Do gorczańskich impresji dopowiedzenie pierwsze
Zasadne właściwie było dziełem przypadku. A konkretne owocem kuszenia Pana Boga. Latem 1986 roku mieliśmy jechać z ministrantami do Dzianisza. Dwa tygodnie przez wyjazdem gospodyni przysłała list, odmawiający gościny. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że zagrożono jej odmową paszportu do USA, gdzie od kilku lat był jej mąż. „Nie gniewajcie się, księża, ale ja chcę z dzieciakiem do chłopa”. Gniewu nie było, rozumieliśmy. Trzeba jednak było szukać, a czas naglił. Kolega właściwie już zrezygnował. Było to w okolicy Tylmanowej. Wtedy zaproponowałem handel z Panem Bogiem. Podjedźmy do Zabrzeża po paliwo. Jeśli sprzedadzą nam czerwoną, znaczy mamy szansę jechać dalej i szukać miejsca.
Młodemu pokoleniu należy się w tym momencie wyjaśnienie. W epoce socjalistycznego dobrobytu obywatelowi należało się około 30 litrów benzyny na miesiąc. Oczywiście paliwo było na kartki, 46 zł litr. Ale można było kupić „na lewo”, po 100 zł. Ponieważ banknot o takim nominale był koloru czerwonego, tak nazwano bezkartkowe paliwo. Na szczęście dla nas czerwona benzyna była. W ten sposób mogliśmy kontynuować poszukiwania.
Zasadne było ostatnim miejscem do odwiedzenia. Rozmowa z panem Janem była krótka. „Jest nowy dom, ale w nim nic nie ma. Jeśli wam to odpowiada, przyjeżdżajcie.”
Pewnie, że pojechaliśmy. Samochód upakowano materacami, garnkami, jedzeniem. Cielaka zamówiliśmy na miejscu. I tak wystartowaliśmy. Z hukiem, bo na początek wyleciała szyba w dużym pokoju. Spanie było na podłodze, mycie w potoku, kuchnia ze stołówką w jednym, wychodek romantyczny. Trzy drewniane kabiny za kuchnią, od potoku. Ale co tam. Humory dopisywały, apetyty też. W górach dwa razy zdarzyło nam się trochę pobłądzić. Raz taka pomyłka kosztowała nas wynajmem taksówek z Rabki, bo tam o zmierzchu wylądowaliśmy. Dziesięć dni przeleciało jak z przysłowiowego bata strzelił. Przed wyjazdem zapytaliśmy o możliwość ponownego przyjazdu. Jaka była odpowiedź pisać nie trzeba.
Dziś pewnie należy dziękować Bogu, że to był realny socjalizm i trzeba było robić partyzantkę. W dobie wolnego państwa, wszechobecnego ze swoimi regulacjami, ten numer już by nie przeszedł. Tzw. troska o dobro dziecka nie przewiduje spania na podłodze, mycia w potoku i samodzielnego przygotowywania posiłków. Do akcji wkracza sanepid, kuratorium, straż pożarna, stąd nikt rozsądny, zwłaszcza posiadający państwowe uprawnienia, nie odważy się na organizowanie pobytu z dziećmi i młodzieżą w takim miejscu. (Zresztą w Zasadnem od dawna nikt nie myje się w potoku, a dla pięćdziesięcioosobowej grupy dwanaście łazienek powinno wystarczyć.) Dzięki tej szczególnej trosce o dobre warunki mamy coraz mniej mocarzy ducha, za to rośnie nam armia anemików konsumpcji. Ale o tym, jak i o filozofii Zasadnego, w następnej notce.
I mnie się zdarzyły partyzanckie wyjazdy-rekolekcje. Spanie w 40 osób w jednym pokoju, jeden prysznic na 100 osób jedzenie tego i co było (pleśń z chleba przeciez można wyciąć, a sałatka z menu poprzedniego tygodnia wzmagała więź z Aniłem Strózem). Ale tam uczyłam się pracy, tam powstawały prawdziwe przyjaźnie, tam czułam się tak szczęśliwa jak nigdzie w hotelu czy pensjonaci
Komentarz od paczka_dropsow — luty 16, 2009 @ 11:43
Celniku!
Byłem w okolicy, niedawno. Wyjazd na narty z firmy… nieważne. Musiałem przewieźć syna z Krynicy do Poronina na jego obóz… nieważne. Ważne jest to, że jechałem trasą Nowy Sącz - Nowy Targ, wzdłuż Dunajca, przez Krościenko, niedaleko Ochotnicy i wróciły wspomnienia a także przemożne pragnienie, by wysiąść z samochodu i poleźć w góry, właśnie by wylać trochę potu. Szkoda, że jechałem nocą, w fatalnych warunkach (zadymka, biała droga, brak mapy) bo jako żywo nadrobiłbym trochę drogi, żeby zajechać do Zasadnego i pójść choć kawałek w górę dawnym szlakiem.
Ja tam jeszcze wrócę! Muszę…
Komentarz od gepe — luty 17, 2009 @ 10:08
dziękuję za te Zasadniańskie impresje.
Zacniło mi się.
Miliony pięknych wspomnień.
Tony znajomości, kilogramy przyjaźni.
To dzięki pobytom w Zasadnem nic nie jest wstanie zachwiać mojej wiary w Boga i przekonania, wręcz pewności, że jest.
…ale drogi na Prehybę, że niby po asfalcie; drogi z Turbacza (kiedy Lucky i Anka znosili mnie, w mrzawce, a ja miałam 39 st gorączki) - tego nie zapomnę. I bynajmniej nie mówię tu o pozytywnym aspekcie pamiętania…
Komentarz od jodynka — luty 17, 2009 @ 23:51