9 marzec 2009

Filozofia filozofią…

…a tu ważna dla braci górskiej informacja w niepamięci utknęła. Na Gorcu jest nowa bacówka! Co prawda jeszcze nie omszona. Ale na podmurówce, z prawdziwym piecem. Izby ma dwie. Jedna z kuchnią, druga na poddaszu. Obie z oknami. Piękne podcienie, gdzie przysiąść można na długie rozmowy. Do wody blisko, trzydzieści metrów najwyżej. Najwyraźniej jej właściciel na gości się sposobi i amatorów dawnego w górach bytowania oczekuje.

Już czuję wasze zniecierpliwienie. Powiedzże, celniku, gdzie ona stoi! Zatem z kopczyka na Gorcu Kamienickim zejść ku pozostałościom starej Kuźlówki, w lewo skręcić starą drogą na Ustępne (tą, którą Gorc okrążyć można w drodze na Bieniowe) i pod lasem, nad ścieżką, nad starą Ziębówką, cudo owe zobaczycie. Panorama na Kudłoń, Mostownicę i czoło Turbacza przepyszna. Miejsce od wiejących z reguły od Tatr wiatrów osłonięte. O obfitości borówek, malin i grzybów pisać nie muszę, bo to samo przez się wiadome. Jeśli ktoś nie miałby ochoty pchać się w sierpniu z namiotem w góry, miejsce do zamieszkania podczas Gorcstoku wymarzone, bo do bazy jakieś dwadzieścia minut drogi będzie.

Ej, ckni mi się parę dni w niej w dobrym towarzystwie :)

P.s. Starość nie radość,widać masła za dużo… Dopiero teraz zauważyłem, że w pierwszej notce gorczańskiej o niej wspomniałem. Tym się pocieszam, że namiarów na nią nie było.

1 marzec 2009

Powroty

Oczywiście do domu. Bo z powrotem do Zasadnego nie ma problemu. Wiele razy widziałem te łzy w oczach, słuchałem o wewnętrznych rozterkach i trochę się dziwiłem. Przecież przyjechała wspólnota. Wracała wspólnota jeszcze bardziej zżyta z Bogiem i z sobą. Pewnie, narzekali na jej niedoskonałość. Ale w praktyce te więzy były aż nadto widoczne. Wspólnotowe eucharystie, spotkania modlitewne, małe grupy, schole, spacery, koncerty, wypady rowerowe, koncerty, wystawy, dzieci niepełnosprawne i te z ulicy… Czegóż to nie było? W ileż akcji angażowali się zasadniańscy domownicy? Dlatego powrót do domu owszem, rodził pewien lęk. Przed konfrontacją. Przed pytaniem co się z tobą stało. Ale zasadniczo był dalszy ciąg. Wielu do dziś pisze w listach i na blogach, że te wspólnoty są bardzo ważnym punktem odniesienia, że zawsze jest na kogo liczyć. A ile jest już małżeństw?

 

Jednak od pewnego czasu powrót do domu jest i dla mnie problemem. Konkretnie zaczęło się to w chwili, gdy zabrakło wspólnoty. Chyba nikt nie lubi wracać do pustki. Parafie tradycyjne niestety mają tę wadę, że są wyjątkowo oporne na wszelkie formy życia wspólnotowego i na to wszystko, co nazywamy pogłębionym życiem duchowym. Ot, chociażby dla przykładu. Tam, gdzie były wspólnoty można było usłyszeć: jedźmy do Zasadnego. W parafii, gdzie nie ma wspólnot co najwyżej: niech nam ksiądz zorganizuje wycieczkę w góry. Bo w parafii tradycyjnej ksiądz jest instytucją świadczącą usługi. W parafii, gdzie są wspólnoty w sytuacji braku księdza w konfesjonale pewnie ktoś by szemrał, dzwonił, pytał. W parafii tradycyjnej, jeśli nie ma pogrzebu, można w konfesjonale siedzieć miesiąc i nie doczekać się penitenta, a wszelkie propozycje życia wspólnotowego albo zbywane są żartem, albo ucinane rzekomym brakiem czasu. Gdybym nie żył tak intensywnie, może bym i w to uwierzył. Pewna część badających religijność socjologów twierdzi, że brak zapotrzebowania na wspólnoty w parafiach tradycyjnych jest konsekwencją silnych więzi rodzinnych, stąd nikt nie szuka form zastępczych. Obserwując środowisko mam po pierwsze wątpliwości co do silnych więzi rodzinnych. Po drugie rodzi się pytanie: od kiedy Kościół, rozumiany jako wspólnota, jest formą zastępczą?

 

Więc siedzę w domu przy komputerze i marzę o powrocie. Do Zasadnego. Z nadzieją, że kiedyś spotkamy się w większym gronie. Boć przecież zbliża się powoli dwudziestopięciolecie naszego drugiego domu. Nie szkodzi, że urośliście, że macie już dzieci. Tym większa będzie radość. Już słyszę, jak śpiewacie Psalm 146 na dziękczynienie po Komunii św. i Magnificat o wschodzie słońca na Gorcu. Myślę, że nikt nie odmówi sobie trudu pójścia tradycyjną trasa na Turbacz. Przeczuwam te długie wspólne spacery i nocne posiady przy stole, otoczonym ludźmi ciekawymi Boga i siebie. Pewnie nie uda mi się wszystkich poznać i zapamiętać imion waszych dzieci.

 

To nic, że potem trudno będzie wracać tu, skąd piszę…