13 styczeń 2007

Porzucić kapłaństwo - refleksja w środku lasu

Przyznam, że z wielkim bólem czytałem ostatni wpis księdza Artura w Oknie na Kościół. Przyznam również, że wielokrotnie musiałem zmierzyć się z pokusą, przed jaką stanął ksiądz Tomasz. Przychodziła najczęściej gdy waliły się wszystkie moje plany, niszczono rozpoczęte dzieła i wszystko trzeba było zaczynać od nowa; gdy widziałem jak promowano miernotę a spychano w zaścianek inicjatywę i wizję; gdy nagradzano rozpychających się łokciami karierowiczów a kładziono przysłowiowe kłody przed tytanami codziennej, uczciwej pracy. Wtedy buntowałem się najbardziej i właśnie wtedy pokusa była najsilniejsza. Nie zawsze też miałem na kogo liczyć, by otrzymać konieczne wsparcie. A zdarzało się, że na drodze stawali “życzliwi” ze swoimi propozycjami. - Daj sobie spokój. Załatwimy ci dobrą pracę. Nareszcie urządzisz się. Stworzymy ci warunki do wykorzystania wszystkich twoich zdolności. Tu jest konserwa. Nic już tu nie zrobisz… Tak było również przed niespełna cztery laty, gdy miałem przyjść tu, na skraj lasu…

Jak radziłem sobie z tymi myślami, pokusami, rozterkami? Jak radzę sobie z nimi dziś?

Gdy byłem jeszcze w liceum mój duchowy przewodnik i wychowawca często mi powtarzał, że Pan Bóg nie po to uczynił mnie wrażliwym na zło, bym je potępiał. Zrobił to, bym uczył się, jakim księdzem mam nie być. Bym zawsze potrafił znaleźć odpowiedź na pytanie, jakiego dobra Bóg ode mnie oczekuje. Uczył mnie, że taka postawa nazywa się pełnieniem woli Bożej.

A dziś? Dziś byłem na kolędzie w środku lasu. Trzy kilometry od szosy. Dwa domy. W jednym z nich stara pani Ciesielska. Przed siedmiu laty przeżyła w jednym dniu śmierć córki i zięcia. Utonęli na początku marca w leśnym jeziorze. Zostawili trójkę dzieci. Najmłodsze dwa miesiące później miało iść do pierwszej Komunii św. Gdy odwiedziłem ją późną jesienią powiedziała, że jej siłą była wiara, jaką karmiła się przez posługę kapłanów. Ludzi nie zawsze krystalicznych. A jednak mówiła o nich z wielką miłością. Oni dodawali jej siły i otuchy. Dzięki nim wychowała wnuki. (Ten najmłodszy w Wielki Piątek ubiegłego roku wnosił krzyż do adoracji. Kroczył przez środek świątyni, gdzie przed siedmiu laty stały trumny obojga rodziców, dumny, z głową podniesioną do góry, z oczami zapatrzonymi w krzyż. Na twarzach ludzi widać było wyraźnie wzruszenie.) Dziś już nie mówiła wiele. Osłabiona, osunęła się na krzesło w połowie “Ojcze nasz”. Cały czas miała na twarzy uśmiech. Jedną rękę miała przez cały czas wsuniętą w moją dłoń, drugą wycierała z oczu łzy.

Gdy wieczorem wróciłem do domu i przeczytałem tekst księdza Artura, pomyślałem o niej.  Pomyślałem, że pierwszymi po Bogu ludźmi, nadającymi sens naszemu kapłaństwu są takie właśnie babcie.

Księże Tomaszu. Modlę się o to i zarazem życzę Ci, byś mógł usiąść przy łóżku babci Ciesielskiej. Byś mógł od niej słyszeć, że jej siłą jest wiara, jaką karmiła się przez posługę kapłanów. Z całego serca życzę…

8 styczeń 2007

Zapalenie żołądka i rezygnacja arcybiskupa a przyszłość Kościoła

 

Miało być małe podsumowanie roku i prognoza na następny. Jak zwykle wszystko wyszło inaczej. Ale – po kolei.

 

Najpierw moje kochane dzieciaki zafundowały mi silną dawkę sylwestrowych emocji. Nie muszę chyba dodawać, że nie były to emocje pozytywne. Cóż, stało się. Życie nie może być pasmem nieustannych wychowawczych sukcesów. Sztuką nie jest nie mieć porażek. Sztuką jest porażki przekuć na sukcesy. Ech, coś się jeszcze wątki plączą…Więc te niezbyt pozytywne emocje wywołały takie, a nie inne reakcje żołądkowe (dzięki którym dowiedziałem się, że mój żołądek jako stan naturalny nie obrał sobie bytowania w pionie, ale uparł się mieszkać u mnie w poziomie, bo „taki jego urok” – jak stwierdził lekarz), skutkiem czego kolęda została odwołana, końcówkę tygodnia przeleżałem w łóżku, wijąc się z bólu… No i najważniejsze wydarzenie medialne przeszło mi koło nosa. Dowiedziałem się o wszystkim, gdy już było po wszystkim. To znaczy gdy przywieziono mnie do kościoła na sumę, dopadła mię informacja o złożonej i przyjętej rezygnacji. Stało się tak z prostego powodu. Moi przyjaciele stwierdzili – całkiem zresztą słusznie – że o wiele lepszą sprawą niż rozprawianie nad łóżkiem chorego o losach i perypetiach wiadomego arcybiskupa jest przygotowanie jedzenia, napalenie w piecu, pomoc w najprostszych życiowych czynnościach. A gdy to zostanie zrobione najlepiej jest usiąść na fotelu przy głowie chorego i kimać z nim do momentu, gdy znów będzie się potrzebnym. Chyba dobrze stwierdzili. Bo dzisiaj, po powrocie z badań w szpitalu, mogłem już pogrzebać trochę w serwisie i napisać tę notkę. Qui bono?

 

W przejrzanych komentarzach dominuje niepokój o przyszłość Kościoła w Polsce. Obawy o wyniki lustracji, rysujące się podziały i wszystkie te ble, ble, ble…, którymi jesteśmy epatowani od pierwszych stron gazet do ostatnich. A ja tu sobie myślę, że dopóki będą takie małe wspólnoty wiary, gdzie ludzie będą się wspólnie modlić, przeżywać liturgię, pochylać nad cierpieniem bliźniego, wspierać ubogich, wspomagać talenty – tak długo naprawdę mogę być spokojny o przyszłość mojego kochanego Kościoła. Nie zatrzęsie nim ani żadna lustracja, ani kolejna rezygnacja, ani jakiekolwiek inne pęknięcia. Wręcz przeciwnie. Pochylona z wiarą nad łóżkiem chorego wspólnota będzie ewangelicznym zaczynem nowego pokolenia chrześcijan. Z tą ostatnią myślą nie będę się jednak zbytnio rozpędzał, bo przed prawie 20 laty pisał już o tym ktoś mądrzejszy ode mnie. Ciekawskim podpowiadam: „Raport o stanie wiary”. O stronę nie pytajcie, bo książka „krąży po dzieciach” i nie mogę sprawdzić.

 

Tyle na dzisiaj. Uciekam od kompa. Bo jeszcze jutro oberwę od zatroskanych o przyszłość Kościoła dzieciaków, za zbyt długie ślęczenie przed monitorem.