8 grudzień 2009
Wieczorną porą wracał myśliwy z zakupów do domu. Za którymś zakrętem dojrzał w światłach reflektorów małego pieska. Skulony, wygłodniały, zagubiony między lasem a polem, siedział na poboczu ratlerek. Więc ulitował się nad nim, wsadził do samochodu i zawiózł do domu. Tu umieścił go w psiarni, dokarmiał, a nawet czasem zabierał pod dach, sprawiając uciechę dzieciakom. Z czasem ładował go z innymi psami do jeepa i zabierał na polowanie. Gdy tamte uganiały się za zającami, naganiały sarny i dziki, on siedział przy nodze pana i… smutniał. Też by chciał wykazać się siłą, sprytem, wojowniczym charakterem i – jak tamte – zasłużyć na pańską nagrodę. Ale był tylko małym ratlerkiem-znajdą.
Kiedyś nadarzyła się okazja. Państwo z dziećmi wyjeżdżali na spacer do lasu. Tato, weź z nami ratlerka. Będziemy mieli z kim się bawić, prosiły maluchy. Szczęśliwa psina wskoczyła do auta i przytuliła się z wdzięcznością do nóg dzieciaków. Ileż było harców, zabaw i uciechy. Aż wyczuł ratlerek zwierza w pobliżu. Zjeżył się, sierść nastroszył, zaszczekał i ruszył. Jedyna okazja. Teraz albo nigdy nie wykażę się przed swoim panem, rozumował swoim psim rozumem, pędząc po tropie. Wreszcie dopadł. Borsuk to był.
Zdziwił się niepomiernie. Zatrzymał. Popatrzył. Co za dziwo ujada i do nogi skacze? Złapał się borsuk za brzuch i w śmiech, w nos trącił, łapą odsunął. Lecz kiedy ratlerek za palec chwycił i ciągnąć zaczął wkurzyło się borsuczysko. Pazurami po karku przejechał, zębami poprawił, przydepnął. Plama została.
Kuria mać, mruknął borsuk pod nosem i nie oglądając się na to, co kiedyś było ratlerkiem, poszedł pod sosnę, kończyć jamę na zimowe leże.
23 sierpień 2007
Wyszło jak zwykle, czyli inaczej niż było zaplanowane. Czyli miałem rozdzielić młodzieży pracę przy kościele, jechać do dentysty a potem usiąść i coś napisać. Wkrótce okazało się, że dyski do papieru ściernego się popsuły, znów zabrakło żelu do zdejmowania farby olejnej, spod kilku powłok malatury wyłoniły się dziury wygryzione przez korniki. Próba wyczyszczenia tych miejsc przyniosła żałosne efekty. To znaczy po przejechaniu specjalną szczotką i czyszczeniu sprężonym powietrzem okazało się, że drzwi do kościoła już długo nie posłużą. Znów wyjazd do sklepu po szpachel. Wystarczyło na 1/4 powierzchni, choć wydawało się, że wystarczy. Zatem znów do sklepu, bo znów czegoś brakuje. Ani się nie spostrzegłem i nadszedł wieczór. Nic innego nie jestem już w stanie zrobić. Upał, parne powietrze i kolejna nadciągająca burza powiększają zmęczenie.
Czy już do końca życia jestem skazany na bycie księdzem od rozsypujących się drzwi, spróchniałych dachów i lepienia kolejnych dziur…?
Ps.
Czy ktoś mógłby podpowiedzieć jak radzić sobie ze spamem w komentarzach. Włączyłem stosowny filtr, ale on chyba nie działa. Nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że wszystkie apteki świata chcą się reklamować na moim blogu. Makabra.
25 grudzień 2006
Przed kilku laty Marek Kamiński w „Moich biegunach” napisał, że czasie obydwu wypraw na bieguny nie czuł się tak samotny, jak w centrum Gdańska. Jego wyznanie towarzyszy mi niemalże zawsze podczas wielkich świąt. Co zresztą może wywołać u czytelnika bloga zdziwienie. Jak to? Przecież kościół wypełniony po brzegi ludźmi. Tyle blasku, radości, śpiew kolęd. Tylu przystępujących do sakramentu pojednania i Komunii świętej….
To wszystko prawda. Świat jednak utkany jest z paradoksów. Jednym z nich są wiejscy proboszczowie, bezdomni we własnym domu w najbardziej rodzinne święta.
Dlatego z pewną nostalgią wspominam parafie, w których młodzież, po rodzinnej wigilii, przychodziła na plebanię, by podzielić się opłatkiem, a potem szliśmy wspólnie do kościoła, by poprowadzić czuwanie przed Pasterką. Dziś radość z przeżywania Tajemnicy Wcielenia miesza się z ogołacaniem (oczyszczaniem?) własnych wyobrażeń o tym, kim jestem dla innych. Oddzielaniem tego, kim chciałbym być, od tego, kim jestem naprawdę.
Jedno jest pewne. Nigdy nie chciałem być jedynie sprawnym organizatorem życia parafialnego. Od samego początku towarzyszył mi ideał kapłana – ojca.
Na Pasterce powiedziałem: chcesz mieć kolegę, zaproś go na wesele; chcesz mieć przyjaciela, pochyl się nad jego nędzą i pozwól, by mógł pochylić się nad twoją. Potem widziałem plecy oddalających się w pośpiechu i słyszałem rzucane zdawkowo: wesołych świąt…….