« Ja wiem lepiej! Jak zostałem świętym Piotrem i co z tego wynikło »

Niewidzialny

22.03.2018

"Młodych się nie słucha" - tu i ówdzie się skarżą. Ha. Mniemanie że ze starszymi jest inaczej to złudzenie.

Ot, zwyczajnie. Świat woli gadać niż słuchać. Taka jest prawda. I dotyczy to ludzi w każdym przedziale wiekowym. No bo czy młodzi słuchają starszych? Wiadomo jak jest. Wiadomo też, że także wśród rówieśników - czy młodych czy starych - umiejętność słuchania nie jest zbyt częstym zjawiskiem. Ci pierwsi wolą mówić o swoich chorobach, niż słuchać o dolegliwościach swoich rówieśników ;) Drudzy... No, nie wiem o czym dziś rozmawiają. Nie żebym nie słuchał. Po prostu nie mam okazji, a podsłuchiwać nie chcę ;) Ale czy nawzajem się naprawdę słuchają? No, chyba w sobie zakochani...

Powoli się starzejąc odkryłem za to inną prawidłowość: z wiekiem człowiek staje się coraz bardziej niewidzialny. Serio. W moim przypadku zaczęło się od tego, że idąc ulicą coraz rzadziej czułem na siebie wzrok przechodniów. W pierwszym odruchu nie chciałem wierzyć: zaraz zaraz, przecież raczej jeden na drugiego na ulicy się nie gapimy; coś mi się w głowie poprzestawało. Z czasem odkryłem jednak w czym rzecz. Gdy byłem młodszy więcej ludzi rejestrowało moją obecność: czasem spotykałem czyjś wzrok, czasem ktoś odwrócił głowę żeby sprawdzić czy to nie znajomy albo czy nie ktoś, kogo trzeba się bać. Przede wszystkim jednak tor, po którym poruszali się ludzie wokół mnie był inny: uwzględniali że idę naprzeciw, że wychodzę z bocznej uliczki itd itp. Teraz mogłem przejść pół metra od człowieka, a on i tak zazwyczaj patrzył gdzieś daleko, jakby mnie w ogóle nie było.

Z czasem moja niewidzialność stawała się coraz większa. Dziś już wcale się nie dziwię, że jeśli naprzeciw mnie wąskim chodnikiem idą obok siebie dwie osoby, to ja muszą zejść na ulicę albo trawnik. Więcej, na szerokich chodnikach potrafią iść w trójkę albo czwórkę. Obojętnie, starzy, młodzi, kobiety z wózkami (co akurat jeszcze rozumiem), dzieci - schodzę ja. Czasem eksperymentuję: schodzę do krawężnika ale twardo idę przed siebie. Ułomkiem nie jestem i zazwyczaj tych idących twardo na mnie mógłbym swoją masą staranować ;) Zazwyczaj kończy się uskoczeniem w ostatniej chwili albo otarciem się ramionami. Podobnie bywa w sklepach. Tych z wózkami. Rozumiem, że kiedy i ja i współkupujący wypadamy nagle zza regałów, ktoś musi ustąpić. No ale kiedy ktoś mało na mnie nie wpada, bo ruszył spod kasy prosto pod pchany przeze mnie wózek? Albo zatrzymuje się w wąskim przejściu choć przed momentem ustąpiłem mu na tym zwężeniu pierwszeństwa? No cóż. Pewnie z wiekiem nie tylko człowiek staje się coraz bardziej niewidzialny, ale i pchany przez niego koszyk :) Tak, to bardzo ciekawe doświadczenie :)

Zawsze bardzo podobało mi się zakończenie Księgo Koheleta. Opis starości, kiedy chmury wracają po deszczu, ociężałą staje się szarańcza; czas przed ostatecznym końcem, kiedy "w studnię kołowrót złamany wpadnie". Niespecjalnie jednak rozumiałem dlaczego objawem starości ma być "odczuwanie lęku przed wyżyną". Czego się bać? Dziś chyba już rozumiem. Po co jechać daleko, w nieznane, skoro można odwiedzić dobrze znane kąty? Po co w niepewną pogodę pchać się wysoko w góry, skoro w razie czego trzeba będzie bać się piorunów albo schodzić mokrym trzęsąc się z zimna? Nie, to jeszcze zdecydowanie nie irracjonalny "lek przed wyżyną". To lęk nawet jakoś tam uzasadniony. Doświadczeniem iluś tam przeżytych burz, nawałnic i innych komplikacji. Tak to się chyba zaczyna :) Bo prawdziwy "lęk przed wyżyną" to znam raczej z obserwacji. Dla starszych, mających już kłopoty z poruszaniem się, że o biegu nie wspomnę, świat staje się coraz bardziej niebezpieczny. Zwłaszcza po zmroku. Niczego nie zmienia, że świecą latarnie. Nie ma się co dziwić, skoro problemem jest zrobienie 10 kroków, to co będzie, jeśli naprawdę coś niespodziewanego się przydarzy?

Nie pocieszam się gadaniem że jestem młody i że teraz dopiero zaczyna się ciekawe życie, bo nie lubię się łudzić. Kondycja coraz gorsza, sił coraz mniej. A będzie jeszcze gorzej. A pomysły? Ech, pewnie też nie będzie ich coraz więcej. Raczej tylko rutyna. No, chyba że będą to pomysły na zrzędzenie :) W tej kwestii z wiekiem pomysłów mam coraz więcej :) Jeszcze trochę i dogonię w tym względzie samego siebie z czasów młodzieńczego buntu :)

Czasem się tylko zastanawiam jak to jest, że ja stary nie tylko uparcie* wiernie* (*niepotrzebne skreślić) ciągnę stare ale jeszcze podejmuję nowe wyzwania. Ot, na przykład to stanięcie przed kamerą i opowiadanie o niedzielnych czytaniach.... Że amatorszczyszna? Profesjonaliści nie mają czasu. Albo odwagi, by usłyszeć krytykę. Albo tyle samozaparcia, by skończyć to, co zaczęli. Mają ostatecznie wiele innych, ważnych zajęć, wśród których narzekanie na starych też trochę czasu zajmuje ;)

No to uciekam słuchać. Póki co słyszę tylko cisze...

Wpis w kategoriach: Codzienność, Lamenty, Złośliwości

1 Komentarz

  • Komentarze do czytań niedzielnych są super! Byle dalej były. Ja zawsze puszczam sobie je w pracy w poniedziałek jako suplement kazania niedzielnego i żeby coś z czytań w głowie jeszcze zostało przez cały tydzień ;).

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; W kolorze nadziei. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd