28 grudzień 2006

Pierwsza kolęda

W pierwszym roku pobytu postanowiłem, że w najbliższych latach, w przerwie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem odwiedzę po kolei wszystkie wioski. Bo to najlepszy czas, gdy w domu można spotkać praktycznie wszystkich. Zwłaszcza dzieci i młodzież, później z reguły na kolędzie nieobecne. Zatem o 9:00 ruszamy.

Ostatni dom we wiosce. Koniec drogi. Dalej już tylko niewielka łąka, olszynowe uroczyska i bagna. Tu zaczynamy. Gospodarz z żoną i dzieci czekają w drzwiach. Wybiega jedno z najmłodszych. Już za chwilę Pawełek, wtulony w księżowską sutannę, prowadzi do mieszkania. Rozmowa o wychowaniu, szkole, kłopotach na katechezie. Zwyczajne troski rodziny wielodzietnej. O niedzielną Mszę św. nie pytam. Z prostego powodu. W parafii, do której należy trochę więcej niż 200 rodzin wszystko widać, jak na dłoni. Więc bez pytania wiem, że w każdą niedzielę przychodzą (!) te kilka kilometrów na pierwszą Mszę. I na Pierwszych Piątkach są systematycznie.

W następnym dziewczyna po kolejnej chemii, mimo wszystko z nadzieja patrząca na życie. Co za optymizm w przygotowaniach do zawarcia związku małżeńskiego. Nic, tylko od niej wiary się uczyć. Potem babcia, która nigdy w życiu nie była w szpitalu i teraz boi się, że na czwarte piętro nie wejdzie. Uspokaja się dopiero, gdy mówię jej, że windą ją zawiozą i będzie po operacji widziała świat normalnie. Cieszy się. Mówi, że po powrocie przyjedzie, żeby po raz pierwszy proboszcza zobaczyć.

I tak po kolei w każdym domu, gdzie każda rodzina to oddzielna historia. Dopiero po powrocie na plebanię uświadomiłem sobie, że nikt nie pytał o sprawę arcybiskupa Wielgusa, o lustrację w Kościele, o różnice między Kościołem ojca Rydzyka i Kościołem Łagiewnickim, o miejsce rezydencji przyszłego prymasa. Zacząłem zastanawiać się, dlaczego nie pytali. Przecież nie z obawy przed proboszczem, bo już zdążyli przyzwyczaić się, że jego bać się nie trzeba. Mały Pawełek, wybiegający na spotkanie, był tego najlepszym przykładem. A fakt, że żaden z mężczyzn, nawet tych mających coś na sumieniu, nie uciekał z kolędy do stodoły, jest chyba najlepszym tego potwierdzeniem. Więc dlaczego nie pytali?

Wydaje się, że znalazłem odpowiedź. W ferworze medialnych sporów mało kto już zauważa, że między “Kościołem ojca Rydzyka” a “Kościołem Łagiewnickim” jest jeszcze trzeci Kościół. Ten zwyczajny. W którym ludzie martwią się o to, by niedzielna liturgia była jeszcze piękniejsza; radzą z proboszczem, jak drogę na cmentarz poprawić; rozmawiają o wychowaniu potomstwa po Bożemu; smucą się, że wracające późno ze szkoły dzieci na roraty nie mogą przychodzić. W domu też inne kłopoty mają aniżeli polityczne spory i debaty. Bo ozimina przymarzła, dziki na podwórko wpadają, a jastrząb porwał ostatniego kurczaka z podwórka. A ja, idąc i słuchając ich opowieści, w duszy powtarzam fragment jednego z hymnów brewiarzowych.”Jezu, otoczony rzeszą ślepców głuchych, trędowatych, ciał niemocą naznaczonych…”

Nie chcę, by ktoś pomyślał, że piszę ten tekst w opozycji do wczorajszego komentarza księdza Artura. Przeciwnie, zgłaszam swój akces do debaty o Kościele. Sporo przez te lata uzbierało się doświadczeń i z pewnością warto nimi dzielić się na szerszym forum. Piszę ten tekst, by pokazać, że istnieje coś, co z pewnością nie mieści się w medialne klisze całego społeczeństwa, zainteresowanego seks aferą; całego Kościoła, dyskutującego nad terminem ingresu arcybiskupa Wielgusa (redaktor Terlikowski niech mi tę śmiałość w formowaniu opinii wybaczy); całego Kościoła zamieszanego w spór między Łagiewnikami a Toruniem.

Stara pani Jasiakiewiczowa - 93 lata i ciągle jeszcze “na chodzie” - nad łóżkiem ma obraz Bożego Miłosierdzia. Codziennie o 15:00, ze łzami w oczach, z Radiem Maryja odmawia Koronkę. I zielonego pojęcia nie ma, że między Łagiewnikami a Toruniem zionie medialna przepaść, dla wielu zupełnie nie do pokonania.

25 grudzień 2006

Wesołych świąt

Przed kilku laty Marek Kamiński w „Moich biegunach” napisał, że czasie obydwu wypraw na bieguny nie czuł się tak samotny, jak w centrum Gdańska. Jego wyznanie towarzyszy mi niemalże zawsze podczas wielkich świąt. Co zresztą może wywołać u czytelnika bloga zdziwienie. Jak to? Przecież kościół wypełniony po brzegi ludźmi. Tyle blasku, radości, śpiew kolęd. Tylu przystępujących do sakramentu pojednania i Komunii świętej….

To wszystko prawda. Świat jednak utkany jest z paradoksów. Jednym z nich są wiejscy proboszczowie, bezdomni we własnym domu w najbardziej rodzinne święta.

Dlatego z pewną nostalgią wspominam parafie, w których młodzież, po rodzinnej wigilii, przychodziła na plebanię, by podzielić się opłatkiem, a potem szliśmy wspólnie do kościoła, by poprowadzić czuwanie przed Pasterką. Dziś radość z przeżywania Tajemnicy Wcielenia miesza się z ogołacaniem (oczyszczaniem?) własnych wyobrażeń o tym, kim jestem dla innych. Oddzielaniem tego, kim chciałbym być, od tego, kim jestem naprawdę.

Jedno jest pewne. Nigdy nie chciałem być jedynie sprawnym organizatorem życia parafialnego. Od samego początku towarzyszył mi ideał kapłana – ojca.

Na Pasterce powiedziałem: chcesz mieć kolegę, zaproś go na wesele; chcesz mieć przyjaciela, pochyl się nad jego nędzą i pozwól, by mógł pochylić się nad twoją. Potem widziałem plecy oddalających się w pośpiechu  i słyszałem rzucane zdawkowo: wesołych świąt…….

25 grudzień 2006

Prezenty od świętego Mikołaja

W tym roku były dwa. Pierwszy od mamy. Położyła pod choinkę komplet sztućców. Jak umrę, to za każdym razem, gdy usiądziesz do stołu, będziesz sobie o mnie przypominał – powiedziała, gdy rozpakowywałem. Było to o tyle wzruszające, że ma już 82 lata. Więc wiedziała, co mówi.

W przypadku drugiego prezentu trzeba mówić liczbie mnogiej. Bo właściwie otrzymała go redakcja Wiara.pl od internautów. W wigilijny wieczór zostały pobite rekordy dziennych i miesięcznych wywołań dla serwisu Liturgia. Ostatnie przekroczyły milion.

Statystyki potwierdzają słuszności tezy, postawionej w wakacje przez księdza Artura. Że nadchodzi tzw. druga fala internetowa, w której Kościół musi się odnaleźć. Jeśli się spóźnimy, historia nie wybaczy nam tego błędu. Teza oparta zresztą na słynnym pytaniu z orędzia Jana Pawła II o Internecie. „Czy zrobimy wszystko, aby w medialnym szumie można było rozpoznać oblicze Jezusa?”

Statystyki w pewien sposób zmieniają również obraz przeciętnego internauty. W powszechnym przekonaniu ma to być środowisko, stojące na pograniczu wiary i niewiary, bardzo często nastawione antyklerykalnie. A tu, wbrew stereotypom, wyłania się człowiek poszukujący głębi. Chcący zrozumieć swoją wiarę. Pragnący w sposób coraz bardziej świadomy uczestniczyć w Liturgii Kościoła.

Dla redakcji jest to wielkie wyzwanie. Otrzymaliśmy grupę czytelników, stawiających nam wysokie wymagania. Ludzi, poszukujących dobrego pokarmu duchowego, sytego, dobrze przyprawionego. I – co najważniejsze – strawnego. Spełnienie tego oczekiwania nie jest łatwe z kilku powodów. Po pierwsze nie jesteśmy, wbrew temu, co mogłoby się wydawać, koncernem medialnym, dla którego pracują setki ludzi. Po drugie dla wielu „poważnych autorów” internet ciągle jest zabawą. Ileż razy słyszałem taką odpowiedź, gdy chciałem zaprosić kogoś do współpracy. Po trzecie nie jest łatwo znaleźć ludzi o sprawach liturgii piszących w sposób przystępny. A wiadomo, że tzw. przeciętny internauta specjalistycznego żargonu nie strawi.

Moja intuicja podpowiada, że, owszem, należy wskazywać na autorytety, odwoływać się do nich, stwarzać możliwość wypowiedzenia się. Ale integralny rozwój serwisu dokona się w oparciu o społeczność, która wokół niego powstanie. Przyznać na koniec muszę, że intuicja nie podpowiada mi nic nowego. Przecież tak rozwija się Wiara.pl. Czat, forum, pierwsze spotkania. A potem jakaś cząstka odpowiedzialności. Pewnie nikt nie uwierzy, że przed niemal pięciu laty, gdy Jaś zapraszał mnie do współpracy, znał tylko mój nik na czacie. A i dziś czasem trudno przypomnieć sobie imię i nazwisko redagującego któryś z serwisów. Zresztą po co, skoro wszystko idzie do przodu.

21 grudzień 2006

Przeciw zbiorowemu opłatkowaniu

Najpierw był pomysł akcji do serwisu Liturgia. Potem zacząłem pisać artykuł. Jak można się domyślać, nie został dokończony i czeka na następny Adwent.

Temat jednak po głowie chodzi, wracając z coraz większą natarczywością. Tym większą, im częściej słyszę o różnego rodzaju imprezach integracyjnych, przybierających (kradnących???) nazwę “wigilii”.

Zacznę od wspomnienia. Przed przeszło trzydziestu laty pierwszy raz byłem na oazie. W drugim dniu wpadliśmy na pomysł. Skoro jutro tajemnica Bożego Narodzenia, to zróbmy dziś wieczór wigilię i nocną pasterkę. Wówczas animator wyciągnął w plecaka odbity na powielaczu skrypt z artykułem księdza Blachnickiego i palcem pokazał fragment. Twórca rekolekcji nie zalecał tego typu przeżyć argumentując, że są one związane tylko i wyłącznie z jednym dniu w roku, mają charakter wyjątkowy i niepowtarzalny. Później znalazłem list Kardynała Wyszyńskiego, w którym gorąco prosił i zachęcał, by pierwszy opłatek przeżywać w gronie rodziny, w powiązaniu z wieczerzą wigilijną. Te wspomnienia wracają, ilekroć widzę przed sobą sterty zaproszeń na rozpoczynające się z reguły w połowie Adwentu “wigilijne spotkania” w różnych grupach.

Być może owe wigilie nie budziłyby moich zastrzeżeń gdyby….

Zatem dwie obserwacje. Dawno już zauważyłem, że ostatnim symbolem religijnym, jaki na tych imprezach ostał się, jest opłatek. Choinka upstrzona bombkami z logo zaprzyjaźnionej firmy, na środku szaleje wyrośnięty krasnal udający świętego Mikołaja, z głośników leci jakiś kolędowy mix. Oczywiście bez słów. No bo niech pojawi się na wigilii ktoś niewierzący. Albo buddysta. Bądź wyznawca jakiejś innej religii. I zostaną obrażone jego uczucia religijne. A przecież podczas tego wyjątkowego spotkania mamy się integrować, poznawać, wyzwalać w sobie empatię….. Jakoś nikt nie zauważa, że wokół sami ochrzczeni. Że to mieszkańcy tej samej wioski, tego samego osiedla. Ludzie, którzy za kilka dni spotkają się w kościele na Pasterce. TU trzeba być polityczne poprawnym, wpisać się w ogólnie przyjęte i medialnie zaakceptowane kanony. Jeśli dodać, że coraz częściej jest to impreza w luksusowej restauracji czy hotelu, przy zastawionych niekoniecznie postnymi potrawami stołach, suto zakrapiana alkoholem - pytanie wigilia to jeszcze czy już tylko jej karykatura staje się coraz bardziej uzasadnione.

Odpowiadam oczywiście - karykatura. Bo wigilia, tak dla przypomnienia, to przeżycie religijne, zaczynające się po zachodzie słońca, w wieczór poprzedzający wielkie święta i uroczystości. Czas szczególnej modlitwy i refleksji. Mającej przygotować do głębokiego przeżycia świętowanej tajemnicy. Czas, na który składa się lektura Pisma świętego, śpiew pieśni i psalmów, milczenie, wspólnie zanoszone prośby i błagania. Jeśli nawet związana jest z posiłkiem, to pełni on rolę drugorzędną. Podobnie jak drugorzędną spełniają składane przy okazji życzenia. Tym bardziej te banalne, powtarzane mechanicznie. Bo tak wypada, bo mi nic innego nie przychodzi do głowy. Bo przecież każdy chce być szczęśliwy i zdrowy. Bo tak mówią wszyscy. Bo przecież…. mamy się integrować.

Chciałoby się krzyknąć bzdura. Mamy “wpatrywać się w Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydoskonala”. Mamy czuwać (łacińskie vigilare). Jak panna mądra, z lampą pełną oliwy. Odziani w białe szaty, z radością i ufnością.

Dlatego bez najmniejszych skrupułów wyrzucam kolejne zaproszenia do kosza i publicznie oświadczam: w żadnych integracyjnych “wigiliach” nie zamierzam uczestniczyć. Do rzeszy spłycających kolejny religijny symbol nie będę się przyłączał.

A jeśli ktoś koniecznie chce się ze mną integrować, zapraszam zimą do Zasadnego. Będą narty, sanki, kuligi, ogniska, wycieczki… Wystarczy.

20 grudzień 2006

Od czegoś trzeba zacząć

Kiedyś był szary notes. Towarzyszył mi przez kilkanaście lat. Pilnie strzeżona tajemnica, udostępniana we fragmentach przyjaciołom. Nadchodzi czas, kiedy musi podzielić los starej maszyny do pisania. Powędruje na półkę z pamiątkami. Jak Olimpię zastąpił pierwszy laptop, tak oprawionym płótno zeszycikiem stanie się serwer.

Dlaczego zapiski na skraju lasu?

Przed trzema laty opuściłem (niekoniecznie z własnej chęci i woli) miejski szum i osiadłem na skraju olbrzymiego kompleksu leśnego. Z jednej strony bór, z drugiej łąki, poprzecinane strugami, kanałami, bagnami, olszynowymi uroczyskami (z żeremiami bobrów). Pośrodku dom. Tu żyję, pracuję, piszę. Paradoksalnie - stąd lepiej widać świat. Albo inaczej. Tu lepiej widać to, co naprawdę ważne.

O tym będę pisał. Na skraju lasu.