Uwolnienie »

Nawrócenie

18.07.2017

Po latach tułaczki, walki wewnętrznej i poszukiwań odnalazłam drogę po, której chcę iść.

październik – listopad 2009 r.

 

Już jako dziecko nieświadomie zaczęłam wchodzić w świat okultyzmu. Początkowo traktowałam to jako zabawę: wróżenie z ręki, czytanie horoskopów, granie w karty itp. Z czasem zabawa przerodziła się w ciekawość, a ta - w fascynację. Potem były wróżki. Mając 30 lat, do kart zwracałam się z pytaniami o przyszłość. Układałam pasjanse i dostawałam odpowiedzi, które sprawdzały się w rzeczywistości. Przez cały czas chodziłam do kościoła, przystępowałam do sakramentów świętych. Dwa, trzy razy do roku spowiadałam się i żyłam w przekonaniu, że jestem osobą bardzo wierzącą. Uwierzyłam w to, że szatan nie istnieje i że każdy po śmierci idzie do nieba. Podświadomie czułam jednak, że coś jest nie tak, że źle się spowiadam. Prosiłam też Boga o łaskę dobrej spowiedzi. W swym sercu bardzo gorąco tego pragnęłam.

Pewnego roku, gdy byłam jeszcze na studiach, tuż przed Bożym Narodzeniem wbiegłam do kościoła katedralnego, aby się wyspowiadać, ale kolejka była tak długa, że wyszłam po jakiejś godzinie, rezygnując z dalszego czekania. Przyjechali wtedy moi rodzice, aby mnie zabrać na święta do domu. Tamtej Pasterki w swojej rodzinnej parafii nie zapomnę do końca życia. Praktycznie wszyscy przystąpili do Komunii oprócz mnie i może jeszcze jednej osoby. Było mi wstyd i przykro, dotarło też do mnie, że nie można takich rzeczy zostawiać na ostatnią chwilę.

Kończył się okres Wielkiego Postu. Dokładnie w Niedzielę Palmową z grzechami spisanymi na kartce (bo nie mogłam ich spamiętać) przystąpiłam do kratek konfesjonału. W pewnym momencie zaczęłam je czytać z kartki i z żalu nie mogłam powstrzymać łez… To były pierwsze Święta Wielkanocne, podczas których spotkałam się ze Zmartwychwstałym Panem. Pokochałam Wielkanoc.

Nawrócenie jest procesem, które trwa całe życie. Wydarzenia, które opisałam nie spowodowały niestety istotnej zmiany w moim życiu. Potrzebowałam kilku ładnych lat, aby zwrócić się z do Boga o pomoc. Zanim to nastąpiło, otworzyłam złu na oścież drzwi do mojej duszy. W pewnym momencie zrezygnowałam nawet z codziennej modlitwy, a z zaufaniem zwróciłam się o pomoc do kart. Wtedy Pan Bóg porządnie mną potrząsnął. Pamiętam, że chciałam pójść nawet do spowiedzi, ale słyszałam szydercze i bardzo głośne zapewnienie, że zostanę wyśmiana przez kapłana, że dla mnie nie ma już ratunku. Trzymając jednak w dłoniach książeczkę „Miłosierdzie Boże. Orędzie i nabożeństwo”, czytałam bez przerwy słowa Jezusa, który mówił do św. Faustyny, że choćby czyjeś grzechy były jak szkarłat, nad śnieg wybieleją, jeśli dusza zwróci się do Bożego Miłosierdzia. I poszłam… Ksiądz mnie nie wyśmiał, ale to też nie była prawdziwa spowiedź. Nie byłam na nią jeszcze gotowa.
Nieświadoma, że nie otrzymałam rozgrzeszenia, przystąpiłam do Komunii świętej...
Jest takie powiedzenie: „Uwierz, że szatan nie istnieje, a na pewno go spotkasz”. Tak, to co przeżyłam i czego świadkami były też inne osoby, zdecydowanie dowodzi prawdziwości tego zdania...

Około półtora miesiąca później przystąpiłam z pełną świadomością do konfesjonału i rozpoczął się mój proces uzdrowienia. Potem przypominały mi się różne grzechy, które kiedyś popełniłam, a których nie wyznałam i zaczęłam się z nich spowiadać. Był to okres, w którym spowiadałam się co 2 tygodnie. Zrozumiałam też, czym jest szczera spowiedź, jeden z pięciu warunków dobrej spowiedzi. W moim sercu nastąpiła jakaś zmiana. Potrzebowałam jednak prawdziwego „tornada”…

I tak w 2009 r. w Wielką Środę, przebywając na urlopie w Polsce, przystąpiłam do kratek konfesjonału w kościele katedralnym w mieście, w którym obecnie mieszkam. Tam też spotkałam… Pana Jezusa. Z wielką łagodnością zabrzmiały mocne słowa z ust kapłana: „Idziesz drogą potępienia”. Nie usłyszałam nawet formuły rozgrzeszenia. Widziałam tylko, że kapłan zrobił znak krzyża. To, co się wydarzyło, docierało do mnie powoli. Z tego, co mogłam, zwierzyłam się rodzonej siostrze, a ona stwierdziła, że skoro nie usłyszałam rozgrzeszenia, to trzeba iść raz jeszcze do spowiedzi. Wróciłam do domu i ogarnęła mnie ciemność. Nie czułam w ogóle obecności Boga. Ktoś próbował mi wmówić, że nie ma już dla mnie ratunku, że będę potępiona. Całe moje życie rozpadło się. Ale miłujący Bóg był cały czas przy mnie. Następnego dnia, w Wielki Czwartek, podeszłam ponownie do konfesjonału. I było to już jak balsam na duszę. Zrozumiałam wtedy, że jednym z warunków w rachunku sumienia jest postanowienie poprawy - z każdego grzechu, nie tylko tych ciężkich. Ta świadomość wcześniej gdzieś mi uleciała. Potrząsnęło mną to porządnie i kiedy po paru miesiącach zaistniała sytuacja, w której nie wiedziałam, jak się zachować, aby nie popełnić grzechu ciężkiego, zwróciłam się do Boga o pomoc. Nie chciałam Go obrazić, a bałam się, że sama jestem zbyt słaba, aby sobie poradzić. Na wieczornej modlitwie powiedziałam: „Panie Jezu, do tej pory próbowałam po swojemu, ale nic mi z tego nie wyszło. Niech teraz będzie po Twojemu”. Powiedziałam to, szczerze mówiąc, z pewnym lękiem, ale i z przekonaniem, że postąpię tak, jak On zechce. Odmówiłam też Nowennę do św. Judy Tadeusza. Była to pierwsza od bardzo długiego czasu noc, którą przespałam „jak zabita”. Następny dzień był najnieszczęśliwszym w moim życiu. Był on także najszczęśliwszym dniem, ale o tym przekonałam się dopiero po jakimś czasie.

Bóg na moją modlitwę odpowiedział natychmiast. Poprosiłam kuzynkę Sandrę, która należała do Odnowy w Duchu Świętym, aby pomodliła się nade mną. Było to co prawda za pośrednictwem internetu, bo byłam w Wielkiej Brytanii, a ona w Niemczech, ale modlitwa ma moc nawet na odległość. Chwilę później przyszła mi myśl, że do tej pory nie wyspowiadałam się jeszcze z wizyt u wróżek. Kiedy wyznałam ten grzech, Pan Bóg postawił na mojej drodze Krysię, którą wprawdzie znałam, ale do tej pory wymieniałam tylko zdawkowe powitania. Podeszła do mnie w kościele i zapytała, w którą stronę wracam. Nie wiem, jak to się stało, ale w drodze powrotnej opowiedziałam jej o wróżkach. Ona z kolei wyznała, że modląc się przy figurze Pana Jezusa z otwartym Sercem, pytała: „Panie Jezu, jeśli mam pełnić Twoją wolę, to co chcesz, abym uczyniła dzisiaj? Jaka jest Twoja wola?” W odpowiedzi poczuła silne pragnienie, aby podejść do mnie. Obie płakałyśmy ze wzruszenia. Krysia umówiła mnie na spotkanie z małżeństwem, Marią i Tadeuszem, organizatorami kursu Alfa, posługującymi też modlitwą wstawienniczą. Przeszłam tam modlitwę o uwolnienie.

Do 34. roku życia żyłam w przekonaniu, że jestem osobą głęboko wierzącą. Nie miałam pojęcia, że jestem zniewolona. Chcę też przyznać się do jeszcze jednej rzeczy. W modlitwie z największym zaufaniem i najczęściej zwracałam się do Ducha Świętego. Wierzyłam, że tylko On mnie wysłuchuje. Odrzuciłam Boga Ojca, Jezusa i Maryję. Nie lubiłam modlitwy różańcowej. Duch Święty doprowadził mnie do Trójcy Przenajświętszej i do Swojej Oblubienicy. Chwała Panu!

 

 

źródło zdjęcia: https://www.google.pl/search?q=nawr%C3%B3cenie&newwindow=1&client=firefox-b-ab&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0ahUKEwi6p5SL3pDVAhVDLlAKHQfJBhAQ_AUICigB&biw=1280&bih=699#imgrc=tSdEKDCeZe2lfM:

Wpis w kategorii: Powrót

1 Komentarz

  • Kluczem do Twojego nawrócenia Twoje słowa wypowiedziane do Boga - "Teraz niech będzie po Twojemu". Taka modlitwa jest lepsza od różańca.
    Bóg najlepiej wie jak nas wyciągnąć z naszego szamba.Często te nasze szambo wydaje się nam pięknym ogrodem, bo szatan założył nam klapki na oczy. Dziel się swoją wiarą, bo wielu jest takich, co tego potrzebują. pozdrawiam.
    Krzysiek

Zostaw komentarz

Musisz być , aby zamieścić komentarz.

© Copyright 2010; Za wszystko dziękuję. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Tęsknota | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd