23 październik 2007

Prawdziwie trudne chwile

Wielu moim rozmówcom wydaje się, że w kapłaństwie najtrudniejszy jest celibat. Okazuje się, że w pewnym wieku są trudności o wiele większe.

Godzina 3:50. Budzę się zlany potem, gorączka, w żołądku rewolucja. Prawdopodobnie wczorajsza pasztetowa, popita ziołową herbatą dla żołądkowców. Usiłuję szybko dostać się do łazienki. Niestety, nie wiadomo jakim sposobem uderzyłem głową w drzwi. Za moment twarz zalana krwią. Wracam do łóżka. Boleści i nudności ciąg dalszy. Ok 7:30 usiłuję wstać. Z marnym skutkiem. Ciśnienie 85/65. Jakimś cudem dotarłem do kuchni, by przygotować namiastkę śniadania. W domu zimno. Nawet nie próbuję dostać się do piwnicy.  Otworzyłem drzwi z łańcucha. W razie czego przynajmniej kościelny dostanie się do środka bez ich wyważania. O wyjeździe do lekarza nie myślę. Prawdopodobnie nie udało by mi się nawet wyprowadzić samochodu z garażu. Wróciłem do łóżka i dotrwałem do obiadu. Właściwie do pory przygotowania obiadu. Około 15:00 poczułem się trochę lepiej. Uff…

Po co o tym piszę. Żebyście wiedzieli, które chwile dla księdza na małej wiejskiej parafii są najtrudniejsze.

20 październik 2007

“Leiton ergon”

Przed kilkoma laty błogosławiłem związek Polki i Kanadyjczyka. Pół godziny przed uroczystością w zakrystii pojawili się goście pana młodego z propozycją włączenia się w przygotowanie liturgii. Ustaliliśmy, że przeczytają lekcję, modlitwę wiernych i przyniosą do ołtarza dary. Dodać koniecznie należy, że wszyscy byli ludźmi dorosłymi.

Ostatnio coraz częściej obserwuję, że jeśli nawet w rodzinie młodych są ministranci, na ślubach zajmują miejsce na kościele, księdzu zostawiając rolę przewodniczącego, lektora ministranta i wszelkie pozostałe. (Mało kto wie, że w takich okolicznościach trzeba być również stróżem, tzn. pilnować, żeby kamerzysta np. nie przewrócił pannie młodej na nogi klęcznika.) Więcej, zdarzyło mi się słyszeć z bardzo pobożnych ust upomnienia, że w takiej sytuacji nie wypada stać przy ołtarzu, bo przecież “jest się gościem weselnym”.

A przecież liturgia - “leiton ergon” - znaczy dokładnie “dzieło wspólne”.

Czyżby bycie gościem weselnym nie znaczyło nic więcej ponad bycie obsłużonym?