś lub coś, a w moim życiu pojawia się pustka, przychodzi strach przed przyszłością.

 

Wielu z tych zdarzeń nie interpretuję jako Bożego działania i nie widzę, że przez te trudne sprawy przychodzi do mnie Bóg.

 

Ten strach i wszelkiego rodzaju lęki rozproszyć może tylko zaufanie. Jezus mówi: „Nie bójcie się”, a ja – jak mantrę powtarzam Mu:

 

Jezu, ufam Tobie, że wszelkie moje plany poukładają się pomyślnie, mimo że już nie zdążę na ważne spotkanie, bo pociąg mi uciekł.

Jezu, ufam Tobie, że troszczysz się o tych, którzy są nieobecni, których nie mogę zobaczyć i usłyszeć. Ufam, że Ty jesteś przy mnie, więc nie jestem osamotniona.

Jezu, ufam Tobie, że na mojej drodze postawisz kolejnego człowieka, dzięki któremu doświadczę radości spotkania, życzliwej rozmowy, możliwości poproszenia o pomoc.

Jezu, ufam Tobie, że Ty wejdziesz w puste miejsce, zagospodarujesz je tak, by koniec stał się początkiem nowego życia we mnie. Ufam, że przeprowadzisz mnie bezpiecznie przez moje rozżalenie, smutek, pretensje. Ufam, że dzięki temu wielkiemu cierpieniu wypłynie w moim życiu dobro, ja zostanę przemieniona, stanę się mądrzejsza, lepsza, umiejąca bardziej kochać.

Jezu, ufam Tobie...

 

„Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzeg, do którego zdążali.”

 

Te słowa modlitwy muszą przekuć się w działanie. Uczniowie zaufali Jezusowi, gdy powiedział, że to On. Chcieli Go zabrać do łodzi.

 

Łódź to również metafora mojego życia. Jak ono wygląda?

Czy w tej łodzi płynę sama, zapraszając tylko nielicznych i tylko ich uznając za godnych mego zaufania?

Czy staram się współpracować z tymi, którzy w moim życiu, w mojej łodzi są obecni?

Czy mam świadomość, że innym trud wiosłowania, wspólnej pracy, zmniejsza się dzięki mojej życzliwości, dobremu słowu, przyjęciu ze zrozumieniem czyjejś słabości? Także swojej własnej.

 

I że przeciwnie: moja agresja wobec ludzi, brak zaufania, moje lenistwo i wygodnictwo utrudniają, czasem uniemożliwiają płynięcie tą samą łodzią? Że mogą innym zmienić życie w piekło?

 

Czy Jezus wsiadłby do mojej łodzi i jakie relacje, wzajemne stosunki by zobaczył?

 

Wiele zmian dokonało się we mnie, a przez to i w moim życiu. Na niektóre czekałam długo, wytrwale podnosząc te sprawy w konfesjonale lub przed Bogiem na modlitwie i Adoracji, rozmawiając z mądrymi, Bożymi ludźmi. Szukałam sposobów na ich rozwiązanie, podejmowałam rozmaite wysiłki – i nic się nie działo, nic się nie zmieniało.

 

Dopiero gdy dojrzałam (także pod wpływem swego trudu i doświadczeń klęski) do dziecięcej bezradności, w której nie ma złości, niechęci do takiego stanu; dopiero gdy jak dziecko zwróciłam się do Ojca, zmiana następowała natychmiast – i dobijałam do brzegu. Sprawa była definitywnie załatwiona, problem rozwiązany.

 

Ciągle na nowo uczę się takiego zawierzenia, wytrwałej ufności dziecka. Ciągle na nowo uczę się, jak być dzieckiem - w jego ufności, prostocie patrzenia i wypowiadanych słów, zawierzeniu w najtrudniejszych sytuacjach.

 

Teraz trochę lepiej rozumiem i to, że gdy dla mnie trud i cierpienie ciągnęły się w nieskończoność, zanim nastąpiła przemiana lub pomyślne rozwiązanie, w oczach Boga mogło to być „natychmiast”.

21.04.2012

Niedzielne spotkania

 

Miłość to tajemnica. 

Czasem tak wielka, że można się o nią potknąć, a jej nie zauważyć i jeszcze mieć do niej pretensje za to potknięcie.

Człowiek szuka nie wiadomo czego nie wiadomo gdzie, a tymczasem jest to tuż koło niego, blisko, bliżej, niż kiedykolwiek by przypuszczał.

Trzeba tylko odrzucić piękne iluzje i złudzenia, otworzyć szeroko oczy i uszy – i żyć: tu i teraz.

Trzeba odwrócić się od tego, co niepotrzebne, co kusi, niepokoi, nęci, pociąga, zachęca. Odwrócić się od tego, odrzucić to od siebie – świadomie, choć nie zawsze całkowicie dobrowolnie.

Nagle okazuje się, że wszystko jest w zasięgu ręki, tuż obok. Nie trzeba się starać, zasługiwać, zabiegać, kłopotać się.

Wszystko jest tuż obok, niedaleko, w najbliższym możliwym sąsiedztwie.

Wtedy zostaje tylko wdzięczność. Nie ma nawet miejsca na radość. Wdzięczność i ogromne zdumienie, że „nic” otrzymuje „wszystko”.

To właśnie jest miłość.

17.04.2012

J 20,1-9

„ Zabrano Pana z grobu i nie wiemy, gdzie Go położono.”

 

Można – jak Maria Magdalena – bardzo kochać Jezusa, żyć dla Niego, być przepełnionym wdzięcznością i miłością, a mimo to w obliczu tajemnicy Boga i Jego działania niczego nie rozumieć i błądzić w swojej ocenie sytuacji.

 

Dzieje się tak, gdy w obliczu tragedii i cierpienia skupiam się na własnym bólu, smutku, poczuciu rozczarowania, a nawet zdrady ze strony Boga.

 

Dzieje się tak, gdy Boże działanie przewyższa moje myślenie tak dalece, że nie jestem w stanie uwierzyć, przyjąć, że może istnieć inne wyjaśnienie niż to, które sobie sama wymyśliłam pod wpływem dotychczasowych doświadczeń czy swojej znajomości życia.

 

By dostrzec w swoim życiu palec Boży, Bożą moc i mądrość, potrzebuję drugiego człowieka.

 

Sama pewnie też z czasem zrozumiałabym, co się naprawdę stało, ale jak wiele tego czasu musiałoby upłynąć?

 

Obecność drugiego człowieka ułatwia i przyspiesza zrozumienie.

 

Maria Magdalena pobiegła po pomoc do Szymona Piotra, do tego, który Jezusa zdradził, opuścił, a potem trzykrotnie wyparł się znajomości z Nim.

 

Pewnie, że najlepiej byłoby mieć obok siebie ludzkiego „herosa” duchowego, kogoś nieskazitelnego, człowieka bez skazy, ale takich ludzi nie ma.

Są ułomni, słabi, zawodzący moje oczekiwania, zdradzający swoje własne obietnice. Są tacy sami jak ja.

Ważne, by szczerze szukali Pana.

By zależało im prawdziwie na znalezieniu Jezusa – w swoim życiu i w życiu drugiego człowieka.

 

Tylko drugi człowiek nosi w sobie odpowiedni dystans, by w historii mojego życia, albo w jakimś wydarzeniu dostrzec coś, co jest bliższe prawdy niż moja ocena sytuacji.

 

„Wszedł on do wnętrza grobu i ujrzał...”

 

Maria Magdalena weszła do grobu, widziała płótna, ale nie zwróciła na nie uwagi. Całą uwagę zwróciła ku postaci młodzieńca w białej szacie.

Św. Piotr i św. Jan zobaczyli płótna i sposób ich ułożenia powiedział im, co naprawdę się wydarzyło.

 

Jakże ważne jest zaufanie drugiemu człowiekowi.

Bez tego nie pokażę „wnętrza mojego grobu”: tego wszystkiego. Co obrzydliwe, wstrętne, gnijące. Co jest martwe i śmierci. Całą moją słabość, małość, grzeszność.

 

Bez zaufania nie przyznam się drugiemu człowiekowi (Bogu także) do tej części prawdy o mnie samej, bo będę się bała, że drugi człowiek mnie zostawi, odrzuci, nie przyjmie.

 

Tylko miłość daje moc, by znosić nawzajem „wnętrza naszych grobów”. Tylko ona sprawia, że widząc prawdę o drugim człowieku nie odchodzimy od niego, nie zostawiamy go. Nie brzydzimy się nim.

 

Każdy z nas ma takie „groby”. Taka jest prawda o nas, o każdym z nas.

Dlaczego więc mam od kogoś odchodzić z tego powodu, skoro i w moim życiu jest podobnie?

 

„Ujrzał i uwierzył.”

 

Ważne jest więc, jak się „patrzy” na otaczającą rzeczywistość, na siebie, na ludzi. Także na Pana Boga.

 

Św. Jan wszedł do grobu, ujrzał i uwierzył.

 

Jakie jest moje „spojrzenie”? Czy uczę się dostrzegać dobro, czy raczej skupiam moje oczy na złu?

Czy moje patrzenie wypływa z wiary w moc i mądrość Boga? W Jego miłość do mnie?

 

Wiele jest we mnie ślepoty i nie dostrzegam cudów, jakie On działa nieustannie w moim życiu.

„Ślepnę” zwłaszcza w momentach trudnych, bolesnych.

 

Najtrudniej mi właśnie na mojej drodze krzyżowej zobaczyć Jego cudowne działanie i nieustanną Obecność.

 

A kiedy cierpienie i ból przeminą, wówczas nie daję wiary zmartwychwstaniu i przemienieniu, a skupiam się na rozpamiętywaniu przeszłości.

 

Częściej powinnam rozważać Jezusowe zdanie: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”.

 

Zarówno ci, którzy mnie skrzywdzili, jak i ja sama, gdy krzywdziłam, nie wiedzieliśmy naprawdę, co czynimy.

 

Gdyby człowiek miał tę świadomość, czym naprawdę jest grzech i zło, jak wielka jest godność każdego człowieka, gdyby człowiek prawdziwie rozumiał, czym jest Miłość – wówczas nie czyniłby zła, krzywdy.

 

Im głębiej wniknę w sens tego zdania - modlitwy Jezusa, tym więcej będzie we mnie przestrzeni do przebaczenia każdemu człowiekowi, bez wyjątku.

 

Wówczas powoli i moje spojrzenie oczyści się z wszelkich belek i źdźbeł. Wówczas zobaczę i uwierzę w Bożą Miłość i Moc. W Zmartwychwstanie.

08.04.2012

Mk 16,1-8

 

Wczesnym rankiem w pierwszy dzień tygodnia przyszły do grobu, gdy słońce wzeszło.

 

Przyjść do grobu – gdzie pochowane są wszystkie moje nadzieje, plany, oczekiwania i związane z nimi radości i szczęście.

Każdy człowiek ma w swoim życiu takie groby, do których wraca, by rozpamiętywać to, co się skończyło, co się zepsuło, co umarło.

 

Gdy staję nad takim grobem, rodzi się w moim sercu rozpacz, smutek, żal i pretensje: do siebie, do drugiego człowieka, do Boga.

 

Rozpamiętuję swoją przeszłość i zastanawiam się, czy mogłam kiedyś zrobić coś, by zapobiec tragedii, zapobiec „śmierci”?

 

Pozostaję w tej niepewności i bezradności, bo przecież nikt nie udzieli mi odpowiedzi na takie pytanie.

 

Ten stan ducha, to zanurzenie w przeszłości więzi moje serce, mojego ducha i nie pozwala przyjąć tego, co dokonuje się tu i teraz. Zamykam się na cud, którego jestem świadkiem. Nie potrafię go dostrzec, przyjąć, zrozumieć, zachwycić się nim

 

Jezus, „Wschodzące Słońce”, wyszedł z grobu. Ożył, zmartwychwstał.

 

I pierwsze, co robi po swoim zmartwychwstaniu, to uspokaja, ucisza rozedrgane ludzkie serca.

 

Nie bójcie się!

 

Boję się tak wielu rzeczy. Niepokój we mnie dotyczy przeszłości (poczucie winy za popełnione błędy i zło) i przyszłości (niepokój o najbliższych, o siebie).

 

A przecież tam, gdzie jest Jezus, gdzie jest zaufanie do Jego słów i obietnic, lęku i niepokoju być nie może.

 

Jednak one są. Jezus wychodzi naprzeciw moim lękom ze Słowem pociechy, uspokojenie.

Nie obraża się, że ciągle – mimo tylu cudów, jakich dokonał w moim życiu – nie ufam Mu mocno i nieodwołalnie. Że moja wiara, nadzieja i miłość do Niego są ciągle takie kruche i słabe.

 

On przyszedł przecież po to, by umocnić to, co słabe i kruche. By tego nie zagasić.

 

Szukacie Jezusa z Nazaretu, ukrzyżowanego; powstał, nie ma Go tu.

 

Pokrzepia mnie swoim Słowem. Pokazuje, że nie ma Go w grobie. Mam Go tam nie szukać.

 

Nie znajdę w tym, co było w moim życiu, Jezusa martwego, bez życia.

On żyje. On jest Życiem. Kocha Życie i chce mi je dawać.

 

Chce ożywiać to, co martwe, co pochowałam w grobie.

Tylko że to już nie będzie to samo, co było przed tym, nim umarło.

 

Jezus stwarza na nowo.

 

To, co zmartwychwstanie, będzie lepsze, przemienione, odnowione.

 

Temu służyło Jego cierpienie, Jego męka.

Temu służy też moje cierpienie i męka.

 

Z największym nawet cierpieniem i bólem nie zginę, gdy odnajdę siebie w Jego Męce.

Mam przyjść do Niego i wraz z Nim iść moją drogą krzyżową; aż do Zmartwychwstania.

 

Jezus nie kocha śmierci i zniszczenia, ale kocha życie. Jest Miłośnikiem Życia, dlatego Jego uwaga kieruje się na to, by ożywić, uleczyć, wesprzeć, umocnić.

 

Czas umierania jest potrzebny i konieczny, by ziarno mogło zaowocować.

 

Wiele z tych spraw, które uznałam za martwe i pogrzebane, tylko pozornie takimi są.

One ulegają przemianie w kimś i we mnie, by zaowocować: większą miłością, głębszym zaufaniem do Boga, do drugiego człowieka, do siebie samej.

 

To z tego umierania bierze się większa cierpliwość i wyrozumiałość, łagodność i przebaczenie.

 

Zaufać Bogu i pozwolić na śmierć, na zniszczenie tego, co dla mnie ważne i istotne. Zaufać, że On ze zła wyprowadza dobro, a każde, nawet najmniejsze ziarno, wyda w swoim czasie plon.

 

Jednak to Jego sprawa, kiedy nastąpi owocowanie.

 

To zaufanie Bogu przejawia się w wytrwałej modlitwie nawet w najbardziej niemożliwej (patrząc po ludzku) sprawie.

 

Bo Panu Bogu nie chodzi o efekt moich modlitw (a więc i mnie nie na tym powinno zależeć) – ważne jest, że Mu ufam (bo się do Niego zwracam) że Mu wierzę (że tylko On ma moc i siłę ożywić to, co martwe) i że Go kocham (mimo że nie spełnia moich próśb, a moje życie nie jest usłane różami). Kocham, więc jest we mnie radość, ufność, spokój.

 

Nikomu też nic nie oznajmiły, bo się bały.

 

Pan Bóg rozumie moje lęki. Wzywa mnie, bym nie postępowała pod ich wpływem. Daje mi czas, bym ochłonęła z mojego strachu – i zaczęła o Nim mówić.

 

Kobiety bały się i nic nie powiedziały uczniom, ale potem ten lęk przezwyciężyły (zob. Łk 24,9n)

 

Z cudami także trzeba się oswoić.

 

Poza tym moje słowa mogą być przez drugiego człowieka różnie zrozumiane i mogą spotkać się z rozmaitym przyjęciem.

Dlatego milczenie nie zawsze jest złe.

 

Pan mnie zna. Nie muszę oskarżać się o zaniedbania, brak słów, nie mówienie o Nim.

Mam prosić o męstwo, rozum, mądrość i inne dary Ducha, a Paraklet uzdolni mnie do głoszenia tego, czym staram się żyć.

 

To w Bogu, a nie w sobie, mam nieustannie pokładać nadzieję.

 

On zmartwychwstał! Prawdziwie!!

 

Jeśli w to uwierzę, wiele się zmieni we mnie i w moim życiu...

08.04.2012

© Copyright 2010; Zamyślenia z rodziną w tle. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd