« No nie oszukujmy się Ja wiem lepiej! »

Jaki właściwie mamy cel?

23.02.2018

Pytam o chrześcijan, o Kościół. Niby jasne: doprowadzić ludzi do zbawienia. To dlaczego tyle wysiłku poświęcamy na spory?

W dodatku do Rzepy widziałem dziś artykuł o ekspertach od wszystkiego. Skąd ja to znam? Ano... Dziś na Wierze podobno największa dyskusja w związku z pomysłem Kościoła w Niemczech, by łatwiej udzielać protestanckim małżonkom katolików Komunii. Głowa mnie dziś boli, nie czytałem. Niech zajmą się tym inni. Ale wiem, że w pewnych sytuacjach prawo kanoniczne na to zezwala. Gdy chodzi o protestantów brzmi to tak

Kanon 844 § 4. Jeśli istnieje niebezpieczeństwo śmierci albo przynagla inna poważna konieczność, uznana przez biskupa diecezjalnego lub Konferencję Episkopatu, szafarze katoliccy mogą godziwie udzielać wymienionych sakramentów także pozostałym chrześcijanom, nie mającym pełnej wspólnoty z Kościołem katolickim, którzy nie mogą się udać do szafarza swojej wspólnoty i sami o nie proszą, jeśli odnośnie do tych sakramentów wyrażają wiarę katolicką i do ich przyjęcia są odpowiednia przygotowani.

Na tej podstawie raczej trudno ustalić jaką stałą regułę. Bo co znaczy "nie mogą się udać do szafarza swojej wspólnoty", nawet jeśli mają odnośnie do tego sakramentu wiarę katolicką? Sam pomysł jest zdaje się dopiero w powijakach, nic nie jest specjalnie ustalone, trudno więc dyskutować. Prawo kanoniczne można zresztą zmienić dodając wyjątek dla rodzin, podzielających wiarą katolicka odnośnie sakramentów, ale nie podzielającej jej w innych sprawach. No bo inaczej doszłoby do konwersji....

Jest jeszcze inna sprawa: wiele dysput teologicznych, wspólnych uzgodnień - mam na myśli dialog ekumeniczny -  po których nic w kwestii praktyki się nie zmieniło. Może taki impuls jest potrzebny? Bo w sumie, pomijając terminy, to tym, co najbardziej katolików i luteran dziś odnośnie do Eucharystii dzieli jest praktyka. Z jednej strony przechowywania Najświętszego Sakramentu, bo Pan Jezus jest tam obecny już na zawsze, z drugiej konsekrowania na nowo, bo Pana Jezusa po nabożeństwie już w Chlebie nie ma. Tak, to jest problem. Choćbyśmy jedni i drudzy wierzyli, ze w Hostii jest prawdziwy Jezus (bez spierania się o transsubstancjację czy konsubstancjację).

Przyznaję, nie podoba mi się łatwość, z jaką Kościół w Niemczech szuka obejścia obowiązujących w Kościele zasad. Najbardziej bolesną jest dla mnie kwestia spowiedzi sakramentalnej. Tam zwyczajnie się jej potrzebę lekceważy. I mogą mi "znawcy" mówić co chcą. Sami spowiednicy odwodzili swego czasu wiernych od pomysłu, ze trzeba się regularnie spowiadać. Niedawno doszła kwestia komunii dla rozwiedzionych, teraz komunii dla protestantów, o "błogosławieniu" związków homoseksualnych, z czego się potem sprawca zamieszania tłumaczył, już nie mówiąc. Nie podoba mi się to. Z drugiej strony zastanawiam się - ale nie odnośnie komunii dla rozwodników - czy uświęcone tradycją obyczaje powinny mieć faktycznie walor niezmienny? Czy inne rozwiązania będą niechrześcijańskie, niekatolickie? A może właśnie przyczynią się do usunięcia niewątpliwego zgorszenia, jakim jest rozłam wśród chrześcijan?

Jest jeszcze jedna sprawa z tym Kościołem niemieckim, której nie sposób zlekceważyć. To, jak się kurczy. Dziś może spieramy się, może dla nas to bardzo ważne, ale może jutro ważne to nie będzie, bo Kościół katolicki w Niemczech będzie maleńką wspólnotą, która nie będzie miała żadnego znaczenia w Kościele powszechnym? To podsuwa myśl, że najważniejszą rzeczą, jaką możemy teraz zrobić jest zatroszczenie się o prawdziwą i żywą wiarę w naszym otoczeniu. To, jaki będzie Kościół katolicki zależy bowiem od tych, którzy wiarę będą umieli przekazać innym, a nie tych, za którymi nikt już nie będzie stał...

Tak, to smutne. Kiedyś było tylko zniesienie postu na rzecz piątkowych dzieł miłosierdzia. Potem to lekceważenie spowiedzi. Potem mocna opcja za dopuszczanie rozwodników do komunii.... To się nawet składa w całość. Wyrzucić z życia chrześcijańskiego wszystko co trudne, a zostawić tylko miłe i przyjemne. A Jezus mówił "kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną nie jest mnie godzien". No właśnie...


Wnioski? Trochę obawiam się o to, dokąd dziś Kościół idzie. Bardziej jednak obawiam się, że twardość gleby i różne chwasty zagłuszają wzrost wiary w Chrystusa i może się okazać, że niebawem katolików zacznie ubywać. Myślę jednak, że wiara nie zniknie. Wszak Jezus powiedział, ze bramy piekielne nie przemogą Kościoła założonego na Piotrze. A że w przyszłości może się on stać,w porównaniu z wielkością świata, niewielką trzódką? Cóż, Pan Jezus nie obiecywał, ze będziemy potęgą, ale że do nas należy ostateczne zwycięstwo. A należeć może i do małej trzódki. Zresztą myślenie, ze kiedyś wszyscy mogliby stać się katolikami, albo przynajmniej chrześcijanami to utopia. Przecież te siły zła mają istnieć na świecie aż do jego skończenia...

Niepokoi mnie jeszcze jedno: tak wielka liczba oburzonych, wietrzących wszędzie nieprawość i herezję... E, może więcej wysiłku drodzy Panie I Panowie trzeba poświęcić temu, co kazał Pan Jezus: czyńcie uczniami. Bo od tych kłótni to ani jednego nie przybędzie

 

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Jeżeli masz dość wpisywania tych literek lub załóż konto w portalu

© Copyright 2010; W kolorze nadziei. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd