17 kwiecień 2007

Sam z marzeniami

Wydawało się, że w myśleniu o stanie małych parafii jestem osamotniony. Ku mojemu zdumieniu ostatni Gość zamieścił felieton ks. Tomasza Horaka, zadziwiająco zbieżny z moimi spostrzeżeniami.

Pamiętam jedną z pierwszych rozmów w parafii. Zastanawiałem się, co będę robił przez cały tydzień w sytuacji, gdy na miejscu nie ma żadnej szkoły, dzieci i młodzież każdego dnia spędzają ponad 70 km w autobusie. (Moją gminę chyba należy pod tym względem zamieścić w księdze rekordów Guinessa. W ubiegłym roku zerówka wyjeżdżała do szkoły o 6:20. Czas przejazdu każdego dnia wynosi półtorej godziny w obie strony). Rozmówcy powiedzieli wówczas, że powinienem się cieszyć, bo nie mając nic do roboty będę mógł odpoczywać. Jakoś nie mogli zrozumieć, że dla mężczyzny w szczycie aktywności zawodowej jest to mało atrakcyjna wizja, a na studiach nie robiłem specjalizacji z metod zagospodarowywania czasu w sytuacji notorycznego braku zajęcia.

Ten styl myślenia w jakiś sposób określa oczekiwania małej społeczności jeśli chodzi o rolę, jaką ma w niej spełnić kapłan. Ma ładnie odprawić Mszę i czekać na chrzest, ślub i pogrzeb. W międzyczasie ma odpoczywać.

Jeśli chodzi o aktywność na pozaliturgicznym obszarze życia parafialnego gdzieś w tle pojawia się jeszcze inny problem. Rodziców coraz trudniej przekonać, że wiedza podręcznikowa to zaledwie 10% tego, co składa się na przyszły sukces życiowy ich pociechy, a reszta to kontakty, zainteresowania, bywanie w pewnych środowiskach. Że o sukcesie decyduje właśnie te pozostałe 90%, a podręcznikową wiedzę zawsze można uzupełnić. Młodzież zaś nie sięga po gitarę z prostego powodu. Gitara nie jest nową tapetą do telefonu komórkowego i nie jest nową grą komputerową. Więc i nie ma czym w gronie rówieśników zaimponować. Pewnie z tego powodu na prawie stu uczniów gimnazjum i szkół średnich nikt na żadnym instrumencie nie gra, mimo, że była możliwość wciągnięcia w przedsięwzięcie zawodowych muzyków (gratis!)

Ostatni wniosek jest dość smutnawy. Przed laty przeczytałem książkę ks. Ludwika Bielerzewskiego „Ksiądz nie zostaje sam”. Gdy patrzę na ostatnie cztery lata przekonuję się coraz bardziej, że jeśli chodzi o duszpasterskie marzenia w małej parafii ksiądz niestety zostaje sam.

Dobrze, że są bobry i wieża do obserwacji ptaków nad jeziorem Rakutowskim. Zainteresowanych uprzejmie informuję, że biała czapla jeszcze nie zaczęła lęgów. Za to szpak, nie wiedzieć czemu, wyrzucił z gniazda jajka.

10 kwiecień 2007

Komentować?

Od ostatniego postu wiele się wydarzyło. Zniecierpliwieni czytelnicy w komentarzach domagali się wyrażenia opinii o takim czy innym wydarzeniu. (Celniku, co myślisz o… )  Niektórzy nawet zaczęli podejrzewać, że nadszedł koniec bloga celnika. Nic z tych rzeczy, proszę państwa. Niniejszym wyjaśniam przyczyny niemalże półtoramiesięcznej przerwy w pisaniu.

 

To, że nie pisałem bloga, nie znaczy wcale, że nic nie pisałem. Tyle, że nie komentowałem. Po prostu był to czas, kiedy zajmowałem się sprawami ważnymi. A były nimi kolejki przy konfesjonale, rekolekcje w parafii, internauci domagający się co tydzień nowej porcji wielkopostnej refleksji, przygotowanie Triduum Paschalnego. Już widzę zdziwienie na twarzy niejednej osoby czytającej. Jak to, ani słowa o lustracji księży, ani słowa o odejściu księdza Węcławskiego, ani słowa o pustce przed telebimem w Łagiewnikach…? Ani słowa. Bo w tym czasie dla Kościoła i dla ludzi Kościoła nad przygotowanie Paschy nie było nic ważniejszego.

Co nie znaczy, że którymś z powyższych problemów nie mam zamiaru zająć się. Mam takowy. I pewnie w najbliższym czasie do sławetnego telebimu wrócę.

 

Na koniec dwa donosy ;) A może nawet trzy.

 

Spieszę poinformować, że wielkopostna historia Kuby, Jacka i Huberta powstała przypadkiem. Znaczy zaplanowany był pierwszy odcinek. Po kilku dniach zacząłem dostawać maile od katechetów i uczniów, domagających się dalszego ciągu. Przy okazji wracały pytania o autentyczność bohaterów. Więc odpowiadam. Babcia jest postacią jak najbardziej autentyczną. To do niej, przed laty, przyszedł list, zaadresowany: Babcia – Szczawnica. Dotarł do rąk adresatki, chociaż szanowna babcia mieszkanką Szczawnicy nie była. Za nadaną przez młodzież ksywką kryje się pani Mirosława Hankiewicz. Członkini Prymasowskiego Instytutu Maryjnego, wychowawczyni wielu pokoleń młodzieży kilku diecezji. Wspominam ją, bo w tym roku minie 20 lat od jej śmierci. Jagusia jest dziś dorosłą kobietą a jej opiekunowie już pozakładali swoje rodziny. Tyle wyjaśnień w donosie pierwszym.

 

Na polanie wśród lasów i jezior wykluło się pięć orlątek. W Wielkim Tygodniu rozpoczęły służbę przy ołtarzu. Nie muszę chyba nadmieniać, że Triduum Paschalne, przygotowane przez 35 osobowy zespół było dużym przeżyciem.

 

Z innego ptactwa sikorki zasiedliły skrzynkę, zawieszoną na lipie obok plebanii. Bociek w rannej porze spaceruje po młodym zbożu. Pod dach wróciły szpaki. Na łące co i rusz żuraw się pojawi. Największą jednak atrakcją są bobry. Umyśliły sobie na strudze, za łąką, zbudować żeremie. Ale żeby się do nich dostać potrzebne są solidne kalosze.

 

Ech, wiosna, wiosna…