R6 Królestwo Boże

 

 

Publiczna emanacja

 

Ruszył dalej .Nic szczególnego nie widział przed sobą. Korytarz

był długi i jedyne co uderzało widokiem to jego czerwoność.

Jaskrawa czerwoność której barwy chciały się narzucać krzykliwością

ale blasku nie miały. Ponure miejsce-pomyślał . Taka słabość stąd płynęła

wartkim strumieniem. Korytarz tak jak poprzedni skończył się

wejściem do komnaty która przenosiła obserwatora chyba w czasy przyszłe,

ale czy tylko? Na ścianach znajdowały się same ekrany-duże ,małe,płaskie i inne.

Epoka wyższej cywilizacji, zaawansowania technicznego? Pośrodku na stoliku tlił się mały ogień

obok niego z kolei migotał jakiś sygnał lampy znów tą samą czerwoną barwą. Dotknął jej.

W pomieszczeniu najpierw rozbłysnęły setki świateł a potem włączyły

się wszystkie ekrany. Pokazywały to czego winno się nie pokazywać.

Co winno być ukryte z natury rzeczy .Różne sceny-nawet dobre i szlachetne

ale nie dla widza, bo kiedy stają się publiczne jest to nieczysta emanacja:

pozbawiona tej części która przynależna jest tylko dwóm osobom i Bogu. Odarta,

zaprzeczająca Miłości samej w najgłębszym,intymnym spotkaniu.

Może ten grzech jest tak duży,może tak wstydliwy że nawet człowieka tu nie ma?

Zatruwanie dusz,przenoszenie jak choroby fałszu.

Popatrzył jeszcze raz na ekrany-były na nich też sceny wymyślone,sztuczne jak by z miłości ktoś kpił,

jakby chciał narzucić te wzorce żądzą zbudowane które naturę  chciałyby obalić wprowadzając własną -wynaturzenie.

 Jan-pomyślał :jak to tutaj wyraźnie widać-to co na powierzchni tak kusi,wprowadza dwuznaczności ,sieje zamęt.

Uśmiechnął się po raz pierwszy odkąd zszedł na dół, bo czuł w sobie od dawna,że miłość taka nie jest.

Każde dziecko to wie .W duszy ma wypisane.

Jeśli urośnie i błądzi to wraca. Ma do czego. Wszystko w nim przecież nadal jest.

Królestwo Boże.

 

20.01.2017

R5 Piekło-początek

Jan odwrócił się ,podszedł do otworu i zaczął schodzić drewnianymi schodami w dół.

Na dole słychać było jakiś cichy dźwięk podobny do melodii granej na fortepianie.

Wszędzie panował półmrok i czerwoność pomieszana z ciemnością. Kilka wejść,kilka korytarzy

prowadzących nie wiadomo gdzie .Ściany kamienne ,brunatne po których ściekała jakaś ciecz.

I nikogo. Jakby wszystko tu się pochowało. Ruszył środkowym korytarzem przed siebie.

Teraz dostrzegł,że jest obserwowany. Ze ścian raz po raz pokazywały się jakieś oczy:

ogniste,brązowe,zielone,niebieskie,żółte-barw nie zliczysz. Ta pulsująca mozaika podążała

za nim i przed nim zmieniając kształty,wielkość i ubarwienie. Doszedł do niewielkiego

owalnego pomieszczenia .Tu wreszcie było jasno. W jego centrum stał okrągły stół podzielony

na siedem części. Każda zawierała malowidło i strzałkę wskazującą drogę . Jan przyglądał się tym rycinom jedna po drugiej. Zawierały jakieś historie z życia .Przypatrując się im zrozumiał,że opisują grzechy,ale co dalej ? Jak iść? Którą strzałkę wybrać. Zobaczył,że stół się obraca wystarczyło nim zakręcić. Zrobił to .Przed sobą miał obraz. Skądś go znał.

Mężczyzna przy stoliku z rozłożonymi monetami. Przed nim zgarbiona staruszka z wyciągniętą ręką w której trzyma pasek. Za nią dziecko które wyciąga ręce po pieniądze. Mężczyzna wskazuje

na monety a drugą ręką chce wziąć pasek. Typowy handel. Pozornie. Same symbole.

Popatrzył na inne obrazy i zrozumiał. Ten pokazuje w sposób tak tajemniczy chciwość.

Pójdę tym korytarzem który strzałka pokazała mówił sam do siebie.

Był inny -cały ozdobiony wręcz kapiącym złotem i srebrem . Na ścianach oszałamiająca gama barw szlachetnych kamieni-szmaragdy,szafiry,rubiny,topazy. Dalej pomyślałbyś jakiś skarbiec-otwarte skrzynie z naszyjnikami,łańcuszkami. Korony,puchary,zastawy i mnóstwo monet.

W komnacie na końcu siedział mężczyzna w średnim wieku.

Wyglądał jak władca ale bez korony. Ubrany jak król.

Zobaczył Jana i zapłakał .Nie widziałem człowieka od 500 lat. Tylko to mi zostało w co wierzyłem

za życia i gotowy byłem na wszystko,żeby to mieć. I mam .Jestem bogaty a nie zostało mi już nic.

Jan był wstrząśnięty. Po raz pierwszy zetknął się z takim wyznaniem groźnym i strasznym bo ostatecznym.

 

 

17.01.2017

R4 Spojrzenie w głąb

Elżbieta i Jan wyszli z gospody. Było już ciemno lecz ciepło.

Ten rodzaj ciepła orzeźwionego pierwszym chłodem zdarza się

tylko jesienią. Widok krętych,wąskich uliczek sprawiał,że czuli

jakby byli w tkliwym ukryciu-bezpiecznym,zaufanym i chcącym.

Rozpoznawali siebie nawzajem bardziej niż przypuszczać to mogli.

Czystość,jasność, niewinność mogła pokazywać śmiało swoje oblicze.

Dotykali czułych miejsc. Bez pośpiechu,z pewnością z jaką się trzyma

w rękach cenny dar.

W oddali około pięćdziesięciu metrów pod murem miasta coś majaczyło.

Podeszli bliżej. Był to niewielki ale wyraźny dym. Wydobywał się

z otworu widocznego w ziemi . Drewniana klapa była podniesiona.

Coś tam było w środku i niepokoiło. Jakiś dym, jakaś para.

Co ?Czym? Spod ziemi wiatr ogień niósł.

Przybliżyli się .Jan dotknął go ręką .Płonął ale nie parzył.

Był niebezpieczny bo nieznany .I ten przykry zapach

trudno do czegoś porównywalny .Owładający,wnikający,

ostry ale i zgniły .Coś się poruszyło w tym niewielkim

otworze wyglądało jak masa złączonych oczu uważnie się im

przypatrujących. W końcu odezwał się głos. Czy macie klucz do tego miasta?

Tak-odpowiedziała Elżbieta .Nie powiedziano wam,że potrzebny jest drugi

aby stąd wyjść? Słyszeliście co was czeka. Musicie go wziąść

by iść dalej-ktoś znów cedził słowa z czeluści .Jest na dole-chodźcie.

Jan chwycił Elżbietę za dłoń przytrzymał ją mówiąc

-sam tam pójdę .Czekaj na mnie. Nigdzie stąd się nie ruszaj.

Dobrze-odrzekła.

Spojrzał jeszcze raz w dół-jakie są wasze imiona zapytał.

Chciwość,zazdrość,nieczystość wiele głosów zlało się w jeden już

niezrozumiały wielosłów który wyrażał jakąś drwinę,śmiech i jęk

zarazem.

Popatrzył na Elżbietę jakby mieli się rozstać na dłużej,przytulił,pocałował

w czoło i szepnął Kocham Cię:)

 

14.01.2017

R3 Dary Losu

Siedzieli tak godzinę .Wtuleni,przytuleni. Przytrzymywali biciem serc,oddechem

Miłość przenikniętą Bożym ciepłem.

Mimo,że zapadał zmierzch jeszcze było widno. Wiatr tej jesieni też był ciepły.

Muskał chwilami ich twarze i włosy gdy wychylali głowy spod płaszcza.

Przejdźmy się trochę- zwrócił się Jan do Elżbiety . Wstał i podał jej rękę.

Wyszli poza teren kościoła. Jaskółki kręciły swoje smugi nad dachami

sławiąc niebo. Powietrze lekko już uśpione tą porą roku oddawało swe powaby.

 Ludzie byli tacy jak przed chwilą. Życie toczyło się dalej.

Tylko czas inaczej tu płynął. Jakby zatrzymał się sam w sobie chcąc smakować

ten pokój co Dusze scala i nasyca bez obawy utraty. Mistyczne Miasto.

Idąc ulicami widzieli stare  powiększone fotografie zawieszone na murach

a na nich sylwetki oraz twarze osób-w domu,przy pracy,na ulicy,nad rzeką-świadectwo nieprzemijalności bo przecież oni też gdzieś są teraz i tutaj kiedyś byli.

Cząstki czasu,kropelki życia.

Jan cały czas patrzył na Elżbietę .Czuła to .Nie musiała dużo mówić.

Niekiedy tylko spojrzała oddając uśmiechem jego spojrzenie .

Była szczęśliwa i nigdzie nie musiała się już spieszyć ani niczego szukać.

Chwile nieulotne które ktoś na żywo tak pracowicie rzeźbi w nich samych.

Elżbieta spytała-skąd Ty mnie tak znasz?Nie odpowiedział od razu.

Siądźmy tu-napijmy się czegoś ciepłego,posilmy- wskazał na pobliską gospodę.

 W środku nikogo nie było. Siedli przy kominku. Dotknął jej rąk.

Schował w swoich i popatrzył na nią.  Sam zapytał siebie. Skąd?

Może jak byłem młody,pełen nadziei i wszystko widziałem tak jasno widziałem

też kobietę z którą będę. Mą miłość. Czułem ją,czułem siebie,czułem to. Potem życie

to uczucie zabiło i już nie żyłem,żyłem w jakimś piekle.

Traciłem to co najcenniejsze. Samą wiarę. Zszedłem na bezdroża myśli i czynów.

Utraciłem Boga a wraz z Nim to co miałem w środku. Nie to było straszne,że

zbłądzić można ale,że z tym można żyć,pogodzić się i umierać.

Nie pytam się dlaczego teraz pojawiłaś się Ty. Szczęście moje.

Pan Bóg zaskakuje w najmniej spodziewanym momencie. Wszechmogący i Miłosierny.

Patrzył w jej oczy -i powiedział jedno słowo-jesteś.

Panował nad głosem,ale widać było,że uczucia biorą górę.

Teraz Elżbieta lekko wyjmując swoje ręce objęła nimi dłonie Jana.

Tak cicho rozmawiali a ogień płonął.

05.01.2017

R2 Miłość zaślubiona

Weszli do miasta. Było bajecznie kolorowe. Domy układały

kształty ciasnych uliczek niczym w labiryncie. Ale nie to było

najważniejsze tylko ta aura,zapach trudno do czegoś porównywalny.

Samoistny i swoisty jak lekki eter. Eteryczne powietrze.

Poczuli że w ich duszach dzieje się coś dziwnego,ale znanego skądś

-powrót do uczuć,stanów niedoznawanych a jednak nie obcych.

Uśmiechnęli się do siebie patrząc na wszystko jakby od początku Pierwszy raz.

Ludzie ubrani w różne kolorowe stroje,chodzili tu i tam,ale jacyś inni.

Ich oczy wyrażały taką świeżość. Nie zwracali na nich uwagi

przez to łatwiej było im wszystko to obserwować. Powiedziałbyś,że i oni-

Jan i Elżbieta od nich niczym się nie różnili. Są takie stany i takie miejsca

gdzie wszystko od razu wsiąka w człowieka. To widać i czuć.

Doszli do rynku .Za budynkiem ratuszem wznosił się kościół.

Robił wrażenie. Dwie strzeliste wieże wznosiły się ku niebu a złączona

z nimi bryła budynku była długa na kilkaset metrów. Znów wyglądali

z góry jak te małe punkciki na tym tle.

Tam jest wejście pokazał ręką przed siebie Jan. Tak wejdźmy-wydawała się wzrokiem odpowiadać Elżbieta. Odczytał to od razu i ruszyli w kierunku drzwi. W środku zobaczyli monumentalne kolumny podtrzymujące sklepienia i wiele ołtarzy. W samym centrum trzy.

Klęknęli razem przy pierwszym który był z boku po lewej stronie.

Wyrażał i miłość i cierpienie i śmierć. Matka Boża trzymała głowę swego Syna na kolanach.

Już nie żył. Bił blask od tego obrazu nie tylko dlatego,że miał na sobie ozdoby.

Ta cisza która wyraża wszystko. Zatrzymany czas a jednak wieczny. Coś się skończyło a trwa nadal. Nawet śmierć tego nie zmieni. Czuli powagę tej chwili i stanu który i ich dotyka. Miłości.

Pełnej bo Bożej.

Tyle zła,tyle cierpień,tyle łez a Ona istnieje nadal. Ten Dar który jest niezniszczalny sam w sobie.

Elżbieta patrzyła na ten obraz i łzy ciekły jej po policzkach. Jan modląc się spojrzał na nią.

Był wzruszony. Oboje wiedzieli,że weszli na tę drogę która ma ich zaprowadzić do celu.

Drogę która ich odnalazła. Mury tej świątyni wyrażały czas który biegnie nieustannie zapamiętując

historię wieków i przechowując Ducha nieprzemijania. Każda historia jest inna i każda kiedyś

żyła.

Przeszli przed głównym ołtarzem,na krótko przyklękając i znaleźli się po prawej stronie. Tam był

trzeci ołtarz a na nim Najświętszy Sakrament cały czas wystawiony. Dziwny układ całości

gdzie ramiona są najważniejsze. Taka jest Miłość. Przygarnia i ogarnia.

Znowu ten blask. Czy to tylko blask Monstrancji? Nie. Klęczeli obok siebie na klęcznikach

jak para do ślubu. Wpatrzeni przed siebie ale i na siebie. Ktoś na nich też patrzył.

Delikatne czyste światło paliło się przed nimi. Wnikało oczyszczeniem i nadzieją.

Na koniec podeszli do najbliższej kolumny. Były w niej wmurowane relikwie Świętego.

Poprosili o Go o wstawiennictwo, opiekę i pamięć o nich.

Wyszli na zewnątrz. Elżbieta nie mogła iść .Siadła na schodach we wnęce do innych drzwi.

Cała drżała. Jan rozpiął płaszcz,okrył ją jedną jego częścią pocałował w głowę i przytulił.

I tak siedzieli zakryci ale nie sami.

 

 

 

 

 

 

04.01.2017

© Copyright 2010; MistyczneMiasto. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Radość | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd