« Alternatywa By trwać »

Wieczny siew

Dobrze to czy źle, że co parę lat zmienia się wikarych w parafii? Ja nie mam wątpliwości.

Za mojego życia to już piąty (nie licząc jednego, który był nim jeden dzień i na starcie zrezygnował). Proboszcz w mojej parafii. Pamiętam tylko czterech. Ale każdy z nich to jakaś epoka. Każdy miał czy ma swój styl, każdy swoją wizję. A ilu w tym czasie było wikarych?

Nie podejmuję się tego policzyć. Bo już nie wszystkich nawet pamiętam. W każdym razie bardzo wielu. Kiedyś było ich zawsze trzech. Potem, przez wiele lat, czterech. Teraz dwóch. Choć parafia w tym czasie terytorialnie się ani nie zwiększyła, ani nie zmniejszyła. Rozumiem, księży coraz mniej. Tylko coraz bardziej mnie męczą te ciągłe zmiany. Tak tak, kiedy ma się lat -naście trzy cztery lata to bardzo długo. Ale kiedy się jest po pięćdziesiątce....

Księża właściwie są z takiego stanu rzeczy zadowoleni. Tak przynajmniej mówili ci, którzy ze mną o ty rozmawiali. Chodzi głownie o to, żeby młody kapłan poznał różne parafie i style pracy (proboszczów) i by potem, już jako proboszcz, lepiej pracował w tej "swojej" parafii. Niektórzy mówili też, że pozwala to młodym łatwiej przeżyć "trudną" placówkę. No, może tak to jest. Ale jako zwyczajny parafianin widzę też ogromny minus takiego rozwiązania dla samych parafian: nieustające prowizorium.

Mówi się, że jeśli coś jest Bożym dziełem to  przetrwa. A jeśli jest budowane na człowieku, na kapłanie, to nie żal, że znika. Zdecydowanie nie zgadzam się z tą tezą. Widziałem sporo dobrych dzieł, które nie wytrzymywały tych ciągłych zmian. Pamiętam wikarego, który tak gorliwie odsiewał w naszej parafialnej oazie ziarno od plew (to jego słowa), że nic z tej grupy nie zostało. I wiele innych inicjatyw, które nie przetrwały albo po odejściu konkretnego wikarego wegetowały... Nie mówiąc już o tych wszystkich pomysłach, które rodziły się gdzieś w drugim roku pracy wikariusza w parafii, więc w trzecim roku nie opłacało się niczego zaczynać....

Świeccy liderzy? No owszem, to dla różnych grup jedyny ratunek. Tylko.. no, nie czarujmy się. Świeccy w kościele niewiele mogą. To znaczy mogą tylko tyle, na ile pozwolą im księża. Proboszcz, wikarzy. No i prawo kanoniczne. Kiedy przychodzi zmiana, to trzeba "nowego" we wszystko wprowadzać. A on niekoniecznie wejdzie w buty poprzednika. Nie zna zresztą parafii, nie wie, kto mógłby mu pomóc. A ci, którzy dawniej się angażowali... Nie, to nie jest tylko tak, że robili coś ze względu na konkretnego księdza. Po prostu się z nim rozumieli, dogadywali. Znali swoje role. Po zmianie wszystko zaczyna się od nowa...

Jeden sieje, drugi podlewa, trzeci zbiera. Tak to niby jest. Tylko że ja mam wrażenie, że te częste zmiany powodują, że ciągle głownie się sieje. Ledwie wykiełkuje, nie zdąży dobrze wyrosnąć, to przychodzi nowy siewca. I zaczyna wszystko od początku. No pewnie, część obsianego przez poprzednika pola nie zadepcze. Ale żniwa odda w ręce swojego następcy, który znów przyjdzie, popatrzy - jakie liche pole, nie opłaci się zbierać  - i znów zacznie od siania....

Po prostu nie podoba mi się duszpasterstwo, które jest ciągłym rozpoczynaniem od nowa.  W którym do rangi cnoty urasta brak zakorzenienia i zwyczajnej międzyludzkiej więzi... No ale co tam. To wymagałoby zupełnie innego spojrzenia na Kościół. A takich rewolucji nikt nie lubi. Zwłaszcza ci, którzy bardziej niż do ludzi przyzwyczajają się o obowiązujących zasad...





 

© Copyright 2010; W kolorze nadziei. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Skórka: Przemijanie ma sens | Korzystając z serwisów wiara.pl akceptujesz warunki regulaminu.
Znalazłeś treści naruszające regulamin? Powiadom nas!

 

| załóż konto i pisz bloga

zgłoś błąd