Archiwum dla kategorii 'Uzdrowienie'

Terapia

listopad 2009r. – kwiecień 2010r.

     Na drodze do uzdrowienia Pan Bóg postawił mi również lekarza. I tak od połowy listopada 2009r. do początku kwietnia 2010r. chodziłam na terapię do psychologa. Z pomocą „wujka Googla” trafiłam do Kamili, która pracowała, chyba dla jedynej w Bath, polskiej fundacji zrzeszającej specjalistów z tej branży.

     Być może ktoś zastanawia się, co skłoniło mnie do szukania pomocy w tak mało popularny sposób? Jednym słowem - życie. Gdy sięgnę pamięcią wstecz powraca wspomnienie olbrzymiego lęku, jaki czułam przed ludźmi. Nie potrafiłam nawiązywać kontaktów. Sprawiało mi to ogromny problem. Zrobienie zakupów, na przykład, było prawdziwym wyzwaniem - Mount Everest normalnie. Zdarzało się, że chcąc za nie zapłacić podchodziłam do kasy samoobsługowej, byle nie do człowieka. Sytuacja nasiliła się, gdy podjęłam pracę w supermarkecie. Sklep posiadał licencję „25 lat”. Obejmowała ona sprzedaż alkoholu, papierosów i loterii osobom poniżej 25 lat za okazaniem dowodu tożsamości. Poinformowano mnie o surowej karze za nieprzestrzeganie prawa, wielokrotnie też byłam kontrolowana przez „tajniaków”. Podeszłam, zatem do przykrego obowiązku z należytą starannością. Reakcje klientów były różne, od zrozumienia do rozrzucania towaru przy kasie, krzyku, często też wyzwisk personalnych. Te ostatnie doprowadzały mnie do łez.

     Nerwy odbiły się na zdrowiu. Pojawiły się dziwne dolegliwości. Najbardziej dokuczliwe były nudności, które zdarzały się czasem kilka razy w ciągu dnia. Towarzyszyły im bardzo silne bóle, i trudno mi było utrzymać się na nogach. Życie mi się skomplikowało, a szczególnie w pracy. Zwróciłam się więc o pomoc do brytyjskiej służby zdrowia. Tamtejsi lekarze niczego jednak nie znaleźli stwierdzając, że głównym powodem jest stres. Niedowierzając ich opinii postanowiłam spróbować w Polsce. Podczas ostatniego urlopu 2 tygodnie spędziłam w szpitalu. Diagnoza w sumie się potwierdziła. Ponadto skierowano mnie do poradni psychologicznej.

     Pamiętam pierwszą wizytę u Kamili. Byłam bardzo spięta. Usiadłam na brzegu kanapy i z wytrzeszczem oczu obserwowałam każdy jej ruch. Zwykle zachowuję się tak u dentysty. Początkowo potrzebowałam częstszych wizyt. Nie mogłam się też doczekać kolejnego spotkania. Pamiętam zdarzyło się, że Kamila przełożyła termin, a ja z niecierpliwością odliczałam dni do kolejnej wizyty. Bywało też, że przychodząc do niej nie chciało mi się odzywać. Siadałam na kanapie i patrzyłam w jeden punkt. Nie mobilizował mnie nawet fakt, że słono za to płacę. Trochę dziwnie - z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej- nie chcę mi się „gadać”. Na szczęście Kamila potrafiła temu zaradzić.

     Na samym początku naszej znajomości poruszyłam też temat wiary. Powiedziałam jej, że jestem katoliczką. Kamila wyznała, że wierzy w Boga, ale nie ma problemu z wejściem do każdej „świątyni”, w tym także do meczetu. Przed każdym więc spotkaniem modliłam się zawierzając je Maryi. Z czasem dowiedziałam się, że mam się również modlić po spotkaniu. Miałam przez to poczucie bezpieczeństwa. Kamila nigdy nie ciągnęła mnie za język.
Pewnego dnia terapia przebiegła inaczej niż zwykle. Pamiętam, powiedziałam coś związanego z wiarą. W odpowiedzi usłyszałam, że jeśli Bóg zechce to znajdzie drogę do jej serca. „Oczywiście, że tak” – odpowiedziałam - „Ale wystarczy się do Niego zwrócić, a On na to odpowie. Sama tego przecież doświadczyłam. Ponadto Jezus szanuje moją wolność. Nie wchodzi z butami w czyjeś życie. Czeka, aż Go zaproszę, aż pozwolę Mu sobie pomóc”. Potem podzieliłam się z nią doświadczeniem Bożej miłości w swoim życiu. Nie pamiętam, o czym dokładnie jej opowiadałam. Widziałam, że słucha mnie z uwagą. W pewnym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi …. Okazało się, że przyszła następna osoba. „To już koniec?”- zapytała- po czym z niedowierzaniem zerknęła na zegarek- „To już minęła godzina?”- dodała zdziwiona. Tak, minęła. Skasowała mnie jak zwykle i poszłam do domu. (…). Na podobną rozmowę nie pozwoliła mi następnym razem. Nigdy więcej też nie próbowałam.

     Pan Bóg posłużył się Kamilą i w jej gabinecie uzdrowił ranę, którą nosiłam w sercu od czasów dzieciństwa. Przypomniałam sobie, co takiego się wtedy wydarzyło. Zrozumiałam, że krzyk podświadomie kojarzę z bólem fizycznym i płaczem. Przebaczyłam uraz i od tamtej chwili mogłam z pokojem w sercu obsługiwać nawet najtrudniejszych klientów.

 

 

źródło zdjęcia: https://www.google.pl/search?q=terapia+u+psychologa&client=firefox-b-ab&tbm=isch&tbs=rimg:CaF3Z_1jrDyM5IjhOIz-tbPoLqaI-8KgZWgSDWAOFFc3N_1QS6FHKHaDvKlD9nPE2VDXHx9HIef3b5-BZSJa5uZir6vyoSCU4jP61s-gupEROBuVRpfsZwKhIJoj7wqBlaBIMR_1pZBGKuVHPAqEglYA4UVzc39BBEr8zg8NuRarCoSCboUcodoO8qUEVxPlDAyX-mhKhIJP2c8TZUNcfERX9hae1-LNe4qEgn0ch5_1dvn4FhHHXiHF4PD38SoSCVIlrm5mKvq_1ETvLK9SjVOcL&tbo=u&sa=X&ved=0ahUKEwiR8MSi1tnVAhUCaVAKHWIdCoUQ9C8IHA&biw=1280&bih=699&dpr=1#imgrc=TiM_rWz6C6kX3M:

 

 

15.08.2017

Odrzucenie

styczeń  lub luty2010r

.

     Z Marią i Tadeuszem - tym razem w większym gronie-ponownie spotkałam się dwa miesiące po modlitwie uwolnienia. Było nas w sumie z gospodarzami 10 osób. Przeważała płeć piękna. Po krótkim powitaniu - jak poprzednio- odmawialiśmy różaniec, po każdej tajemnicy śpiewając pieśni uwielbienia. Następnie modliliśmy się nad każdą z przybyłych osób.  Osoba „omadlana” siadała w środku kręgu, którzy tworzyli pozostali. Modlitwę prowadził Tadeusz. Kiedy przyszła kolej na mnie, usiadłam  wygodnie i już otwierałam usta, by wypowiedzieć swoje prośby, gdy  w słowo „wszedł” mi Tadeusz mówiąc, że Bóg wie o co chcę prosić, ale zobaczymy co Jezus przygotował mi na dzisiaj. Kazał zamknąć oczy i w sercu modlić się razem z nimi. Była to modlitwa od momentu poczęcia. Po chwili jedna z osób powiedziała, że ma słowo takie słowo poznania: „odtrącona?”. „Odrzucona”- poprawiłam ją. Kiwnęła głową przytakując. Za chwilę Tadeusz zapytał: ”Widzisz coś?”. „Tak widzę, ale to nie ma znaczenia” - odpowiedziałam. „Ale co widzisz? Powiedz, co widzisz.”- nalegał. Szłam dalej w zaparte, twierdząc, że to co widzę nie ma znaczenia. On jednak był bardzo dociekliwy i nie odpuszczał. W końcu wyznałam, że widzę siebie. Schowałam się za bramą, w „żywopłocie” z dzikiej róży, patrzę na ulicę, którą podążają moje cztery koleżanki. Nie pamiętam, ile mam dokładnie lat, … IV może V klasa szkoły podstawowej. Przypomniałam sobie, co się wtedy wydarzyło ... Umówiłyśmy się, że zajdą po mnie w drodze do kościoła. Ale one przeszły nie zatrzymując się. Usłyszałam jak jedna z nich wypowiada moje imię, skąd przypuszczam, że rozmawiają o mnie. Nie udało mi się niestety podsłuchać nic więcej ... Powróciły uczucia: ból, żal, …. i właśnie odrzucenie.

     Mama wiedziała, że mają po mnie zajść, więc gdy je zobaczyła na ulicy, podeszła do drugiej bramy (gospodarczej) na podwórku, której nie zdążyły jeszcze minąć, i zapytała dlaczego po mnie nie zaszły? Nie słyszałam co jej powiedziały. Kiedy usłyszałam jak mnie woła, podeszłam. One czekały. Mama była dyrektorem szkoły i nauczycielką matematyki (o zgrozo, dla niektórych), więc wzbudzała respekt, a może i strach u niektórych. Kiedy znalazłam się w ich towarzystwie, nie byłam już tą samą osobą. Wystarczyło kilka minut, aby coś we mnie umarło. Ponadto zaczęłam się dziwnie zachowywać. Nie potrafię tego dokładnie nazwać. Czułam się niechciana w towarzystwie. Zabiegając o przyjaciół i znajomych udawałam więc osobę, którą nie byłam, aby tylko być akceptowaną.

     Kiedy opowiedziałam całe wydarzenie, Tadeusz kontynuował: „Zatrzymaj się na ten moment, kiedy one idą ulicą i są tuż przed Twoją bramą, a Ty wyglądasz z żywopłotu. Wyobraź sobie, że Pan Jezus stoi przy Tobie. Pan Jezus pyta je, dlaczego nie zaszły po Ciebie, skoro się umówiłyście? Co widzisz? Jaka jest ich reakcja? Czy coś mówią?”. Zobaczyłam, jak patrzą na mnie z niedowierzaniem i otwartymi buziami. Są zaskoczone, że Jezus jest przy mnie, że to widzi! Są bardzo zmieszane. „Czy im przebaczasz?”- zapytał Tadeusz. „Ale ja im już dawno wybaczyłam”- próbowałam po swojemu. „Powiedz teraz, że im przebaczasz. Wypowiedz to w obecności Pana Jezusa.”- odrzekł. „Tak, przebaczam Wam. Przebaczam”.

     Otrzymałam też Słowo prorocze z Pisma Świętego, że dobra materialne (pieniądze) nie są jedyną wartością w życiu. Zrozumiałam, że Bóg pragnie, abym wróciła do Polski.

     „A teraz podziękuj Panu Jezusowi, za to, że Cię dziś uzdrowił”- zaproponował Tadeusz na koniec. Chciałam, ale poczułam silną blokadę. Jedyne co zdołałam wymamrotać w tamtej chwili to: „Ty podziękuj, a ja za Tobą powtórzę”. Tak. Dokładnie tak zabrzmiały moje słowa. Może w myślach podziękowałam …  nie pamiętam. Co czułam w sercu po modlitwie? Kompletnie nic. Dopiero następnego dnia rano skakałam do góry z radości, a świat był wspaniały … czułam niesamowitą radość.

     W przeciągu około 3 miesięcy udało mi się pozałatwiać sprawy, które mnie jeszcze zatrzymywały w Bath. Złożyłam wymówienie w pracy, spakowałam się i wróciłam do Polski.

20.07.2017

© Copyright 2010; Za wszystko dziękuję. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Tęsknota | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd