23 luty 2009

Dopowiedzenie drugie czyli odrobina “domowej filozofii”

Obiecałem to w poprzednim wpisie.

Nasza “domowa filozofia” jest wypadkową doświadczeń, obserwacji i tego, co pisał Ks. Franciszek Blachnicki w zaleceniach dla diakonii oaz rekolekcyjnych. Istotą jest właśnie słowo dom. Czyli miejsce, za które jest się odpowiedzialnym, tworzone - nie konsumowane - przez wszystkich w nim przebywających.

Potrzebę istnienia takiego miejsca odkrywałem w miarę, gdy coraz mocniej uświadamiałem sobie, jak bardzo zniszczone są więzi w naszych rodzinach. Był moment, gdy z ust osiemnastolatka usłyszałem wyznanie (miał łzy w oczach), że jego rodzina nigdy nie siada do wspólnego posiłku. Wtedy z całą mocą usłyszałem słowa Psalmu:

“Bóg dom gotuje dla opuszczonych” (Ps 68,7).

Tworzenie domu to ludzie i zaplecze. Był czas, gdy myślałem o zakupie samotni na Polance. Wyobraźnia podpowiadała, jak będzie wyglądał. Nad wejściem miał wisieć cytowany wyżej fragment. Marzenia pozostały, obraz dalej noszę w sercu. Kto wie… Za każdym razem, gdy idę na Gorc, spoglądam w tamta stronę…

Ale najważniejsi są ludzie. Żeby stworzyli dom, trzeba zastosować radę, jaką młodemu władcy dawał stary król w Twierdzy Saint Exupery’ego:

“Jeśli chcesz ludzi zjednoczyć, każ im zbudować wieżę. Jeśli chcesz ich podzielić, rzuć im worek owsa.”

Więc od początku staraliśmy się budować wieżę. Przygotowanie na przyjazd uczestników, remonty, prace w polu. Do tego wspólna modlitwa i krótkie wypady w góry. Żelazna zasada, że posiłki jemy wspólnie i bez pośpiechu. Nie pytamy “dlaczego akurat ja” i nie wyręczamy się innymi. Tak wyłoniła się spora grupa domowników. Bywało, że ktoś rezygnował z części wakacji, by przez 17 dni służyć z cichością i pokorą innym. Efekt był taki, że ktoś przyjeżdżający po raz pierwszy po kilku godzinach nie miał wątpliwości, że jest u siebie w domu.

Oczywiście stworzenie takiego klimatu nie byłoby możliwe, gdyby nie sami gospodarze. Witający wszystkich z radością i żegnający zawsze z łezką w oku. Chyba nie trzeba lepszego świadectwa. Pisząc o nich trzeba koniecznie nawiązać do słynnego już skądinąd stołu zasadniańskiego. W kuchni pod oknem. Miejsce biesiad, rozmów, dyskusji, żartów. Tam przesiaduje się do późnych godzin nocnych nad kubkiem herbaty (a czasem herbatki). Oj, pewnie by nie było domu, gdyby nie ta kuchnia i nie ten stół. Bo dom, wspólnotę, tworzą dwa stoły: ten eucharystyczny i ten domowy. Jeden związany jest z drugim.

Kto wie, może na tym polegał od początku urok i siła Zasadnego, że przez wiele lat na tym samym stole, na którym spożywaliśmy posiłek, odprawiana była Msza święta? Jak ktoś głęboko przeżył w Eucharystii tajemnicę Chrystusa Sługi, nie miał wewnętrznych oporów słysząc: tu nie jest się obsługiwanym, tu się służy. Bo “człowiek nie może odnaleźć siebie inaczej, jak tylko przez bezinteresowny dar z siebie”.

Więc dom zasadniański tworzyli ludzie, którzy odkryli radość z bycia darem. Konsumenci przyjechali raz, powybrzydzali i więcej się nie pojawili.

1 Komentarz »

  1. Przed wjazdem do Zasadnego postawiłbym tablice z wizerunkiem ślimaka.
    Ślimak jako symbol powolności, ale powolności w pozytywnym znaczeniu.
    Jako wyraz pewnej filozofii życia. W Zasadnem zawsze było jakoś tak spokojniej, powolniej. Był czas na to aby , nawet przed bardzo wczesną wyprawą w góry, przysiąść w kuchni i spokojnie wypić kawę.
    Podczas letnich rekolekcji było zawsze sporo zajęć, ale nikt nie “latał z wywalonym jęzorem” - był czas na badmintona, na gitarę, na jagody.
    Taka atmosfera panuje tam cały czas - po niedzielnej mszy - ciastko i kawa, wieczorem - krzyżówki.
    No i jedzenie - przecież własnej roboty masło, ser czy wędliny powstają powoli, pyszne nalewki też muszą swoje odstać, żeby potem miło pieścić podniebienie. Nie mówiąc już o chlebie, który pani Józia czasami piecze.
    A taka remiza - też nie powstała w ciągu jednego roku.
    I dobrze. W tych szybkich czasach potrzebne są takie oazy powolności.

    Komentarz od lucky — marzec 4, 2009 @ 22:04

Komentarze RSS dla tego postu. TrackBack URL

Zostaw komentarz