« Katedra Teściowa (cz.1/2) »

Terapia

15.08.2017

listopad 2009r. – kwiecień 2010r.

     Na drodze do uzdrowienia Pan Bóg postawił mi również lekarza. I tak od połowy listopada 2009r. do początku kwietnia 2010r. chodziłam na terapię do psychologa. Z pomocą „wujka Googla” trafiłam do Kamili, która pracowała, chyba dla jedynej w Bath, polskiej fundacji zrzeszającej specjalistów z tej branży.

     Być może ktoś zastanawia się, co skłoniło mnie do szukania pomocy w tak mało popularny sposób? Jednym słowem - życie. Gdy sięgnę pamięcią wstecz powraca wspomnienie olbrzymiego lęku, jaki czułam przed ludźmi. Nie potrafiłam nawiązywać kontaktów. Sprawiało mi to ogromny problem. Zrobienie zakupów, na przykład, było prawdziwym wyzwaniem - Mount Everest normalnie. Zdarzało się, że chcąc za nie zapłacić podchodziłam do kasy samoobsługowej, byle nie do człowieka. Sytuacja nasiliła się, gdy podjęłam pracę w supermarkecie. Sklep posiadał licencję „25 lat”. Obejmowała ona sprzedaż alkoholu, papierosów i loterii osobom poniżej 25 lat za okazaniem dowodu tożsamości. Poinformowano mnie o surowej karze za nieprzestrzeganie prawa, wielokrotnie też byłam kontrolowana przez „tajniaków”. Podeszłam, zatem do przykrego obowiązku z należytą starannością. Reakcje klientów były różne, od zrozumienia do rozrzucania towaru przy kasie, krzyku, często też wyzwisk personalnych. Te ostatnie doprowadzały mnie do łez.

     Nerwy odbiły się na zdrowiu. Pojawiły się dziwne dolegliwości. Najbardziej dokuczliwe były nudności, które zdarzały się czasem kilka razy w ciągu dnia. Towarzyszyły im bardzo silne bóle, i trudno mi było utrzymać się na nogach. Życie mi się skomplikowało, a szczególnie w pracy. Zwróciłam się więc o pomoc do brytyjskiej służby zdrowia. Tamtejsi lekarze niczego jednak nie znaleźli stwierdzając, że głównym powodem jest stres. Niedowierzając ich opinii postanowiłam spróbować w Polsce. Podczas ostatniego urlopu 2 tygodnie spędziłam w szpitalu. Diagnoza w sumie się potwierdziła. Ponadto skierowano mnie do poradni psychologicznej.

     Pamiętam pierwszą wizytę u Kamili. Byłam bardzo spięta. Usiadłam na brzegu kanapy i z wytrzeszczem oczu obserwowałam każdy jej ruch. Zwykle zachowuję się tak u dentysty. Początkowo potrzebowałam częstszych wizyt. Nie mogłam się też doczekać kolejnego spotkania. Pamiętam zdarzyło się, że Kamila przełożyła termin, a ja z niecierpliwością odliczałam dni do kolejnej wizyty. Bywało też, że przychodząc do niej nie chciało mi się odzywać. Siadałam na kanapie i patrzyłam w jeden punkt. Nie mobilizował mnie nawet fakt, że słono za to płacę. Trochę dziwnie - z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej- nie chcę mi się „gadać”. Na szczęście Kamila potrafiła temu zaradzić.

     Na samym początku naszej znajomości poruszyłam też temat wiary. Powiedziałam jej, że jestem katoliczką. Kamila wyznała, że wierzy w Boga, ale nie ma problemu z wejściem do każdej „świątyni”, w tym także do meczetu. Przed każdym więc spotkaniem modliłam się zawierzając je Maryi. Z czasem dowiedziałam się, że mam się również modlić po spotkaniu. Miałam przez to poczucie bezpieczeństwa. Kamila nigdy nie ciągnęła mnie za język.
Pewnego dnia terapia przebiegła inaczej niż zwykle. Pamiętam, powiedziałam coś związanego z wiarą. W odpowiedzi usłyszałam, że jeśli Bóg zechce to znajdzie drogę do jej serca. „Oczywiście, że tak” – odpowiedziałam - „Ale wystarczy się do Niego zwrócić, a On na to odpowie. Sama tego przecież doświadczyłam. Ponadto Jezus szanuje moją wolność. Nie wchodzi z butami w czyjeś życie. Czeka, aż Go zaproszę, aż pozwolę Mu sobie pomóc”. Potem podzieliłam się z nią doświadczeniem Bożej miłości w swoim życiu. Nie pamiętam, o czym dokładnie jej opowiadałam. Widziałam, że słucha mnie z uwagą. W pewnym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi …. Okazało się, że przyszła następna osoba. „To już koniec?”- zapytała- po czym z niedowierzaniem zerknęła na zegarek- „To już minęła godzina?”- dodała zdziwiona. Tak, minęła. Skasowała mnie jak zwykle i poszłam do domu. (…). Na podobną rozmowę nie pozwoliła mi następnym razem. Nigdy więcej też nie próbowałam.

     Pan Bóg posłużył się Kamilą i w jej gabinecie uzdrowił ranę, którą nosiłam w sercu od czasów dzieciństwa. Przypomniałam sobie, co takiego się wtedy wydarzyło. Zrozumiałam, że krzyk podświadomie kojarzę z bólem fizycznym i płaczem. Przebaczyłam uraz i od tamtej chwili mogłam z pokojem w sercu obsługiwać nawet najtrudniejszych klientów.

 

 

źródło zdjęcia: https://www.google.pl/search?q=terapia+u+psychologa&client=firefox-b-ab&tbm=isch&tbs=rimg:CaF3Z_1jrDyM5IjhOIz-tbPoLqaI-8KgZWgSDWAOFFc3N_1QS6FHKHaDvKlD9nPE2VDXHx9HIef3b5-BZSJa5uZir6vyoSCU4jP61s-gupEROBuVRpfsZwKhIJoj7wqBlaBIMR_1pZBGKuVHPAqEglYA4UVzc39BBEr8zg8NuRarCoSCboUcodoO8qUEVxPlDAyX-mhKhIJP2c8TZUNcfERX9hae1-LNe4qEgn0ch5_1dvn4FhHHXiHF4PD38SoSCVIlrm5mKvq_1ETvLK9SjVOcL&tbo=u&sa=X&ved=0ahUKEwiR8MSi1tnVAhUCaVAKHWIdCoUQ9C8IHA&biw=1280&bih=699&dpr=1#imgrc=TiM_rWz6C6kX3M:

 

 

Wpis w kategorii: Uzdrowienie

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Musisz być , aby zamieścić komentarz.

© Copyright 2010; Za wszystko dziękuję. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Tęsknota | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd